14 października 2012

9. We're gonna fight for our right!

Ciekawe, jak Wam się spodoba koniec ;3
Życzę miłej lektury!




No to ładnie Alice, pięknie! Znowu się uzależniasz, to się źle skończy..Oh weź się zamknij 'głosie rozsądku' ! Bierz przykład z Pat; Ona szuka przygód, chce tworzyć zabawne historie wpisujące się w karty historii naszej przyjaźni! To co, że się trochę naćpałaś? Było śmiesznie i to się liczy! Axl, ta pała, się obraził i jebie mnie to. Jak on chodzi schlany w trupa na dziwki to ja jakoś nie protestuję, nie? Jutro będziemy się z tego śmiać, tak myślę. Ted nawet nie wie że to ja. Jest dobrze! Wypadało by wrócić do mieszkania i się ogarnąć, szybko. Jak najszybciej.
       Biegiem dotarłam do domu, w salonie siedziała Pat. Poprawa humoru? Zapomnij. Dobra, pogadasz sobie z nią potem, teraz prysznic! Spędziłam w łazience dobre pół godziny. Pat wciąż siedziała w tym samym miejscu.
-Długo jeszcze? - zapytałam cicho.
Cisza.
-Pat...Odpowiesz mi?
Cisza.
-Pierdolę to. - już miałam iść do siebie, kiedy Pat wybuchła śmiechem. Ale ona zaczęła się TURLAĆ po ziemi. Co jest do cholery? Ta wciąż ryła, a ja miałam niezły mindfuck. Sama coś wzięła, czy tamte dragi jeszcze na mnie działają?  Po 10 minutach 'uspokoiła' się na tyle, że można było z nią gadać.
-Hahahaha, ty myślałaś że jestem zła? Buhaha, no może na początku, bo spierdoliłaś i nie powiedziałaś gdzie idziesz...Ale w tym parku, hahahaaa..Ja pierdzielę, coś ty wyprawiała...Nie mogę! - I znowu była na ziemi. PONOWNIE  się dusiła, PONOWNIE 10 minut się ogarniała, PONOWNY mindfuck Alice.
-To..Wy się nie gniewacie? - spytałam nieśmiało
-Buhahahahaa, a na co niby? Mieliśmy taki ubaw, brakowało nam tego! Tylko mała, jak znowu masz ochotę się naćpać to weź mi powiedz, ok? - popatrzyła na mnie poważnie.
Sama walnęłam śmiechem; Pat wyglądała jak jakieś zombie! Jej czarne kudły odstawały na wszystkie strony, tusz do rzęs rozmazał się, tak samo eyeliner. Do tego miała bladą twarz. No normalny zombiak.
-Z czego ryjesz idioto?- zapytała zdezorientowana.
-Popatrz..do...lustraa...haha....- wydusiłam z siebie.
-CO TO MA BYĆ?! - krzyczała
-To jest Zombiak Pat, kretynie.- wyglądała komicznie - A wracając do tematu ; Po cholerę graliście przede mną?
-Wiesz, to był taki mały chrzest.- uśmiechnęła się cwaniacko- Witamy w dżungli bejbe.
-Całe życie z wariatami. Dobra, idę do siebie. Coś jeszcze chcesz ode mnie?
-Nie. Już chyba nic. A nie, czekaj!
-Tak? - sprężaj się, ja chcę do łóżkaaaaaa!
-Dzisiaj chłopaki robią imprezę u siebie, idziemy. - nie zapytała o zdanie, tylko wydała rozkaz ; Cała Pat.
-A z jakiej okazji? - wymamrotałam
-Z takiej, że zagrali pierwszy większy koncert. Idź się przespać, bo wyglądasz okropnie. Jak jakaś wiedźma.
Wymownie pokazałam jej środkowy palec, uśmiechnęłam się, i poszłam do siebie. Super, jest impreza. Tylko pewnie Duff tam będzie, sweet Jesus, tylko nie on! Aaaa...W sumie, to co ja się nim będę przejmować? Będzie- trudno jakoś przeżyję, nie będzie- rewelacja. Godzina? 13.57. Najs, mam czas na sen.


