21 czerwca 2013

32. How I became comfortably numb part II...

Bardzo Wam dziękuję, za każdy pozostawiony komentarz. Bardzo!
Trzecioklasiści, jak wyniki? ;)   

*                                                   *                                              *                                              *
     Po kilku chwilach w pokoju zebrało się więcej ludzi. Podniosłam się z ziemi, i po cichu wstałam, poprawiając podwiniętą bluzkę. Pat stała oparta o parapet, stukając w niego nerwowo palcami. Patrzyła z niedowierzaniem na mnie, to na Stevena, na Axla. W pokoju na szczęście nie było tego 2-metrowego stworu niszczącego moje życie. Miałam tego wszystkiego dość - osoby, które są dla mnie najważniejsze, są ściśle związane z osobą, której nienawidzę. O ironio.
-Gdzie Duff? - Axl szepnął do Pat, budząc ją jednocześnie z jakiegoś dziwnego transu.
-Na izbie wytrzeźwień... - mruknęła, spuszczając głowę. -Za kilka godzin mamy go odebrać, ale potrzebuję kasy. - stanęła przed nim, patrząc w podłogę.
-Spokojnie, coś się wymyśli... -podrapał się nerwowo po głowie. -Ile to może kosztować? -kontynuował półszeptem.
-Dwie i pół stówy... - otworzył szerzej oczy i pokręcił głową. -Wiem, to dużo.
-To nie mogliście go jakoś inaczej uspokoić? - warknął na nią.
-A jak inaczej? Widziałeś, co się z nim działo. Nie było innego rozwiązania. - fuknęła na niego, zakładając ręce na piersiach. To się Rudemu najwyraźniej spodobało, bo uśmiechnął się pod nosem. Dziewczyna szybko poprawiła za duży dekolt, uśmiechając się ironicznie. -Zapomnij.
-Możecie się bezsensownie kłócić gdzie indziej? - zapytał wkurzony Izzy, odpalając papierosa.
-Nie możesz tu palić. - odburknął mu Axl. Rytmiczny przeklął pod nosem i wyszedł z pokoju, głośno trzaskając drzwiami. Gdyby oni wszyscy mogli się na chwilę zamknąć...
-To co robimy? - zapytała Pat, opierając się o parapet.
-Ech... -Rudy oparł ręce koło bioder czarnowłosej, spuszczając głowę. -Nie wiem. Idź do domu. W barku jest taka mała, srebrna puszka. Tam coś powinno być. - bez słowa wyszła z pokoju. Został tylko Slash, Axl i ja.
-Idę się przejść... - wychrypiałam po chwili,
-To idę z Tobą. - Rudy przeszedł dwa kroki, ale go zatrzymałam.
-Nie. Chcę być sama. - odpowiedziałam półszeptem, spoglądając na bladą twarz blondyna leżącego na łóżku.
-Jak chcesz... - odparł niezadowolony, i usiadł koło Mulata. Ten zaś, cały czas miał schowaną twarz w swoich dużych dłoniach, a burza loków zasłaniała wszystkie jego emocje. Chyba wypróbuję taki patent.
    
         Tyle ludzi. Tyle uśmiechniętych, radosnych ludzi. Wszyscy zabiegani, ale wciąż szczęśliwi. Matki z dziećmi, grupki roześmianych nastolatków, tulące się do siebie pary, dumni ojcowe uczący swoje dzieci jazdy na rowerze. Śmiech, radość, beztroska. A kiedy moja kolej?
           Usiadłam na krawężniku, i zaczęłam bawić się sznurówkami. Co dziwne, nie płakałam. Limit łez mi się wykończył. A może jednak nie? Nie, mam jeszcze pełno łez. Szczęśliwi ludzie nawet nie raczyli na mnie spojrzeć. No pewnie, nie zakłócajcie sobie cudownego życia jakąś tam zapłakaną ćpunką.
-Kokaina... - szepnęłam do siebie, przypominając sobie, jak cudownie działała. -Kokaina... -śmiałam się do siebie mimowolnie. -Moja miłość... - wstałam bardzo szybko, i pobiegłam w stronę domu. Leciałam na złamanie karku między przecznicami, mijając różne twory Los Angeles. Mniej więcej w połowie drogi zauważyłam znaną mi postać. Pat zatrzymała mnie na chodniku.
-Możesz mi powiedzieć, gdzie Ci się tak spieszy? - zapytała, trzymając mnie za ramiona.
-Yy... -zwiesiłam się. Nie mogłam jej przecież powiedzieć, że mam ochotę sponiewierać się koką. -Po dokumenty... -skłamałam szybko, nie myśląc nad sensem wypowiedzi.
-Czyje dokumenty? - zmarszczyła brwi.
-No... Stevena. - uśmiechnęłam się nieznacznie.
-A mamy takie? - akurat wtedy miała ochotę na zadawanie durnych pytań, no cudownie.
-No najwyraźniej tak. - już otworzyła usta, żeby coś mi powiedzieć, ale minęłam ją szybko i pobiegłam. Usłyszałam za sobą tylko 'Alice! Wracaj do cholery!'. Pieprz się. Pieprzcie się wszyscy.

          Trzęsącymi rękami otworzyłam drzwi, które jak zwykle były niezamknięte. Wpadłam do przedpokoju, i energicznie otworzyłam szafki w półce. Na tyle energicznie, że je wyrwałam. Mnóstwo kartek leżało na ziemi, a ja szukałam mojego białego woreczka.
-Kurwa... -zaklęłam pod nosem, kiedy przejechałam niechcący po nożu, który znajdował się w jednej z szuflad. Ciemnoczerwona krew wypłynęła powoli z mojej bladej dłoni. Nie bolało. Czułam ulgę. Cholerną ulgę. Chwyciłam za nóż jeszcze raz ; tym razem nacięłam skórę na nadgarstku mocniej, a rubinowa ciecz pokryła go w kilka sekund. Pamiętam mój błogi uśmiech na twarzy.
Krew z ręki kapała lekko na podłogę, a ja szłam w stronę łazienki. To tam ostatnio znalazłam mój skarb. Chyba że Izzy ją sprzedał... Przegrzebałam wszystkie zakątki w łazience, ale kokainy nigdzie nie było.
-Cholera... - ukryłam twarz w dłoniach. -Gdzie jesteś...? - zapytałam. Ale kogo? Kokę? Siebie? Szczęście?

O kochana radości!
Kiedy będziesz już blisko, to daj mi znać.
Zaparzę wcześniej herbaty i posprzątam na stoliku w salonie.
Tylko powiedz, kiedy będziesz.
Proszę.
Odezwiesz się...
Prawda?

16 czerwca 2013

31. How I became comfortably numb part I...

Jeśli ktoś lubi czytać z podkładem muzycznym, to tutaj jest świetna piosenka.
Albo tutaj.
Lub tu.

Pianino idealnie oddaje emocje. Przekazuje to, czego nie mogą przekazać słowa.
Mówiłam już, jak bardzo kocham Kraków? A więc bardzo kocham to miasto. Dzięki niemu powstał rozdział 31. Zapraszam do zakładki z kontaktem, a niebawem pojawią się bohaterowie ;)


*                                                                 *                                                          *

Utrata przytomności.
Coś wspaniałego, czy okropnego?
Często się nad tym zastanawiam, ale w końcu dochodzę do wniosku, że to coś cudownego. Taki mały reset. Życie jest dużo przyjemniejsze, kiedy od czasu do czasu je resetujesz.