-Alice, Ty moja mała kurwo, obudź się! - skakała po mnie Pat- No rusz to dupsko!
-Po chuja? - mamrotałam.
-Bo jest impreza u Gunsów i nie chcemy się spóźnić? - mówiła do mnie jak do idiotki.
-Już wstaję. Przygotuj mi coś do ubrania i wyprasuj.
-A co ja, Twoja służąca?
-Tak. No, migusiem. Tam są moje koszulki, raz-dwa!
-Zapłać mi, to zrobię co chcesz.
-Mówisz jak rasowa dziwka.
-Pierdolisz.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-Wyprasujesz mi w końcu te ciuchy?
Strój Alice ;3
-No już księżniczko...
W końcu ruszyła dupsko i przygotowała mi jakieś ciuchy. Ba, nie jakieś, bo Pat je przygotowała. Ma skubaniec gust. Kiedy wróciłam z łazienki, umalowana i uczesana, zwaliła mnie z nóg. Przygotowała mi czarne krótkie spodenki, białą koronkową bluzkę, czarną marynarkę, naszyjnik z krzyżem i wyjebane w kosmos buty.
-Podoba się?
-Ale zajebioza. - wydukałam.
-Cieszę się. Ubieraj się i wychodzimy.
Nastawiłam się pozytywnie, w końcu świętujemy, nie? Pat czekała na mnie przy drzwiach. Kierowałyśmy się do 'piekielnego domu' w ciszy.
-Al?
-Hmm? - wyrwała mnie z myślenia Pat. - Co jest?
-Czy ty myślisz że ja..No że Rudy..No nie wiem..- zaczęła się jąkać. Wiedziałam o co jej chodzi.
-Chodzicie? - zapytałam prosto z mostu, po co komplikować sobie życie?
-No właśnie nie wiem..Tak oficjalnie to chyba nie, albo chociaż...
-Pat- stanęłam przed nią- Chodzicie ze sobą. Gratuluję. Tylko, proszę..obiecaj mi coś.
-Co?
-Że jeśli on..cokolwiek Ci zrobi to mi o tym powiesz, jasne? - pokiwała głową. - Gratuluję. - przytuliłam ją. Szczerze? Trochę jej zazdrościłam, i mam nadzieję, że nie spali się tak jak ja.
-Dobra, już prawie jesteśmy. Let's get party! - krzyknęła.
Weszłyśmy do bram Hellhouse, słychać było muzykę i śmiechy. Poczułam zapach tytoniu; jesteśmy na miejscu!
Stylizacja Pat ;3
Pat zapukała do drzwi. Znowu zapukała. Po trzecim razie otworzył Axl. Rudy najpierw zmierzył mnie wrednym wzrokiem, potem pocałował Pat w policzek.
-Axl..Powiedziałam jej..- zaczęła cicho się śmiać.
-Oo..No tak, wybacz Al. Wchodźcie do środka, zapraszam! - objął Pat i ruchem ręki wskazał na 'salon'.
Na kanapie siedział Steven, który równo napierdzielał pałeczkami o stolik, Slash grający na gitarze, Izzy palący papierosa  i niestety Duff. Jeszcze mi się gapił na cycki, co za kutas! Z kuchni wyszła jakaś dziewczyna. Cóż, na dziwkę raczej nie wyglądała...Wysoka, szczupła, długie, brązowe i kręcone włosy... Nie, to raczej nie dziewczyna lekkich obyczajów.
-Pat, Alice to jest Sue. - przedstawił nam ją Izzy.- Sue załatwiła nam ostatni koncert. Alice i Pat to przyjaciółki zespołu, poznajcie się.
Podałyśmy sobie ręce, chwilę gadałyśmy wszystkie we trzy, ale Duff koniecznie chciał ze mną pogadać.
-Duff, nie mam ochoty. Wszystko już sobie wyjaśniliśmy...- odwróciłam się i chciałam kontynuować konwersację z Sue, kiedy ten idiota złapał mnie, podniósł i przerzucił przez ramię.
-To teraz nie masz już wyjścia. Chcesz czy nie, pogadamy. - powiedział i wyszedł ze mną na zewnątrz. - Czy mogłabyś się do chuja pana tak nie rzucać? Chcesz spaść? - warknął. Odstawił mnie na ziemię i gapił się na mnie.
-No czego? Jak mnie tu już przyniosłeś, to może byś zaczął rozmowę, hm? - rzuciłam.
-Dasz mi się wytłumaczyć?
-Dawaj, lubię bajki. - usiadłam na krawężniku i oparłam głowę na rękach. - Come on!
-A więc... Pieniądze Ci oddam, nie wiem kiedy, ale oddam. - pokiwałam głową z dezaprobatą - Wiesz, Ty mi się serio podobałaś. Tylko, sytuacja..rozumiesz..
-Nie. Nie rozumiem.
-No potrzebowałem kasy, tak?
-Nie mogłeś normalnie powiedzieć? Pożyczyłabym Ci...
-No ale wiesz...Jakbyś mi pożyczyła te pieniądze, to nie byłoby tamtej nocy...- uśmiechnął się cwaniacko.
-McKagan, to że będziesz chujem, nie znaczy że twój będzie większy. - rzuciłam i wstałam, kierując się do Hellhouse.
-Wiesz mała, on i tak jest już duży, no nie? - chciał być zabawny?
-Nie. Wcale nie jest duży. Widziałam większe.- popatrzyłam na niego z politowaniem. Chyba go zgięło, bo nie odezwał się ani słowem, tylko wszedł do mieszkania. Alice: 1 Duff; 0 ! HAHA!
Kiedy wróciłam, impreza trwała w najlepsze ; Axl i Pat lizali się na ziemi, Slash pił Danielsa i kłócił się ze Stevenem o jednorożce, Izzy tańczył z Sue do rytmu 'Kashmir' Led Zeppelin. Duff się chyba obraził, wziął butelkę wódki i zamknął się u siebie. Bardzo dobrze! Usiadłam przy Slashu i Stevenie, wypiliśmy trochę, pośmialiśmy się. Myślałam że Slash to jeden z tych aroganckich typków, a jednak się myliłam. Steven był taki, jaki pierwszy raz go zobaczyłam ; nieogarnięty i uśmiechnięty. Pat i Axla nie było, Izzy polazł gdzieś z Sue. Saul grał na gitarze, Steven zasnął mi na kolanach, a ja dopijałam Jack'a Danielsa. Z sypialni dochodziły jednoznaczne dźwięki ; Zaczęłam się śmiać, Hudson tak samo.
-No ładnie, ładnie..Tylko żeby nam tu potem banda dziecek nie goniła... - rzucił.
-Pat jest raczej rozważna. Raczej...Masz papierosy?
Przegrzebał kieszenie, sprawdził pod stolikiem, ale znalazł.
-Ognia? - podał mi papierosa do ręki.
-Nie, mam zapalniczkę, dzięki.
Fuj, kiedy ja zaczęłam palić? Dawniej, od czasu do czasu zapaliłam, ale trochę mi to śmierdziało. Teraz to mi wszystko jedno. Steven zaczął mocniej chrapać i ślinić się.
-Steven..Steve...? Czy mógłbyś nie zaślinić mi kolan?- próbowałam go zrzucić, niestety bezskutecznie.
-Ty ładnie pachniesz..- Przytulił się do mnie.
-Popcorn, nie pierdol i się podnieś. - warknął Saul.
-Nie. Ja śpię. - przytulił mnie i zasnął.
Z sypialni słychać było coraz wyraźniej te 'dźwięki'.
-Ja pierdolę, ile można się jebać? - ukrył głowę w dłoniach.
-Obstawiam, że Pat dojdzie za 10 minut.
-Pff..Chyba 15.
-Zakład? - popatrzyłam na niego pewnie.
-Zakład. - podał mi rękę- To jeśli wygram to co zrobisz?
Chyba wiedziałam o co mu chodzi, nie nie nie! Zapomnij Slash!
-A jeśli ja wygram? Co zrobisz?
-Skąd taka pewność? - uciekamy od tematu, ładna zagrywka!
-Pewność siebie to podstawa.
Do drzwi zadzwonił dzwonek.
-Ja nie idę. - rzucił Slash i wziął do ręki Danielsa.
Hmm...Axl i Pat się jebią, więc raczej nie otworzą, Steven śpi jak zabity, a Duff się fochnął. Dobra, ja otworzę.
-Mógłbyś go zabrać? - ruchem ręki wskazałam na Adlera.
Pijany Slash ledwo podniósł perkusistę i sam położył się na kanapie.
Otworzyłam drzwi i spojrzałam na godzinę ; po 21.
-Tak? - popatrzyłam na gościa. Wyglądał jak jakiś urzędas. Co tacy ludzie robią w Hellhouse po 21?!
-Czy mógłbym z panem..Williamem Bailey?
-Axlem Rose. - poprawiłam go.
-Tak tak, z Axęlem. Mógłby przyjść? - Axęlem? Co za debil...
-Już, chwilka.
Podeszłam pod drzwi Axla. Zapukałam w nie, raz, drugi, trzeci..Za czwartym otworzył.
-Czego kurwa? - był w samych bokserkach, zaczęłam się śmiać.
-Jakiś..e.. Pan do Ciebie przyszedł. - pokazałam mu na drzwi.
-Dobry wieczór...? Co się znowu stało? - nie wyglądał na zdziwionego, widocznie facet był tu wcześniej.
-Nie opłacone rachunki, nie opłacony czynsz, częste wzywania policji.. Jeśli nie wpłaci pan teraz 2500$...
-Ilu?! 2 i pół koła, no chyba was pojebało!
Kurwa Rose, ty skończony debilu.
-Proszę się wyrażać! - wkurzył się, oj wkurzył. -  Do jutra ma was tu nie być. Chyba że teraz wpłacisz należne pieniądze.
-Nie mam teraz!
-No więc, jak powiedziałem. Do 8 rano ma was tu nie być. Radzę posprzątać. I przewietrzyć. - rzucił oschle- Do widzenia.
Komornik zamknął drzwi z hukiem, Axl stał w tym samym miejscu co wcześniej, ja  zastanawiałam się, gdzie oni będą teraz mieszkać, Slash i Steven spali. No to ładnie.
-Axl, długo jeszcze? - wyszła z pokoju Pat.
-Zamknij się, proszę. Musimy się wynieść. 
Evans zrobiła minę w stylu 'Co ty do chuja pana odpierdalasz?!'.
-Slash, Steven! Zbierać dupska i się pakować! - krzyknęłam na śpiących. Ku mojemu zdziwieniu, zrobili co kazałam. Chyba nie byli do końca świadomi co się dzieje.
-Rudy, ty masz zamiar tak to wszystko zostawić? Gdzie wy będziecie mieszkać? - pytałam
-Spokojnie, coś się wymyśli. Zarobimy pieniądze i odzyskamy Hellhouse. Już niedługo.