       I czuć było tylko męski zapach, który był mieszanką ostrych perfum i papierosów. Czuło się czyjeś ramiona, które delikatnie Cię obejmowały. Klatka piersiowa, na której położyłaś ciężką głowę, spokojnie opada i się wznosi, kołysząc Cię do snu.
-Steven? - zapytałam, przecierając oczy, żeby lekko się przebudzić.
-Nie. - rudowłosy powiedział cicho, ale w jego głosie słychać było nutkę... Rozczarowania? Smutku? A może to było jakiegoś rodzaju upokorzenia? -To ja, Will... - odgarnął sobie włosy z twarzy.
-Pamiętam Twoje prawdziwe imię...- uśmiechnęłam się blado. Siedzieliśmy na kanapie w salonie sami. Było tak cicho, jakby ktoś wszystkich pozabijał. Wróć. Nie siedzieliśmy. On siedział, a ja wtulona w niego w pozycji embrionalnej, wisiałam na jego szyi.
-Dobrze, że poszedłem do Twojego pokoju... - pogłaskał mnie delikatnie po głowie.
-O czym Ty mówisz? - zmarszczyłam czoło i popatrzyłam w te jego szaro-zielone tęczówki.
-Gdybym przyszedł tam chwilę później, to Duff by Cię... No wiesz... - zawiesił mu się głos i nerwowo podrapał się po głowie.
-Przeleciał, zerżnął, zgwałcił? - rzuciłam tonem wypranym z uczuć. -O te słowa Ci chodziło?
-Tak... -  pokręcił głową z dezaprobatą. -Ale wiesz... -podczas tej całkiem miłej i spokojnej rozmowy przez moją głową przebiegła migawka ubiegłego wieczoru. Karetka, deszcz, mgła...
-Steven jest w szpitalu. - powiedziałam, gwałtownie się podnosząc. Poprawiłam koszulkę i pobiegłam w stronę drzwi, mimo, że zakręciło mi się w głowie.
-Że co?! - krzyknął, a jego twarz przybrała ciemnoczerwony kolor. -W jakim szpitalu?!
-Karetka go wzięła, wczoraj. Wczoraj wieczorem... - powiedziałam ciszej, przerzucając włosy za plecy. W ekspresowym tempie zakładałam buty.
-No to czemu nic nie mówiłaś? - w jego głosie było słychać złość, ale i bezradność, strach.
-Bo... - zwiesiłam głowę i ukryłam twarz w dłoniach z zupełnej bezsilności.
-Nie, nie, nie... - podszedł do mnie i chwycił za ręce. -Nie płacz, proszę... Nie chciałem... - przytulił mnie do siebie, szepcząc 'spokojnie, powiedz mi, gdzie on jest'.
-Nie wiem. Widziałam tylko karetkę, która go zabierała. Był... Był nieprzytomny. - popatrzyłam w jego przerażone oczy. -Miał taką bladą twarz... - w głowie widziałam ten obraz chłopaka sprzed wieczoru. -Jego oczy, one... -zawiesiłam głos. Coraz ciężej było mi cokolwiek powiedzieć. Słowa raniły, jak igły wbijane w delikatną skórę dziecka.
-Jakie miał oczy? - zapytał spokojniej, choć w środku cały się trząsł.
-Mgliste. I otwarte. - przygryzłam lekko wargę. -A co jeśli on...
-Nawet o tym nie myśl.
-Ale...
-Słyszysz? - warknął na mnie. -Jedziemy do wszystkich szpitali w mieście. Najbliżej jest 8737 Medical Center, to na Melrose. - wziął kluczyki od vana Slasha i otworzył mi drzwi od mieszkania. Zbiegłam po schodach z prędkością światła, ale Axla jeszcze nie było. Obeszłam samochód kilka razy, po czym dopiero pojawił się Rudy.
-Dłużej się nie dało? - zapytałam, otwierając drzwi.
-Musiałem coś jeszcze zrobić... -odburknął i wszedł do środka, po czym odpalił wóz. -Szpital jest niedaleko, będziemy tam za 15 minut. - zacisnęłam dłonie w pięści, aby opanować ich drżenie.

Miał rację, byliśmy tam w 15 minut, a nawet mniej. Z nerwów prawie przejechał jakąś staruszkę na Fairfax, i dzieciaka na rolkach na początku Melrose. Gdyby nie gówniana sytuacja, w której się znajdowaliśmy, śmiałabym się jak małe dziecko. Czy ja kiedykolwiek będę się szczerze śmiać?
          
           Chłopak zaparkował na ogromnym parkingu i szybko wyszedł z vana. Nie mam pojęcia, kto dał mu prawo jazdy, ale na miejscu egzaminatora nigdy bym tego nie zrobiła. Jazda samochodem z panem Rose to życie na krawędzi, uwierzcie.
-Zaczekaj! - krzyknęłam trzaskając drzwiami. Na parkingu już go nie było, więc pewnie wbiegł do budynku. Usłyszałam jakieś krzyki i bardzo charakterystyczny skrzek, więc zerwałam się i kilka sekund później stałam przy wystraszonej pielęgniarce i wkurzonym chłopaku w recepcji. -Co jest? - zapytałam odsuwając Axla od młodej dziewczyny.
-Nie chce mnie wpuścić. - fuknął obrażony.
-Słuchaj... - popatrzyłam na nią; miała nie więcej, niż 25 lat. -Tam jest mój... - zawiesiłam głos, bo nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo zabolało.
-Nasz przyjaciel. - dokończył za mnie Rudy. -To znaczy, prawdopodobnie tam jest... - Axl zrobił krok do przodu, i chciał przejść do dalszej części korytarza, ale pielęgniarka zatrzymała go ręką.
-Nazwisko? - popatrzyła do zeszytu, oczekując odpowiedzi na pytanie.
-Adler. Steven Adler. - odpowiedziałam ze smutkiem w głosie.- Lat 22, błękitne oczy, blond włosy. Coś jeszcze? - zapytałam ironicznie, patrząc na nią przez łzy.
-Sala 27, pierwsze piętro. - rzuciła i odwróciła się na pięcie, odchodząc w swoją stronę. Ruszyliśmy z Axlem przed siebie, byle jak najszybciej być przy Stevenie.
-Axl, czekaj... - zatrzymałam się przed drzwiami.
-Will. - zmarszczyłam czoło. -Axl jest na scenie, dla kumpli. A dla Ciebie zawsze będę Willem. - uśmiechnął się blado. -Ale co chciałaś?
-A więc Will... - wymówienie jego prawdziwego imienia było takie... Dziwne. Przypominało mi te czasy, kiedy ze sobą chodziliśmy. -Ja się boję.
-Czego? - podszedł do mnie i złapał za ręce.
-No... Tego widoku. - odwróciłam głowę w drugą stronę, lekko wyrywając dłonie z uścisku chłopaka.
-Spokojnie. Duża z Ciebie dziewczynka. - powoli otworzył drzwi, i wpuścił mnie pierwszą.


 "Requiem For A Dream" - osobiście, trochę przeraża mnie ta piosenka. Ale chyba pasuje do tej części.
|

Biel, biel, biel. Znowu.
Pikające urządzenia. Znowu.
Żaluzje w kolorze mdłej mięty. Znowu.
Blada skóra. Znowu.
Spierzchnięte usta. Znowu.
Dwa, szpitalne łóżka. Znowu.