11 października 2012

8. It's funny how I never felt so high!

Kolejny na siłę, krótki i głupi. Baby, have fun!





Wybiegłam. No dlaczego? Już było dobrze, już się układało, to się musiało spierdolić! Usiadłam na krawężniku przed barem. Jebane zrządzenie losu. Chciałam w coś uderzyć, rozwalić coś; akurat przede mną leżała butelka po Nightrain'nie. Nie rozmyślając zbytnio, wstałam i cisnęłam butelką przed siebie. Szkło rozbiło się na drobne kawałeczki, przechodzące dziwki gapiły się na mnie jak na idiotkę.
-Czego?!- warknęłam na nie. Szybko podeszły do jakiś chłopaków, odsuwając się ode mnie.
Poczułam rękę na ramieniu, jak oparzona odwróciłam się; To Duff McSkurwysyn!
-Możemy pogadać? - zapytał, lekko wystraszonym głosem
-Nie. - Rzuciłam i zaczęłam kierować się w stronę parku, leżącego po drugiej stronie ulicy.
-Ale ja chcę pogadać-  chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie. - I pogadamy.
-Oh, twoje zdanie mnie tak jebie, że chyba za chwilę dojdę. Cześć! - chciałam przejść na drugą stronę ulicy, ale ZNÓW złapał mnie za rękę.
-Znalazła się pani Uciekinierska, hmm?
-I kto to mówi?! Mało Ci jeszcze? Mało? Może chcesz więcej pieniędzy? Proszę bardzo! - sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam kilka dziesięciodolarówek. Rzuciłam nimi w jego twarz- Coś jeszcze? Może mam Ci wskoczyć do łóżka?
-Uspokój się, proszę...- zebrał pieniądze i podał mi do ręki.
-Pierdol się McKagan. Mało przez ciebie sukinsyny cierpiałam? Potraktowałeś mnie jak szmatę.- ostatnie słowo wycedziłam. - Idź sobie na dziwki, idź. Może są inne tak naiwne jak ja...
-Nie idę na kurwa dziwki, bo chciałbym przeprowadzić tą jebaną rozmowę, a Ty mi to utrudniasz!- krzyknął
-Ah tak? W takim razie idę. Po co mamy gadać? Tak by the way, czy my mamy o czym ? - podniosłam brew i złagodziłam ton. - Do widzenia.
W końcu bez zatrzymania ruszyłam przed siebie. Nie, nie idę do parku, nie teraz. Hmm, kogo my tu mamy? Diler? A co mi tam...
Podałam mu plik dolarów, popatrzył na mnie, przeliczył kasę i uśmiechnął się.
-To czego chcesz?
-Kokę.
-Dobra- zaczynał szukać po kieszeniach
-I trochę heroiny, tylko lepszej... I Brownstona.
-Dopłacić, szybko.
Przewróciłam oczami, no co mam zrobić? Dopłaciłam i wzięłam towar.
Dobra, to teraz gdzie? Mmm, ten park wygląda ciekawie! A chuj, idę tam. Park był... no w sumie to było cholernie ciemno, więc nie widziałam jaki jest. Na przeciwko był bar The Rainbow, widziałam wszystkich wychodzących i wchodzących tam, ale nikt nie widział mnie. Idealne miejsce na małe kokainowe co-nieco.
Przygotowywałam pierwszą kreskę, kiedy nagle zauważyłam, że Pat wybiega z  baru. Za nią Axl. Potem Izzy, wszyscy nerwowo się rozglądali. Chyba kogoś szukali. Alice, kretynie...może ciebie szukają?
Aaa, dobra durny głosiku w mojej głowie, czas na kreskę! Chwila, i już po wszystkim...Ta błogość...
Coś za mało tej 'błogości', jeszcze jedna porcja nie zaszkodzi! Szast-prast! Kolejna kreska wciągnięta...
Zaczęłam się śmiać, wręcz dusić ze śmiechu. No dobra, jeszcze trochę mi nie zaszkodzi, ostatnia, malutka kreseczka.  Jak miło że nikt nie miał ochoty chodzić w nocy po parku! W powietrzu roznosił się zapach koki, nagle zobaczyłam jakąś postać biegnącą w moją stronę..Łosz kurwa, to 2 osoby, albo 3? Ah, te dragi! Widzę dym, kolorowy. Jest wszędzie, otula drzewa, latarnie, ławki.. Tajemnicze postacie zaczęły mnie szarpać, chyba coś do mnie mówiły. Nagle ten dym zaczął otulać postacie, wydawało mi się że się duszą. Zaczęłam biec, gonił mnie tęczowy dym. Popatrzyłam za siebie; tamte postacie też biegły, widać również bały się dymu. Nagle przede mną pojawiło się urwisko- stałam nad przepaścią. Tęczowa chmura była za mną, nie było innej ucieczki. 3 postacie biegły do mnie. Krzyczały coś, chyba żebym skoczyła, więc to zrobiłam. Myślałam że zginę, a jednak nie... Na dnie był ocean Jack'a Daniels'a, pływałam z delfinami w najcudowniejszym oceanie na świecie. Dalej nic nie pamiętam, kojarzę tylko jak jakiś statek mnie wyciągał z wody.





-To co z nią robimy?
-Jak to co? Niech się obudzi, potem zobaczymy...



Otworzyłam oczy, światło strasznie mnie raziło.
-Czy ktoś może zasłonić tą jebaną roletę?!- warknęłam
-O popatrz, obudziła się nasza Drag Queen! - popatrzyłam na osobę mówiącą, to był Izzy
-O co wam do kurwy nędzy chodzi? - łeb mnie bolał, o matko, zaraz umrę!
-Czyli nie wiesz co wczoraj robiłaś, tak?- spojrzał na mnie krzywo Axl- Kto Ci tą chujnię sprzedał?
-A możesz jaśniej!?- podniosłam głos- Łeb mnie boli, jeśli macie ochotę bawić się ze mną w zgadywanki, to ja podziękuję i sobie pójdę.
Wstałam z łóżka, poszłam do kuchni. O, ananas, super. Pokroiłam go, zjadłam i wróciłam do łóżka. Wróć! Gdzie ja jestem? Gdzie jest mój wyjebany w kosmos pokój?
-Gdzie ja do kurwy nędzy jestem?- zapytałam lekko przerażona.
-W Hellhouse skarbie- syknęła na mnie Pat. - Byłaś na takim haju, że nie byliśmy w stanie przenieść do naszego mieszkania. - Była ewidentnie zła.
-Jakim haju?
-Czyli księżniczka nie pamięta, super.- Wtrącił się Axl - No wiesz, narkotyki, haj.. Te słowa raczej nie są Ci obce.- Dodał.
-No to kurwa przesadziłeś. Ciekawe, znowu zaczynasz się mną interesować? Ponownie chcesz grać moją matkę? Odpierdol się po prostu...- rzuciłam  i wyszłam z tego 'czegoś' co Gunsi zwali domem.
W progu natknęłam się na kogo? NA DUFFA. Super.
-Cześć.- przywitał  się
-Spierdalaj. -wiem, jestem 'taaakaaa złaaa', ale nie miałam ochoty na kolejną kłótnię.
-Gdzie wczoraj poszłaś? - No kurwa kolejny ciekawski!
-Przejść się. A co?
-Nic, tak tylko pytam. Wszystko w porządku? - złapał mnie za rękę.
Co mam Ci powiedzieć? Właśnie obudziłam się w jakimś piekielnym domu, wczoraj nie wiem co się ze mną działo, ponownie zaczęłam brać dragi, głowa mi zaraz wybuchnie, pokłóciłam się z przyjaciółmi, spotkałam ciebie,  nie mam kasy...
-Tak wszystko ok. - rzuciłam.
-Ej, wiesz, jeśli chciałabyś pogadać to...
-Dzięki na razie nie skorzystam, cześć.
Kierowałam się do domu, miałam wszystkiego dosyć, a była dopiero 11 przed południem. Co by tu robić? Pójdę do Teda, posiedzę u niego w sklepie muzycznym. 10 minut potem stałam już przed drzwiami sklepu, otworzyłam je.
-Cześć Ted. - wysiliłam się na uśmiech.
-Alice? Hej! I jak, byłaś na koncercie? - był w dobrym nastroju, może poprawi mój.
-Tak byłam, nie widziałam Cię. - spojrzałam do pudeł- Hmm...Nowa dostawa? - Tak, ciuchy zawsze poprawią mi humor!
-A ja cię widziałem, miałem podejść, ale wybiegłaś. Pomyślałem, że nie będę Ci przeszkadzał. - Zaczął wyciągać bluzki z kartonów- Tak, nowy...Tyle tu tego jest...Masakra.
-Pomóc Ci z tym? Lubię grzebać w ciuszkach- uśmiechnęłam się, tym razem szczerze.
-Jeśli chcesz, to proszę bardzo. Poukładaj je zespołami, tylko alfabetycznie! Ja zaraz wrócę! - zawołał i schował się na zapleczu.
Zapach farby do tkanin, wszędzie gitary, płyty...Istny raj! Porozkładałam te koszulki, jedną schowałam do torby. No co? Za taką pracę się chyba należy, nie? Ted wrócił z talerzem kanapek i dzbankiem kawy.
-Co to? - zapytałam, pokazując na talerz.
-Lunch, chodź zjesz ze mną. - ruchem ręki kazał mi usiąść. Nie jadłam nic od... wczorajszego popołudnia, byłam cholernie głodna. Jedz ładnie Al, nie rzucaj się na jedzenie. Ted nalał mi kawy do filiżanki, łał, spodziewałam się chamskiego kubka!
-Z mlekiem i cukrem?
-Nie, ja piję czarną. Dzięki - wzięłam od niego kubek.
Gadaliśmy przez dobre pół godziny, kiedy nagle zapytał o koncert.
-A jak Ci się podobali ci, no...Guns n' Roses?
-Wiesz...hm..Dobrze grają. - za wszelką cenę chciałam unikać tego tematu.
-Tylko?
-Grają bardzo dobrze, lepiej?
-Wybacz, nie chciałem...
-Nie, spoko. Mam jakiś...dziwny dzień...
-Rozumiem, za to opowiem Ci coś śmiesznego!
-Dawaj! - uśmiechnęłam się.
-A więc wczoraj po koncercie chodziłem sobie po parku... No i nie uwierzysz, jakaś dziewczyna, mniej-więcej twojego wzrostu, chyba lekko przyćpała. - Osz kurwa. On mówił o mnie, teraz mnie olśniło.- No i goniła jak nienormalna po parku, znajomi ją gonili, a ta wrzeszczała coś o 'tęczowym dymie który ją goni', szaleństwo nie? - Ted zaczął się śmiać, a ja nerwowo rechotałam.- A potem, słuchaj, to najlepsze: Wpadła do fontanny, darła się że pływa w Jack Danielsowym oceanie z delfinami! - Ted ryknął śmiechem- Hahaa, nie śmieszy cię to? - skrzywił brwi.
-Nie, śmieszy, tylko... Ja sobie... przypomniałam coś, coś ważnego. Dzięki za kawę i kanapki, do zobaczenia!