           Tylko tym razem, to nie ja leżałam na niewygodnym materacu. To nie mnie podłączono do kroplówki. A czasem tak bardzo żałuję, że to nie ja.
-O Boże... - zakryłam usta dłonią. -Co ja zrobiłam... - słone łzy spłynęły po policzku, szczypiąc mnie lekko pod oczami. Za dużo płaczę, a to i tak nic nigdy nie daje.
-To nie Twoja wina. - Rudy pokiwał głową, siadając koło łóżka. -Wiesz, jak on reaguje na takie rzeczy... - zaczął gestykulować rękami, próbując coś pokazać.
-Na kłamstwa? - zapytałam, patrząc w zdezorientowane oczy chłopaka. -Myślisz, że ja go zdradziłam, prawda?
-Ja... - załamał mu się głos.
-Nie miałabym serca. Słuchaj, to nie tak, jak Wam nagadali Duff i Michelle. - na sam dźwięk ich wypowiedzianych imion, skrzywiłam się lekko. -Byliśmy w Nowym Jorku. - otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko mu przerwałam. -Nie, nie żartuję. I musieliśmy jakoś wrócić, więc szanowny McKagan załatwił, że pojedziemy jakimś tirem do Dallas razem z jakimś Wietnamczykiem. - na samo to imię przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Łzy cisnęły się do oczu -I Duff powiedział, że muszę jakoś zapłacić za naszą podróż i... - nie mogłam wydusić z siebie słowa od płaczu. Zaczęło mnie boleć gardło i nie potrafiłam wydusić z siebie nic więcej.
-I on Cię...? - zapytał z zamkniętymi oczami, stukając palcami o stolik.
-Nie. -odsapnął z ulgą. -Nie, to nie on. To ten cały Chou. - popatrzył na mnie zdziwiony, a ja tylko odwróciłam głowę. -Pobił mnie, bo za długo się rozbierałam. - gdyby nie to, że byliśmy w szpitalu, to pewnie ułożyłby rozbudowaną wiązankę pod adresem Wietnamczyka, rozpieprzył pół pokoju ze złości, a potem obił mordę przypadkowemu człowiekowi.
-Zajebię go... - sapał, zaciskając ręce w pięść coraz mocniej. -Coś jeszcze Ci zrobił? - usiadłam na ziemi i podkurczyłam nogi, po czym objęłam je rękami, chowając twarz. -Alice... -pokiwałam głową twierdząco.
-Pobił mnie. Kilka razy. I dusił... -nagle drzwi delikatnie się otworzyły, a w progu stanęła pielęgniarka.
-Przepraszam, ale musicie państwo już iść. - uśmiechnęła się łagodnie, ale jej uśmiech szybko zniknął z twarzy, kiedy zobaczyła mnie, płaczącą pod ścianą. -Proszę się tak nie martwić wyjdzie z tego. - kucnęła obok mnie i poklepała po ramieniu. Szybko się wzdrygnęłam, bo bałam się dotyku obcej osoby.
-O Boże... - chłopak przetarł twarz dłońmi, głośno oddychając.
-Coś się tej pani stało? - zapytała, powoli wstając.
-Tak, stało się...-powiedział to tonem wypranym z uczuć, kiwając głową.
-Czy mógłby pan mi pomóc? - zapytała łagodnie, uśmiechając się do niego blado. -Położymy ją na łóżku obok. - kobieta odłożyła zeszyt na stolik i złapała mnie za ręce.
-Nie, proszę... - jęknęłam.
-Alice, mała... - Axl wziął mnie delikatnie na ręce. -Będzie dobrze, tylko musisz się położyć. - pocałował mnie lekko w czoło.
-Zostań tu, proszę... - szepnęłam, kiedy leżałam już na łóżku, a on kierował się do drzwi.
-Ech... - wziął głęboki oddech i odwrócił się w moją stronę. -Dobrze, zostanę. - usiadł obok mnie i podał mi szklankę wody.
-Nie chcę. - rzuciłam, kiedy podsunął mi ją pod nos.
-Zaraz wrócę. - wtrąciła pielęgniarka i szybko wyszła z sali, nieprzyjemnie tupiąc nogami o posadzkę.
        
        Podniosłam się na łokciach i zobaczyłam na leżącego obok, nieprzytomnego Stevena. To wszystko moja wina. To przeze mnie tutaj jest. To przeze mnie ma gips na ręce. To przeze mnie jest w śpiączce.
Boże, co ja najlepszego zrobiłam...

11 czerwca 2013

30. We are all addicted of pain...

Przykro mi, że już tak małej ilości osób zależy na tym blogu. Dawniej było więcej komentarzy, nawet ponad 20. Teraz ledwie 12. Aż tak jest źle? Aż tak Was to dobija, że nie macie ochoty napisać komentarza? Proszę, wysilcie się chociaż i napiszcie 'fajne', albo 'niefajne'. A może chcecie zasadę komentarz, za komentarz? Dobra, nie ma sprawy. Tylko mi napiszcie.
Szczerze? Znudziło mi się to opowiadanie. Niebawem startuję z czymś zupełnie nowym. Gn'R, Motley Crue, Cinderella, Skid Row i Aerosmith. Co myślicie? Komentarz nie boli, serio.
A rozdział króciutki.
Bo tak.

*                                                            *                                                          *

I znowu wszystko mnie boli.
Za chwilę odpadną mi nadgarstki i kostki, nie mówiąc o głowie i gardle.
Co się stało do cholery?

          Rozglądnęłam się dookoła ; wszystko jak gdyby nigdy nic, pokój na swoim miejscu, bałagan. Tylko jedna rzecz mi nie pasowała - Dlaczego byłam związana? Czułam, że na to pytanie również nie usłyszę odpowiedzi.
Moje nadgarstki były przywiązane jakąś liną i ubraniami do ramy łóżka, tak samo jak kostki. Każdy ruch powodował większy ból. Siła tarcia między skórą, a linkami była nieubłagana. Dłonie były praktycznie fioletowe - ktokolwiek mnie przywiązał, chyba nie zna podstawowych zasad budowy układu krążenia ; Jeśli uciśniesz tętnicę za mocno, krew nie dopływa do kończyny. Logiczne, prawda?
Rzucałam się i wiłam, byle tylko wydostać się z łóżka. Wszystkie moje próby poszły się przejść na spacer po ciemnym lesie. Krzyczałam, żeby ktoś mnie wypuścił, ale nikt nie słyszał. Albo nikt nie chciał usłyszeć.

-Czy możecie mnie w końcu odwiązać? - wrzasnęłam i szarpnęłam mocno ręką. -Halo?! Ktoś jest w tym domu? - łzy bezsilności spłynęły po policzkach, a ja wbijałam sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni. Robię tak zawsze, kiedy się boję i nic nie mogę zrobić, poza okaleczaniem się. Drzwi otworzyły się z hukiem, a w nich stał nie kto inny jak Duff.
-Wypuścisz mnie, czy będziesz się tak gapił? - podszedł do mnie chwiejnym krokiem, śmiejąc się cicho pod nosem.
-P-pewnie. - zasłonił usta dłonią. -Pardąsik, czy jak to tam mówią w Austrii. - nie dość że pijany, to jeszcze myli Francję i Austrię. Widać, że rodzice go na końcu robili. Odwiązał powolutku moje ręce i nogi, śmiejąc się jak małe dziecko z nowej zabawki.
-No w końcu... - usiadłam i rozmasowałam delikatnie moje czerwone i opuchnięte nadgarstki, kiedy chłopak rzucił się na łóżko, i przygniótł mnie całym swoim ciałem. Warga zaczęła się trząść, a z ust wyrwał mi się pisk strachu i obrzydzenia.
-Myślisz, że zrobiłem to za darmo? - przygryzł płatek mojego ucha, co doprowadziło mnie do drżenia. Tak bardzo się go bałam... -Nigdy nie robię niczego, z czego nie będę miał korzyści... - rozpinał powoli moje spodenki, a ja rzucałam się i wiłam coraz bardziej.
Jechał po wewnętrznej stronie mojego uda wyżej i wyżej, a to coś między jego nogami czułam na podbrzuszu. Z mojego doświadczenia wiem, że krzyki w takiej sytuacji rzadko kiedy pomagają, ale warto próbować. Kiedy Duff jeździł ręką pod moją bielizną, w głowie kręciło mi się znowu tak samo, jak podczas podróży powrotnej do Los Angeles. Nic do mnie nie docierało - krzyk, światło, dotyk...

Znów udajesz lalkę, zabawkę, którą za chwilę się odłoży na miejsce. Nie reagowałam na nic, wszystko mi było jedno. Widocznie tak ma być. Widocznie to ja mam odkupić winy innych, to ja mam cierpieć. Może jestem takim Jezusem model 1987?

Każde cierpienie ma sens, nie każdy go poznaje.

2 czerwca 2013

29. Beginning of the end, part II...

Halo, halo, dzień dobry. Wróciłam.
Miesięczna przerwa od pisania była czymś strasznym. Dosłownie. Ale jestem, mam trochę pomysłów i nieco więcej wolnego czasu. Czy ktoś się cieszy? Mam nadzieję.
A więc dołowanie czytelników przez RocketQueen uważam za rozpoczęte. Miłej lektury.



Wchodząc do mieszkania... Zaraz, zaraz. Czy sposób, w jaki się poruszałam, można nazwać chodzeniem? A może raczej człapaniem? Albo coś po środku szurania nogami o ziemię, i bolesnym, przykurczonym krokiem? Tak... Coś w tym stylu.
    Cisza. Ten obcy dźwięk królował w całym mieszkaniu, porażając umysły nas wszystkich. Słychać było jedynie przyspieszone bicie mojego serca, i nasze wspólne, przerażone oddechy.

     Siedział przy stoliku w ciszy, opróżniając już kolejną butelkę wódki. Która to już była? Trzecia, może czwarta? Dla tego chłopaka nic się nie liczy, tylko ona. Butelka ruskiej wódy za niecałe 12$ w monopolowym na rogu. Żyj szybko, umieraj młodo.
     Siedziała przy nim chuda, wystraszona, wyprostowana dziewczyna. Z twarzą kamienną i nic nie wyrażającą. Chyba że nieumiejętne ogarnięcie całego tego syfu. Czarne włosy opadały na jej bladą twarz, nieprzyjemnie z nią kontrastując. Kiedy bardzo się boi, na jej lewej skroni uwydatnia się błękitna, malutka żyła. Teraz była ogromna.
    Obok czarnowłosej, siedział Hudson. Trzęsące się ręce, które przed chwilą trzymały marną podróbę Les Paula i kostkę do gitary, zaplątane były w burzy loków. Trzęsła mu się warga. Bał się.
    Obok niego, stał wychudzony, zmarnowany Stradlin. Odpalał właśnie papierosa, gdy ten spadł mu na ziemię. Przeklął cicho pod nosem, podnosząc go z delikatnością i uczuciem. Co jak co, ale zwykłą prostytutkę traktował gorzej, niż tego szluga.
    Obok mnie stał on. Trzymał kurtkę w ręce, ściskając ją tym mocniej, im dłużej trwało milczenie. Patrzył martwo w szybę, gdzie ogromne krople deszczu dzieliły się na mniejsze, i mniejsze, aż w końcu łączyły się w jeden strumyk, który powoli spływał w dół.
        Budzącą trwogę ciszę przerwał Axl, który mocno rzucił o ziemię kurtkę. Z jej kieszeni wypadły klucze i trochę miedziaków, które odbijając się od podłogi powodowały głuche echo. Przerażające, mrożące krew w żyłach echo. Każdy wzdrygnął się lekko, patrząc w stronę, skąd dochodził hałas. Cera Axla przybrała żywo czerwony kolor, a jego charakterystyczna żyła uwydatniła się na szyi. Gdyby tylko mógł, to otworzył by sobie czaszkę, z której buchnąłby wielki obłok dymu. Był wściekły.
       Weszłam cicho do kuchni, jeżdżąc po blatach opuszkami palców. Kiedy moja dłoń natknęła się na srebrne ostrze, chwyciłam je pewnie. Powolutku, praktycznie niezauważona weszłam do salonu. Na kanapie siedział w ciszy Duff, bawiąc się nerwowo kosmykami włosów. Na mojej twarzy pojawił się błogi uśmiech, podobnie jak w Hope.
-To przez Ciebie... - wyciągnęłam ostrze przed siebie i dotknęłam chłopaka lekko w szyje zakończeniem noża. -To Ty zniszczyłeś mi życie... Nienawidzę Cię. - Jak obudzeni z transu, wszyscy rzucili się w moją stronę, byle tylko wyrwać mi nóż z ręki. -Pierdolony egoisto! Nienawidzę Cię! - Duff runął na ziemię, a centymetry od jego głowy spadł nóż.
-Alice! Boże Drogi, co Ty wyprawiasz?! - Pat złapała mnie za ręce, patrząc mi w oczy.
-Odsuń się. - zdziwiona,świdrowała mnie wzrokiem.
-Ale...
-Odsuń się! - warknęłam i popchnęłam ją. Upadła na ziemię, i wciąż na niej siedząc wymieniała spojrzenia z Axlem. Była przerażona, cała się trzęsła.
Z podłogi powoli wstawał McKagan. Ciężko to było nazwać wstawaniem, a raczej chwiejnym podnoszeniem zwłok. Zmierzył mnie pijacko i podszedł do mnie, z zaciśniętą pięścią w powietrzu.
-Ty... Może zrobisz sobie coś n-na... - pokręcił palcem obok swojej skroni, patrząc na mnie z góry. Gdyby nie to, że Izzy i Axl mnie złapali, prawdopodobnie okładałbym Żyrafę pięściami. A przynajmniej bym chciała.
-Nienawidzę Cię... - oddychałam ciężko, a każda wypowiedziana obelga pod adresem Duffa przynosiła mi ulgę na duszy. -Mam nadzieję, że zginiesz... Okrutną śmiercią... - zaśmiał się cicho pod nosem. -Zabiję Cię...
-Z-zabawna jesteś. - zabawna, to była ta jego obrzydliwa, pijacka czkawka.
      

Wrzeszczałam. Zaczęłam krzyczeć, jakby ktoś obdzierał mnie ze skóry, jednocześnie płakałam, i... I czułam ulgę. W końcu to, co trzymałam w środku wyszło na zewnątrz. Cały ból wyparowywał ze mnie z każdym krzyknięciem, każdą łzą, każdym ich przerażonym spojrzeniem...