No to zajekurwabiście. Brawo Alice, brawo!



9 października 2012

7. I think about you, darling you're the only one...

Pierwszy rozdział od początku, który mi się nawet podoba! :D
A jak rozdział 6? Proszę, dodawajcie komentarze, to mi sporo ułatwia w ulepszaniu bloga ;)
Przepraszam z góry za błędy!







Obudził mnie dotyk obcych rąk na biodrach. Jak oparzona oderwałam się od jakiegoś śmierdzącego żula. Byłam w ohydnej alejce, pełno śmietników, wszędzie łaziły jakieś zapchlone koty. Ten zboczeniec cały czas się na mnie gapił, a kiedy chciałam uciec, złapał mnie w talii i przycisnął do muru. "To coś" między jego nogami dotykało mojego podbrzusza, fuj. Dobierał się do mojego stanika brudnymi zębami, dotykał łapskami moich pośladków. Zaczęłam się rzucać i kopać, trafiłam między nogi tego zboczeńca, hell yeah!
Leżał teraz na ziemi, koło niego leżała rozbita butelka po taniej wódce. Zaczęłam uciekać, usłyszałam za sobą jakieś jęki, Bóg wie co to było.
-Wiesz gdzie jesteś? - niepewnie przybliżyłam się do leżącego na 3 metry.- Zapytałem, czy wiesz gdzie jesteś?!
Warga zaczęła mi drżeć. Co ten typ ode mnie chce?
- Jesteś w dżungli złotko, zginiesz tutaj, ona Cię zmiażdży, zniszczy, zrówna z błotem... Dżungla, ty tu umrzesz..
Wystraszona zaczęłam biec. Tak, próba gwałtu z rana jak śmietana! Byłam na głównej alejce, mniej-więcej kojarzyłam gdzie jestem. Ok, tu jest sklep muzyczny, czyli jeśli skręcę tam w lewo, tam przejdę przez pasy, potem w prawo, to powinnam być przy barze. I miałam rację, 15 minut potem byłam przed barem. Claudia pytała się, gdzie byłam, bo nie zostałam na noc. I co może mam jej szczegółowo opowiadać, że jakiś niewyżyty menel chciał się na mnie wykorzystać?  Pff..No już pędzę jej powiedzieć, mało się nie zabiję, tak lecę! Powiedziałam jej, że byłam na imprezie, łyknęła to. Weszłam do pokoju, wszystkie moje rzeczy na miejscu. Dobra, prysznic, jakieś śniadanie? Może raczej obiad, anyway, przebrałam się i poszłam coś zjeść. Przy naleśnikach z czekoladą przypomniał mi się Ted, mówiący o koncercie. Matko, ba grać Skid Row! Hahahaa, nie wierzę, zobaczę Sebastiana Bacha na żywo, jeeeeeee! W tylnej kieszeni spodni miałam ulotkę z informacjami o koncercie :


Only Rock n' roll! Tylko u nas, w The Rainbow, młode rockowe zespoły mają szansę zaistnieć w bezlitosnym świecie show-biznesu! Z tą ulotką wstęp o połowę taniej. 1 lipca '85 - od 20 do ostatniej żywej duszy! Bez ograniczeń wiekowych!