12 kwietnia 2013

28. Beginning of the end, part I...

Przepraszam, nie wiem co to ma być. Krótkie i... Dziwne.  Muszę chyba zrobić sobie małą przerwę...
Przepraszam Was, każdego czytelnika z osobna - Mam jakiś cholerny brak weny.
I znów tłumaczę się tym samym, i znów nie ma rozdziału na czas i znów nic to nie pomoże.
Przepraszam Was. Chciałam jak najlepiej, ale postawiłam sobie belkę za wysoko. Nie potrafię pisać o rzeczach radosnych. I to kolejna rzecz, za którą chcę Was przeprosić - Rzygacie tym smutkiem, tą melancholią, tym bólem. Ja też. Ale nie umiem inaczej.
Dziękuję Wam za komentarze, za te nominacje... Jesteście najlepsi na świecie. Dziękuję i przepraszam.


Jak byś się czuł, gdybyś widział jak całe Twoje dotychczasowe życie sypie się jak domek z kart?
Kiedy bliska Ci osoba wbiłaby Ci nóż w plecy, a potem wyjęłaby go i przebiłaby Twoje serce? Twoje połamane, zepsute serce? Jakbyś się czuł?
Jakbyś się czuł, gdyby ktoś bliski tak zwyczajnie się odwrócił?
Gdyby ktoś, kogo darzysz jakimś nieokreślonym uczuciem jest właśnie reanimowany w karetce, a Ty nic nie możesz zrobić?
Gdyby ktoś Cię tak bardzo upokorzył, zmieszał z błotem... Czy walczyłbyś dalej? Czy dałbyś sobie spokój?
Czy machnąłbyś tylko ręką i powiedział 'Mam dość, więcej nie potrafię'? Czy umiałbyś się  podnieść?

        Łzy mieszały się z dużymi kroplami deszczu, rozmazując resztki jakiegokolwiek makijażu. Stałam na chodniku niemalże sparaliżowana, trzymając kurtkę w ręku. Zamiast ją ubrać, to ściskałam ją w dłoni tym mocniej, im zimniej mi było. Mgła powoli opadała, a deszcz padał coraz słabiej. Patrzyłam w jeden punkt, marząc o powrocie karetki z przytomnym już Stevenem. W oddali usłyszałam kroki, co chwilę przerywane to chlapnięciem z kałuży, to postojem. Wykrzykiwano głośno i błagalnie moje imię, a chwilę potem słyszałam je coraz wyraźniej. Kilka głębokich, szybkich oddechów za moimi plecami. Czyjaś dłoń na moim ramieniu.
-Alice... - szepnął Rudy, przybliżając mnie do siebie. Zmieniłam miejsce, wciąż sztywno stojąc. Moim punktem, w który nieustannie się patrzyłam, była znikająca na horyzoncie droga. -Po co tu przyszłaś?
-Steven. - drgnęłam lekko, pokazując palcem na oddaloną o kilkadziesiąt metrów drogę. -Tam.
-Gdzie? - przymrużył oczy, przypatrując się we wskazany punkt. -Nie ma go tam.
-Ste-Steven... - rozpłakałam się jak dziecko, siadając na zimnym i mokrym asfalcie. Chłopak złapał mnie za ręce, ale nie chciałam wstać.  Kucnął obok mnie, odgarniając włosy z mojej twarzy.
-Choć, wracamy. On się nie zgubi, spokojnie. - pokiwałam głową przecząco. Chciałam krzyknąć, że zabrali go do szpitala, ale nie miałam siły, ani odwagi. Słowa znów stanęły w gardle, i nic nie mogłam z siebie wykrztusić.
-Stevie... - ukryłam twarz w dłoniach, płacząc coraz bardziej. To wszystko było tak bardzo pomieszane, zakręcone że nie potrafiłam tego ogarnąć. Nic nie trzymało się kupy. Ponownie.
-Alice, ja wiem że się martwisz, ale... - popatrzył jeszcze raz we wcześniej wskazane przeze mnie miejsce, rozglądając się za blondynem. -Ale to, że płaczesz, to...To nie pomoże. On wróci, obiecuję.
Pogłaskał mnie delikatnie po ramieniu, tak czule, spokojnie, ale... Po przyjacielsku.
I tego mi wtedy brakowało; przyjaźni.
           Wstałam bardzo powoli, choć czułam się jak na karuzeli - wszystko wirowało w zawrotnym tempie. Lampy mieszały się z budynkami, a chłopak rozmazywał się coraz bardziej. Z paniki i strachu wtuliłam się w niego, starając się opanować mroczki przed oczami i rollercoaster w głowie.
I znowu czujesz tą bezsilność.
I znowu wiesz, że jesteś nikim.
I znowu zdajesz sobie sprawę, że nie powinnaś dostać drugiej szansy.
I znowu uświadamiasz sobie, że jesteś nikim. Tylko kolejną cegłą w murze.
I znowu dostajesz kopniaka w tyłek.
I znowu jest ktoś, kto chce Ci pomóc.
I znowu boisz się tej pomocy.
I znowu boisz się zaufać.

*                                                 *                                              *                                               *
Pomysłów tysiące, ale nie wiem jak przelać je na papier. Wrócę niebawem, obiecuję.
All we need is just a little patience...

10 kwietnia 2013

Versatile Blogger Award!


Zostałam nominowana do tej nagrody 2 razy... Bardzo mi miło. Chciałam podziękować Draconis & Żulowi oraz Vicky za to wyróżnienie. Jak my wszyscy, nie mam za zielonego kabaczka pojęcia, o co chodzi. Mniejsza z tym.



A więc!
1. Nominowana osoba pokazuje nagrodę
      na swoim blogu.

2. Dziękuje za nominację.
3. Ujawnia 7 faktów o sobie.
4. Nominuje 7 blogów.
5. I na koniec informuje o nominacji
     blogi nominowane.
Punkt 1 - JEST!
Punkt 2 - JEST!
Punkt 3 :

1. Moja gitara nazywa się Hendrix i nie da się go nastroić. Ale i tak go kocham.
2. Kocham narkomanów i cały temat narkotyków. Serio. Chora mania, nie? Uwielbiam czytać w jaki sposób działa np. kokaina, a jak heroina. Które mocniej uzależniają, jak organizm zachowuje się na 'głodzie' itp. Bardzo chciałabym porozmawiać z narkomanem lub narkomanką. Moje malutkie marzenie ;).
3. Uwielbiam śpiewać. Kocham zdzierać gardło, kiedy jestem sama w domu, albo kiedy czekamy z przyjaciółmi na WF, jednak nie mam odwagi śpiewać publicznie.
4. Wbrew opinii, która mówi się nastolatki umieją zrobić tylko jajecznicę i herbatę, kocham gotować i piec. Kolejne zboczenie. Ciasta, ciasteczka, babeczki, bezy, torty to u mnie norma. Uwielbiam się bawić w ozdabianie tych małych dzieł sztuki lukrem czy czekoladą.
5. Chcę otworzyć klub muzyczny, coś w stylu dawnego Rainbow Grill & Bar albo The Troubadour.
6. Nienawidzę tych durnych bajek dla dzieci, w których liczy się po angielsku jabłka z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. -.-
7. Dobra, ten punkt będzie dość osobisty. Po cholerę to piszę? Nie wiem.
Pokochałam gimnazjum.
Wiem, brzmi głupio i bezsensownie, ale... Ale nie znacie całej mojej historii. Tutaj, w mojej cudownej gimbazie poczułam na własnej skórze takie coś, co się nazywa popularnie 'przyjaźnią'. Nie wierzycie? Przez 6 lat podstawówki przyjaciel był pojęciem względnym. Oczywiście, były koleżanki, ale tylko tyle. I nic więcej. Nikt, komu można zaufać. Niestety, wciąż buduję mury dookoła siebie, żeby znów nie czuć tego, co wtedy. Tego odrzucenia.