Pierwszy lipca, to dziś! Mam sporo czasu, jest dopiero 14, więc mam czas się przebrać milion razy, tyle samo pomalować i wstąpię jeszcze do sklepu Ted'a. Pójdę z nim, znając moje szczęście, nie wiedziałabym jak dojść do The Rainbow. Przydało by się poszukać Pat, w końcu po to tu jestem. Wróciłam do pokoju, na liście zauważyłam, że wpisała tam jakiś numer telefonu! Kurwa, brawo. Nie mogłaś zauważyć go wcześniej Alice?! Był napisany maleńkim druczkiem, ledwo go odczytałam. Dobra, dzwonię.
-Halo? Pat? To ty? - zaczęłam mówić do telefonu
-Pat? Jaka Pat? Tutaj pizzeria Romana, w czym mogę służyć?
No to kurwa ładnie. Dała mi numer do jakieś włoskiej knajpki? GENIUSZ!
-Oj, przepraszam, pomyłka. - rozłączyłam się szybko. Jeszcze raz próbowałam odszyfrować numer. Hmm, to jest trójka czy piątka? Spróbuję z piątką...
-Halo? Pat?
Cisza
-Halooooooooo? Jest tam ktoś żywy? Juhuuuuu! - matko, co to za dziwne miasto!
-Alice? - odezwał się delikatny, dziewczęcy głos.- Nie pierdol, to ty?- fala szczęścia uderzyła w nas obie.
-Nie, kurwa miś Gogo. No pewnie że ja! Matko, gdzie ty jesteś? Mów mi wszystko, już!
-Haha, jestem w mieszkaniu u siebie, a ty?
-No wiesz, w jakimś ohydnym pokoju hotelowym w L.A.
-Pierdolisz! Nie wierzę, jaki to adres?
-A bo ja wiem? Czekaj poszukam... Sunset Boule.. Jak się to czyta? Bouleva... No do cholery!
-Hahahha, wiem gdzie to jest. Jeszcze numer.
-236 B.
-O wiem, gdzie to jest! Będę u Ciebie za 15 minut!
Rozłączyła się. No nie. Ale jazda! Pat żyje i zaraz u mnie będzie! Taaak! W końcu się układa. Nie minęło 10 minut, a Pati już była w pokoju. Tuliłyśmy się dobre 15 minut, przepraszałyśmy się nawzajem, płakałyśmy, śmiałyśmy się... Nie widzisz człeka miesiąc, i już Ci odbija. Opowiedziałyśmy sobie wszystko. No prawie. Nie chciałam jej mówić o narkotykach i próbie samobójstwa.
-Wiesz, dziś jest jakiś dobry koncert w The Rainbow, Skid Row grają! - zaczęłam
-Wiem! Idziemy razem nie? - skakała po łóżku.
-Yep! Dlatego trzeba się zacząć szykować!
-I dlatego się pakujesz i idziemy z tego miejsca do mnie!
-Żartujesz?
-Niby czemu? Moja najlepsza przyjaciółka ma sypiać.. Tu- mówiąc to pokazała na pokój wielkości klatki- kiedy mam mieszkanie w centrum L.A.? Chyba kpisz, pakuj się szybko!
Zrobiłam co kazała, grzecznie się spakowałam, zapłaciłam za pokój te nieszczęsne 20 dolców, i pojechałam do mieszkania Pat. Jej apartamencik, bo tyko tak to można nazwać, był niewielki, ale bardzo fajny. Na ścianach było pełno plakatów, wszędzie były płyty Zeppelinów i Aerosmith, w powietrzu unosił się zapach jej perfum.
-Podoba się?
-Pewnie, świetnie się urządziłaś!
-Dziękuję, tam- pokazała na 2 drzwi na lewo- Masz swoją sypialnię. CAŁĄ Twoją.
Weszłam do pokoju. Miałam ochotę rzucić się na Pat, co zrobiłam. Pokój był rewelacyjny! Na ścianie koło łóżka widniał ogromny plakat Jimiego Hendrix'a, świetnie wyglądał na tle czerwonej ściany. Na półce leżały płyty, winyle i kasety moich ulubionych zespołów.
-Kocham cię wariacie! Ale przesadziłaś! Mi wystarczy kawałek łóżka, a nawet podłogi! Dzięki-Dzięki-Dzięki!
Goniłam po pokoju jak nienormalna, cieszyłam się jak dziecko.
-Te, wielki przedszkolaku, idź się ubierać. Zaraz idziemy coś zjeść a potem na koncert!
-Już, już, już idę!
Wyciągnęłam z torby wszystkie ciuchy. W co ja mam się do cholery ubrać? Mój odwieczny problem. Stwierdziłam, że ubiorę białą, luźną bluzkę z Ramones, (którą sama lekko podrasowałam wycięciami na plecach), czarne szorty, rażąco niebieskie trampki i czarny kapelusz. To tego kreska na oku w kolorze trampków, trochę korektora pod oczy, tusz do rzęs i byłam gotowa! Pat założyła dżinsowe szorty, czarną bluzkę z dużym krzyżem na ramiączkach, czarne, poszarpane rajtki, glany i lenonki. Oczy były pomalowane w stylu smokey eyes, oczywiście czarne. Z całej 'czarnej' plamy wyłaniały się krwistoczerwone usta na tle jasnej twarzy.
-Gotowa? - zapytała
-Gotowa! Ej, bejb, jest dopiero 18.30, mamy jeszcze trochę czasu.
-To co, kolacja?
-Tak! Nie jadłam nic od obiadu, za chwilę zdechnęęęę...
-Dobra, chodź trupie!
-Powiedziała osoba wyglądająca jakby właśnie wróciła z pogrzebu. - zaczęłam się nabijać.
Wymownie, pokazała mi środkowy palec i zaśmiała się. O matko, jak mi tej jędzy brakowało...
Zjadłyśmy kolację w barze niedaleko domu Pat.
-I jak? - zaczęła
-Co: Jak?
-No jak Ci się podoba Los Angeles.
-Wiesz, spędziłam tu dopiero jakieś 2 dni. Jak na razie, to dżungla mnie nie zabiła, jeszcze nie zmieszała z błotem Jest git.
-Ciebie też spotkał ten menel? - O kurwa, skąd ona o nim wiedziała?! - Nie kłam, Izzego, Axla i mnie też straszył, dziwny typek. - zaczęła przeżuwać sałatkę.
-Taak, bardzo dziwny..- hm.. Jaki ten pomidorek jest ciekawy! Odbiegaj od tematu żula, odbiegaj!
-Wiesz co, zbierajmy się. Jest już za 19.40, a jeśli chcemy dobre miejsca, to idźmy tam szybciej.
-Dobra, idziemy!
Zapłaciłam za nas, i poszłyśmy w stronę klubu. Cały czas gadałyśmy, w sumie o wszystkim i o niczym. Wiesz jak to jest, jeśli spędzasz czas z najlepszą przyjaciółką. Weszłyśmy do baru, było tam całkiem dużo ludzi, na szczęście znalazłyśmy stolik w rogu.
-Eee, Pat..? Po co nam taki zajebiście duży stół?- zapytałam siadając.
-Wiesz, zawsze ktoś się do nas dołączy- uśmiechnęła się tajemniczo. - Dobra, Ciii! Chyba Skid Row wychodzi!
Miała rację. Od razu poznałam Sebastiana. Jego świetny, czysty wokal był nie do pobicia. Zaczęli od '18 And Life' potem grali "Paint It Black'' Stonesów. Ciekawym połączeniem okazał się cover Aerosmith "Mama Kin", który Sebastian wywrzeszczał z niewiarygodną subtelnością. Pat chyba też się podobało. Na koniec zagrali "Youth Gone Wild", razem skakałyśmy do mocnych dźwięków gitary.
-Dobra, ja znikam. Będę za chwilę- wstała, i poszła od stolika Pat.
Dobra, niech idzie, znajdziemy się. Na scenę wyszedł Ted i zapowiedział następną grupę jako ''Najniebezpieczniejszy zespół świata- Guns n' Roses!"
Guns N' Roses, gdzie ja to już słyszałam? O w dupę, to zespół Izzego i Axla! Aż przycisnęło mnie do oparcia, Pat to wszystko zaplanowała! Na bank! Dobra, zaczyna się. Najpierw wychodzi perkusista: dywan na klacie, banan na twarzy, i całkiem długie blond włosy. Potem wychodzi Izzy, poznałam go po czarnych włosach, kaszkiecie i koszuli. Trochę się zmienił, miał jaśniejszą twarz, był trochę wychudzony. Potem wyszedł drugi gitarzysta, w sumie, to wyszły włosy z cylindrem przyczepione do człowieka. Facet wyglądał jak postać z kreskówki! Wyszedł kolejny, nie widziałam twarzy. Był cholernie wysoki. Następnie wyszedł Axl. Zdziwiłam się, gdy go zobaczyłam ; mega tapir na głowie, lateksowe legginsy, kowbojki... Zawsze tak chciał wyglądać, udało mu się. Gdybyście mnie wtedy widzieli..- szczerzyłam się jak idiotka, obserwowałam każdy ruch Rudego, wpajałam każdą solówkę, każde uderzenie w bębny. Rozpoczęli. Najpierw charakterystyczne solo, potem ciche "Oh God", weszła druga gitara, bębny... i zaczął się totalny odlot!


Welcome to the jungle, we got fun n' games
We got everything you want, honey we know the names
We are the people that you find, whatever you may need
If you got the money, honey we got your disease

In the jungle, welcome to the jungle

watch it bring you to your shananananana knees, knees
Ohh, I wanna watch you bleed !


 

Pan Rose śpiewał po prostu zajebiście! Przypomniało mi się jak Pat mówiła o tym żulu, krzyczącym o dżungli. Napisali o tym piosenkę, naprawdę niezłą. Axl rzucał się, wyginał, skakał, wił się jak wąż po scenie, był w swoim żywiole.


You know where you are?
You're in the jungle baby,
You're gonna die!


Skończyli pierwszy kawałek, cała publika świetnie się bawiła, wrzeszczeli, skakali i klaskali Gunsom.

Axl podszedł do mikrofonu, ciężko oddychając.

-I jak, może być?- uśmiechnął się cwaniacko, na co publiczność zaczęła klaskać.- Ok, tą piosenkę... Napisałem dla przyjaciółki, teraz jest pewnie w cholerę stąd, gdzieś na środkowym wschodzie. Cholernie mi jej brakuje, Alice powinnaś tu teraz być z nami. Oto "Think about you"- Pat miała rację, napisał tą piosenkę. Spodziewałam się jakieś, czy ja wiem, ballady? Nie, to raczej nie w jego stylu. I miałam rację, piosenkę
rozpoczął dźwięk krowiego dzwonka, to była żywa, energiczna piosenka.


I say baby you been lookin' real good
You know that I remember when we met
It's funny how I never felt so good
It's a feeling that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever

There wasn't much in this heart of mine

There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever

I think about you

Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you

I think about you - You know that I do

I think about you - All with love - only you
I think about you - Ooh, it's true
I think about you - Ooh, yes I do

Somethin' changed in this heart of mine

And you know that I'm so glad that ya showed me
Honey now you'e my best friend
I wanna stay together till the very end
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared
is lovin' that'll last forever