Punkt 4 :
(Kolejność jest bez znaczenia.)
1) http://breath-of-memories.blogspot.com/
2)http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
3)http://dreams-with-wings.blogspot.com/
4) http://nightrain-to-sunset-strip.blogspot.com/
5) http://through-the-fire-and-flames.blogspot.com/
6)http://witam-w-psychiatryku.blogspot.com/
7)http://nextstation-paradisecity.blogspot.com/


Jeśli to przeczytaliście, to zostawcie komentarz, nie wiem, whatever. Jeśli macie jakieś pytanie do mnie, piszcie, piszcie, piszcie.

HAVE A NICE DAY AND DON'T FORGET TO ROCK N' ROLL.

                                                                                                 RocketQueen

31 marca 2013

27. Here's my little hell...

Wesołych Świąt.


Moje ciało całe drżało. Strach? Nie, to nie był strach. To była pieprzona radość. Tak. W końcu.
        Jego ciepły, spokojny oddech na moich ramionach. Jego poplątane kudły na mojej twarzy. Jego duża, lekko szorstka dłoń na moim obolałym brzuchu. Tylko tyle potrzeba do szczęścia.
Jego zapach. Perfumy, przedwczorajsza wódka i papierosy.
        Zaczął się nerwowo wiercić, mamrotał coś pod nosem. Odwrócił się plecami do mnie i przeszukał ręką podłogę, zapewne mając nadzieję na znalezienie butelki wody.
-Cześć Stevie... - przejechałam dłonią po jego nagich plecach, i szybko się wzdrygnął, pewnie przez moją lodowatą, prawą dłoń. Tylko ona jest zimna. Lewa zawsze jest ciepła. Dziwne, nie?
-Mhm... - zmarszczył brwi, i zakrył się mocnej kołdrą. Zaczął szybciej oddychać, a jego czoło przykryły malutkie kropelki potu.
-Steven, co jest? - podniosłam się szybko na łokciach, patrząc na słabego chłopaka. Nie odpowiadał, tylko trząsł się jeszcze bardziej. Na chwilę się uspokoił, wziął kilka głębokich oddechów i powoli wstał z łóżka.
-Mhm... - ta sama, nic nie znacząca odpowiedź. Wyszedł z pokoju, trzaskając resztką drzwi. Przetarłam twarz dłońmi, chcąc lekko się obudzić. Wyjrzałam przez brudne okno, aby zobaczyć normalnych ludzi, którzy mają bardziej normalny dom niż ja. Którzy nie martwią się szkłem w przedpokoju i rozbitą głową Axla. Czy to aż tak dużo? Najwyraźniej tak.
            Wrócił po dłuższej chwili cały uśmiechnięty, zaspany i zaćpany. Na jego nosie zostało jeszcze trochę kokainy, której widocznie nie wciągnął do końca. Usiadł koło mnie, jakby nigdy nic.
-Co tam? - zamurowało mnie. Dom wygląda, jakby ktoś na niego napadł w środku nocy ze starą siekierą i piłą mechaniczną, ja wyglądam jak ostatnie nieszczęście, a ten się spytał 'Co tam?'.
-Źle. - popatrzył na mnie zdziwiony. -A tam? - jedyna sensowna deska uratowania tej nieszczęsnej rozmowy poszła się... Przejść na spacer po ciemnym lesie.
-Wspaniale. - opadł na łóżko, i zaczął się bawić moimi włosami. Siedziałam jak lalka ; zwyczajnie poczekam, aż skończy się bawić, i może zaśnie. Jak z przedszkolakiem ; nakarmić, zabawić, położyć spać. Przymknęłam oczy, kiedy przejechał ręką po mojej szyi. - Masz ciepłą szyję. - rzucił bez zastanowienia.
-Dzięki. Idę się wykąpać, dobrze? - wstałam, a on trzymał mnie za udo. -Steven, puścisz mnie?
-Tak, tak. Jasne. - uśmiechnął się i podszedł do gramofonu. Wychodząc słyszałam ciche, przerywane co chwilę dźwięki 'Whole Lotta Love'.
-Dam Ci moją miłość, cały ogrom miłości... - szepnęłam, i spojrzałam na Adlera, który nie mógł sobie założyć koszulki. -Chcę Ci dać moją miłość... - wyszłam w miarę cicho, nie przeszkadzając Stevenowi w tej jakże trudnej i poważnej sytuacji. Na korytarzu wciąż leżały odłamki szkła, ale na szczęście było ich dużo, dużo mniej niż w korytarzu. Skąd to cholerstwo się tutaj wzięło? Chyba wolę nie pytać. Żyć w słodkiej nieświadomości, oto rozwiązanie. Tylko długo się tak nie da.
           Wchodząc do drzwi łazienki (Uwaga, drzwi były całe.) znalazłam (Uwaga, uwaga, chwila napięcia...) Izzy'ego. Tego trupa wśród ludzi mniej, lub bardziej żywych. Jak zwykle blady, z podkrążonymi oczami i butelczyną wytwornego jabola marki Nightrain.
-No hej. - rzucił, blado się do mnie uśmiechając.
-Czy wy naprawdę nie widzicie, co się tu stało?! - krzyknęłam, rozglądając się po resztkach salonu.
-No impreza była. - wzruszył ramionami, i wyszedł z mieszkania.Czyli klasyczne zwątpienie w ich możliwości intelektualne.
Zamknęłam drzwi na klucz i stałam. Warga zaczęła drżeć. Boję się. Boję się, że to znów się powtórzy. Że ten psychopata znów przyjdzie. Że znowu mi to zrobi. Otarłam łzę z policzka i powoli ściągałam z siebie ubrania, oddychając nierównomiernie. Gdyby ktoś Ci kiedyś powiedział, że pewnego dnia będziesz bała się rozebrać, żeby pójść pod prysznic, uwierzyłbyś?
Bo ja nigdy.
Liczyłam na gorący strumień wody, a otrzymałam jedynie letni strumyczek pod słabym ciśnieniem. Ale i tak fajnie, że kabina prysznicowa była cała. I tak fajnie, że ludzie żyją. Że Steven żyje, i Pat, i Axl, Izzy... Brakuje tylko Slasha. Brzoskwiniowy żel pod prysznic w połączeniu z parą wodną przyjemnie otulał mnie świeżym zapachem. Po kilku minutach wyszłam z pod prysznica i owinęłam się leżącym obok, szorstkim ręcznikiem. Ach, ile książek się czytało, gdzie dziewczyna wychodzi spod prysznica i otula się miękkim, puchatym ręcznikiem, po czym wychodzi z łazienki, rzucając się w ramiona ukochanego.
To nie ta bajka kochanie.
        Lustro, które o dziwo ocalało podczas tej piekielnej imprezy, odbijało postać nędzy i rozpaczy.
Czyli mnie.
        Przejechałam dłonią po czerwonych śladach na żebrach, które wciąż mocno rzucały się w oczy. Rozcięcia na brzuchu nie pamiętam, ale było długie i bardzo wąskie, co oznaczało, że ktoś potraktował mnie żyletką. Dotknęłam podbrzusza, obolałego podbrzusza. Boże, co za wstyd. Największe upokorzenie dla kobiety...
Ślady duszenia wciąż widniały na szyi, co mnie lekko zdziwiło, bo minęło już kilka dni, od tego wszystkiego. Siniaki pod okiem i na czole już bladły i coraz ciężej było je zauważyć. Otworzyłam szufladę, chcąc znaleźć krem do twarzy. Jedno pudełko, drugie pudełko i... Coś, czego tutaj nie powinno być. A przynajmniej nie powinno się to znaleźć w moich rękach. Ten sam woreczek co w Hope. Ta sama, biała zawartość. Ta sama chęć szczęścia. Kokaina. Biłam się z własnymi myślami, ściskając foliowy woreczek coraz mocniej. Brać, czy nie? Teoretycznie po szpitalnym leczeniu nie miałam ochoty, a praktycznie cholernie mnie kusiło, żeby wziąć. Moje ręce stały się teraz jedynie trzęsącymi się kończynami, które za chwilę zabiją jakąś część mnie.
Od ściskania tego cholernego woreczka zaczynały mnie boleć ręce, na których uwydatniły się jasnoniebieskie żyły (Albo tętnice? Chyba tętnice, ale mówi się, że żyły. Chyba. Poprawcie mnie, jak coś. przyp. aut.). Nogi jak z waty i ręce trzęsące się jak słabe drzewa podczas huraganu odmawiały posługi. Nie chciałam kolejny raz tracić przytomności, nie tutaj, nie w domu, nie w moim małym niebie...

Głosy z oddali krzyczały, jakby były wrzucone do ognia piekielnego. Ciepła dłoń błądziła po policzku i czole, uspakajając mnie. Ale czy to mnie trzeba było uspokoić?
        -A co jeśli ona nie żyje? - ktoś zawył, chodząc nerwowo po ziemi.
-Żyje, tylko zemdlała. I weź uspokój swój rudy, niedojebany łeb. - warknęła moja cudowna, żyjąca Pat. Ten głos poznasz  nawet wśród stada dzikich bawołów, bo jest tak charakterystyczny.
-Wjebać Ci? - Rudy wkurzył się lekko, tupiąc w kafelki.
-Jeśli mnie uderzysz, to robię dwutygodniowy post od seksu.
-Że jak?!
-I śpię w piżamie. - Odgarnęła włosy z mojej twarzy i uśmiechnęła się lekko. - No dzień dobry, zjechała nam pani. - uśmiechnęła się szeroko, poprawiając swój stanik.
-Wy nic nie zauważyliście? - zapytałam, zakrywając brzuch koszulką, wciąż patrząc martwo w sufit.
-Czego? - zapytała, podając mi butelkę wody.
-Szkła w przedpokoju. Tego że nie było nas ponad tydzień. Całego tego syfu, który teraz nazywamy 'mieszkaniem'. Że Axl ma rozbity łeb. - kiwałam głową, zastanawiając się, czy oni tego nie widzą, czy nie chcą widzieć?
-Jak to rozbitą głowę? O czym Ty mówisz? - zapytał zdziwiony Rose kucając koło mnie. Wskazałam palcem na jego lewą skroń. Przejechał po niej dłonią, klnąc pod nosem. -Kurwa, faktycznie... - wstał i przemył twarz wodą.
-Nie widzicie tego? - spojrzałam w zdziwione oczy Pat. - Ogarnijcie się w końcu... - położyłam się na boku i chwilę później wstałam, chcąc porozmawiać ze Stevenem. Chwiejnym krokiem przeszłam do sypialni, gdzie o dziwo, blondyna nie było. Wzruszyłam ramionami i szybko się przebrałam. Luźna koszulka KISS przesiąknięta zapachem Steviego idealnie ukrywała ślady na brzuchu i żebrach. Ze spokojem ubrałam szorty, bo na nogach nie miałam żadnych niepokojących ran. Kudły same szybko wyschły, układając się w lekkie loki. Całkiem spora ilość włosów zakrywała twarz, więc musiałam zrobić tylko lekki makijaż, żeby ukryć siniaki.
W sumie, to nie musiałabym się ukrywać, tylko powiedzieć im prawdę, ale... Myślicie że łatwo jest powiedzieć 'Hej, słuchajcie, zostałam zgwałcona i pobita kilka razy!' ? Że łatwo się przyznać, że jesteś uzależniona od dragów? Że nie jest trudno spojrzeć w oczy przyjaciołom i powiedzieć 'Jestem narkomanką' ? Że łatwo jest powiedzieć swojemu chłopakowi, że nie wie, czy coś się do niego czuje?
To wcale nie jest takie proste.
        Ku mojemu zdumieniu, szanowny pan Rose podnosił większe kawałki szkła z podłogi i wrzucał je do worków. Zaskoczona, patrzyłam się na niego, upewniając się, czy dobrze widzę.
-Pomóc Ci? - rzuciłam po chwili.
-Nie, nie trzeba. Połóż się. - uśmiechnął się ciepło, i wskazał na rozwaloną kanapę pokrytą puszkami. -Dobra, może nie tutaj... - podrapał się po głowie i sprzątnął śmieci z sofy, rozłożył na niej koc i ruchem ręki kazał mi usiąść.
-To co, teraz nagle się ocknęliście i sprzątacie? - chwyciłam karton soku pomarańczowego, odkręciłam go i szybko odłożyłam na miejsce. Przewidywalna data terminu spożycia minęła jakieś... 2 miesiące temu?. Idealny projekt na biologię.
-O matko, to tylko szkło. - uśmiechnął się, kontynuując swoją pracę. Zdumiewa mnie jego ciągły optymizm. Albo głupota.  - A Wy gdzie tak długo byliście?
-No właśnie... - słowa stanęły mi w gardle, jak zawsze, kiedy muszę coś ważnego powiedzieć. Jąkałam się chwilę, po czym rozluźniłam się i zaczęłam mówić. -Miałam Wam to wszystko... - drzwi otworzyły się z hukiem i poleciała z nich farba. Śpiewy i gardłowy śmiech przerywany kilkoma łykami wódki. Przyszedł szanowny pan McKagan. -No nie, tylko nie on... - zakryłam oczy dłonią, zsuwając się po kanapie, żeby tylko się jakoś ukryć.
-Dzień d-d-dobry. - obrzydliwa, pijacka czkawka. -Zastałem A-Alice? - dla Ciebie pani Black, fiucie.
-Witamy w urzędzie skarbowym. Okradniemy Cię i zostawimy na pastwę losu. - Rose pokiwał głową i podniósł lekko moje nogi, pod którymi leżała butelka. Nigdy nie zrozumiem jego 'inteligentnych' odpowiedzi.
-Nie ma mnie, wyparowałam. - wymieniłam spojrzenia z Michelle, stojącą obok Duffa. Ta mała jędza przemieszcza się jak wąż po lesie. Już wiem, czemu Hudson ją tak lubi.
-A-ale szkoda! - przybliżył szyjkę butelki do ust, upijając połowę jej zawartości. -Wódeczki? - zapytał z pijackim uśmiechem.
-Nie, dzięki. - rzuciłam z odrazą. Chelle tylko mnie zmierzyła i pokiwała głową z dezaprobatą. Po chwili w salonie pojawiło się więcej ludzi, pewnie smród wódki Duffa ich tu ściągnął. Był też zdezorientowany Steven. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu, aż w końcu usiadł koło mnie, uśmiechając się szeroko. Czułam się jak małe dziecko, które dostało ze sprawdzianu z matematyki jedynkę i teraz musi powiedzieć o tym rodzicom.
McKagan tańczył, śpiewał, pił kolejne litry alkoholu. I nikt niczego nie widzi, wszystko wolno.
-To co - Michelle przekrzyczała śpiewającego 'Home Sweet Home' Duffa. Nie wiedziałam, że tak lubi Motley Crue. -Alice, opowiesz nam wszystkim, co się wydarzyło? - oparła ręce na biodrach i gapiła się we mnie jak na winowajcę całego zła na świecie. Czy mogę jej obić tą śliczną mordkę?
-N-no Ali... Opowiedz! - czknął i zatoczył się.
-Ale... - zwiesiłam się.
-No, powiedz, powiedz jak zdradziłaś Stevena. - po słowach pijanego McKagana poczułam jak zbiera się we mnie złość. Zobaczyłam Pat, która mówiła wzrokiem 'Co Ty do cholery zrobiłaś?'. Michelle zadowolona z siebie stała w tym samym miejscu, z tym samym wyrazem twarzy.
-Że co? - Steven oprzytomniał i popatrzył na mnie. Czy kiedykolwiek widzieliście tego Popcorna smutnego? Czy kiedykolwiek widzieliście, że jego zaćpane, radosne oczy lśnią od łez? Że jego warga, zawsze rozciągnięta od ucha do ucha, drży ze smutku? Że promienna twarz przybiera grymas bólu? Nie? To wiedzcie, że to najgorszy widok na świecie. -Dlaczego mi to zrobiłaś? - serce złamało się na tysiące kawałków. -Byłem aż taki zły?
-Steven, nie, nie... - zaczęłam płakać, bo widziałam, jak z każdą sekundą go tracę. -Daj mi się wytłumaczyć, proszę... - spojrzałam na basistę, który oglądał całą tą scenę jak w teatrze. Wyrwałam kolejną butelkę ruskiej wódki z jego ręki, i roztrzaskałam ją na jego głowie. A przynajmniej chciałam, bo trafiłam w ścianę.
-Tobie się już we łbie popierdoliło?! - chwycił mnie za nadgarstki i ścisnął je mocno.
-Nienawidzę Cię... - wysyczałam mu w twarz. -Nienawidzę Cię! - zaczęłam się wyrywać, ale on tylko śmiał się. Zbliżył swoją zapitą twarz niebezpiecznie blisko do mojej. Uśmiechał się triumfalnie. Ale nie tym razem. Ślina spłynęła po jego policzku. Oplułam go.
-Ty suko! - zamknęłam oczy i liczyłam, że zaraz poczuję jego pięść na twarzy, ale tak się nie stało. Izzy i Slash okładali go pięściami na ziemi. Pat patrzyła to w moją stronę, to w stronę bijących się chłopaków, starając się ogarnąć tą całą akcję. Michelle stała z boku, przypatrując się jak Slash obija mordę Duffowi.
-Chodź... - Axl złapał mnie za rękę i zaprowadził do sypialni. Usiadłam na brzegu łóżka, cała roztrzęsiona. Przybliżyłam kolana do klatki piersiowej i zaczęłam się lekko kiwać, tak jak w dzieciństwie, kiedy bardzo się bałam. -Co się stało? - zapytał spokojnie, ciepłym głosem. Tak jak sprzed lat.
-B-bo ja, i tir... I... - jąkałam się coraz bardziej, starając się złapać powietrze. Rose złapał mnie lekko w talii i chciał przytulić, ale zaczęłam się wyrywać. -Nie, nie... Proszę, nie rób mi tego...
-Jezu, Alice. Spokojnie. - wiłam się dalej, bo przypomniała mi się scena w motelu... Wszystko tak podobnie wyglądało.
-Zostaw, zostaw mnie... - wyłam, kiedy mnie dotykał. Złapał moją twarz w dłonie i spojrzał mi w oczy. Oddychałam spokojniej, mniej się bałam.
-Już? Co się stało? - wtuliłam się w niego, dalej lekko się trzęsąc. -Mała, co... - odkryłam mój brzuch i żebra. Wyglądał, jakby miał zabić tego, kto mi to zrobił. Poczerwieniał ze złości, odwrócił się i przeszedł po pokoju. -Kurwa, kto Ci to zrobił?! - podszedł do mnie, po czym przyglądał się moim żebrom.
-Bo Duff, on chciał, żebyśmy... I do domu, i....- nie skończyłam, bo wziął mnie za rękę i wbiegł ze mną do salonu. Basista leżał na sofie, masując policzek. Gitarzyści siedzieli w resztach kuchni, przykładając sobie lód pod oczy. Pat dyskutowała z Michelle, ale po jej wyrazie twarzy była mocno zszokowana.
-Kto jej to zrobił?!- krzyknął Axl, pokazując mój brzuch. Czarnowłosa zakryła twarz dłonią, to samo uczyniła Michelle. -No co, teraz Ci gnoju języka w gębie zabrakło?! - rzucił się na wstającego McKagana. Tym razem dostał od Rose'a kilka mocniejszych ciosów. Pat podbiegła do mnie, mówiąc jakieś strzępki zdań, jak to jej jest przykro. Ale to najmniej mnie teraz obchodziło. Wszystko działo się w jakby zwolnionym tempie, chorym przedstawieniu, a my jesteśmy marionetkami.
        Drzwi wyjściowe były uchylone, a leżące obok buty porozrzucane. Brakowało jednej pary białych trampków.
-Jasna cholera. - zaklęłam pod nosem, zarzucając ramoneskę Izzy'ego. Szybko wybiegłam z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami. W głowie miałam same czarne scenariusze. Niby wszyscy uważają go za uroczego, dziecinnego głupka, ale kiedy jest wściekły... A do tego przygrzany... Otrząsnęłam się z tych myśli, biegnąc przez zatłoczone Sunset Strip. Pytałam przypadkowych ludzi, czy nie widzieli blondyna, ale jak zwykle nikt nikogo nie widział. Norma w tym kurewskim mieście Aniołów, gdzie bawią się Diabły.
Przebiegłam przez Wallnut Street i zatrzymałam się na rogu Fairfax i Melrose. Moje serce biło w zabójczym tempie, jakby za chwilę miało eksplodować. Gdyby nie adrenalina, leżałabym martwa w połowie drogi do The Troubadour. Nigdzie go nie było. Byłam w klubach, w ulubionych zaułkach jego dilerów. Przy nocnych klubach i burdelach. Przy monopolowych i spożywczych. Nigdzie. Ani śladu żywej duszy.
        Popołudniowe niebo zakryło się ciemnymi chmurami. Zaczęła się niesamowita ulewa - nie było nic widać na odległość 3 metrów. Wszystkie stojące na chodniku dziewczyny na jedną noc skryły się w klubach, a inni ludzie po prostu wyparowali. Ściągnęłam kurtkę Izzy'ego i włóczyłam nią po ziemi.
Wszystko znowu się spieprzyło. Bo czemu miałoby być dobrze?
W oddali zauważyłam karetkę pogotowia i wypadających z niej sanitariuszy. Pewnie znowu jakiś żul się nawalił, i nie może oddychać. Podeszłam bliżej, chcąc zobaczyć kolejną ofiarę Miejskiej Dżungli. Lekarz powoli zamykał karetkę, w której leżał nieprzytomny, blady... Steven.
-Zaraz, czekajcie! - krzyknęłam, widząc otwarte, ale mgliste oczy chłopaka. -Nie, zaraz! - zawołałam za nimi, ale widziałam tylko, jak czerwono-niebieskie światło znika w oddali, topiąc się w strugach deszczu i mgle.



*                                                                               *                                                             *
Ostatnio było za słodko, więc to dla równowagi.