I think about you

Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you


 Ostanie "I think about you" było jakieś takie, wytęsknione i smutne. "Honey you're my best friend, I wanna stay together to the very end" zapadło mi w pamięci najbardziej.
Potem zagrali "It's so easy", chamska, seksistowska, wpadająca w ucho piosenka. Ich występ się skończył, automatycznie podeszła do mnie Pat.
-I jak Ci się podobał koncert, Al? - zapytała z wrednym uśmieszkiem.
-Czemu mi nic nie powiedziałaś?
-Czyli co? Beznadzieja? - pytała z lekkim, udawanym smutkiem
-Występ był genialny, zajebisty! Tylko mogłaś mnie uprzedzić!
-Po co?
Miałam już coś powiedzieć, ale zabrakło mi mowy w gębie.
-Ha! Widzisz! Pat : 1 - Alice :0! buuu! - nabijała się ze mnie przyjaciółka. - A, i za chwilę przyjdą tu Guns n' Roses, więc weź się ogarnij, i zrób sobie większy dekolt.
-Po chuja pana? - zaczęłam zakrywać dekolt.
-Bo oni lubią cycki? - mówiła do mnie jak do idiotki.
-Haha, to niech sobie patrzą na cycki dziwek, ja nie jestem taka łatwa! - śmiałyśmy się razem, dopóki nie zobaczyłam sylwetki Axla.
-Alice? Łosz kurwa, co ty tu robisz?- wstałam od stolika i podeszłam do niego.
-Wiesz, znudziło mi się siedzenie w Lafayette. Samej. - podkreśliłam mocno ostatnie słowo.
-Możemy pogadać na osobności? Proszę...- zrobił minę zbitego psa.
-Niech ci będzie.
Wyszliśmy przed klub, w koło kręciło się pełno dziwek i dilerów, niezbyt ciekawa okolica.
Zamiast zacząć rozmowę, poczęstował mnie papierosem. Ładna zagrywka panie Rose, ale co dalej? Odpaliłam papierosa i się zaciągnęłam.
-Blee...- zakaszlałam- Jak ty to możesz palić?
- Jakoś tak, po pewnym czasie nie czujesz smaku...-  weź mi tu nie pierdol o papierosach, tylko przejdź do rzeczy, człowieku! - Przepraszam. - Ło, czyżby czytał mi w myślach?
-Ja też przepraszam.
-Za co? - popatrzył na mnie krzywo
-Za to, co powiedziałam. A powiedziałam ciut za dużo.
-Nie, powiedziałaś prawdę. I wcale nie było jej za dużo, była potrzebna. - unikał mojego spojrzenia. - Przepraszam jeszcze raz.
-Dobra, ok. Wystarczy. Ten rozdział jest zamknięty, czaisz? Teraz zaczyna się coś nowego, lepszego. I tą kartę napiszemy razem, tak? - pokiwał głową - Dobrze, to co wracamy? A tak by the way, to koncert zajebisty! Nie wiedziałam że potrafisz tak śpiewać!
-Dzięki, pierwszy raz graliśmy przed większą publiką niż 15 osób- uśmiechnął się- Chodź, poznasz resztę tych ćpunów i alkoholików z którymi gram w zespole.- Wróciliśmy do środka, przy stoliku siedziała już reszta zespołu, ale chyba kogoś brakowało... Anyway, przywitałam się z Izzym, pogratulowałam mu świetnego występu.
-Alice, to jest perkusista, Steven Adler- podałam mu rękę a ten uśmiechnął się od ucha do ucha, spoko typ.- To Slash, gitarzysta prowadzący- podałam mu rękę, a ten zamiast zrobić to samo, zmierzył mnie i uśmiechnął. Co za facet, o matko. - Mnie i Izzy'ego znasz, a gdzie żyrafa?
-Pewnie odcedza kartofelki- rzucił Steven, wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
-Wiecie, to ja pójdę po coś do jedzenia, coś Wam zamówić? - zapytałam.
-Weź butelkę Daniels'a jeśli możesz. - powiedział Rudy- I paczkę czipsów dla Stevena.
-Się robi! - rzuciłam i poszłam w stronę baru.
Zamówiłam hamburgera i dużo frytek, zakładam że wschodzące gwiazdy rocka je lubią. Wzięłam talerz i butelkę Jack'a, kierowałam się do stolika. W jednej chwili wszystko co miałam w rękach, runęło z hukiem na ziemię.
-Ty skończona debilko! Rozpierdoliłaś najzajebistrzy napój bogów rocka! Zbieraj to!
Przy stoliku siedział on. Duff McKagan, ten chłopak, który jakiś czas temu mnie w sobie rozkochał i okradł.
-To wy się znacie?- zaczął Izzy
-Chyba aż za dobrze- Rzuciłam. Duff nie powiedział nic, siedział zamurowany. Wybiegłam z baru. Już się układało, już było ok. To znów musiało się coś spierdolić. Cudownie.


7 października 2012

6. Livin' on the edge...


Tytuł w hołdzie Aerosmith, których uwielbiaaam .Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Nie dodawałam nic od czwartku, wiecie, brak weny...
Ale się sprężyłam, i w końcu napisałam. Napiszcie w komentarzach, jak się Wam podoba. Błędy pewnie są, ale nie sprawdzałam, z góry za nie przepraszam. Miłej lektury i kopniak w tyłek od Rocket Queen ;*




Kolejne dni mijały tak samo. Poranna depresja, potem udzielanie korepetycji, popołudniowa depresja, wieczór i koszmary. Wciąż spadałam z łóżka, każdej nocy z mojej wargi leciała krew. Co raz częściej sięgałam po narkotyki, nie wyobrażałam sobie dnia bez Brownstone'a. Alice, to znów się dzieje. Uzależniasz się, kolejny raz chcesz sięgnąć dna? Oh, no ostatni raz, obiecuję. Odłóż strzykawkę. Ostatni raz. Odłóż strzykawkę Alice. Nie, nie chcę. Odłóż tą przeklętą strzykawkę. Wbiłam igłę w żyłę, najpierw to nieprzyjemne ukłucie. Naciskasz mocniej, i czujesz tą błogość, to szczęście. Idę spać, fuck everything.






Rano obudziłam się z beznadziejnym humorem, na szczęście dziś dzień wypłaty za te pierdolone lekcje,  nie muszę już się użerać z tymi debilnymi dziećmi nie rozumiejącymi hiszpańskiego. Zeszłam na dół, zrobiłam sobie kawy. Przeszukiwałam półki, chciałam znaleźć moje stare kolczyki które kiedyś dostałam od Willa. Na myśl o nim znów zrobiło mi się przykro, do tego automatycznie pomyślałam o Pat. Gdzie ona jest? Jak się czuje? Czy nie jest głodna, czy jakiś zboczeniec jej nie wykorzystuje?  Przestań Al. Jest dorosła, poradzi sobie. Wciąż szukałam kolczyków, kiedy znalazłam coś dużo ciekawszego. W szufladzie, na samym dnie był pistolet. Stary egzemplarz, ładny. Oglądałam go ostrożnie, jakbym bała się, że zaraz wybuchnie. Był naładowany. A gdyby tak wszystko zakończyć? Tak zwyczajnie? Kto by za tobą płakał? Wszyscy twoi przyjaciele nie odzywają się do ciebie prawie miesiąc. Zostawili cię tu skarbie, jesteś im nie potrzebna. Rzuciłam bronią o stół. Patrzyłam na niego dobre 10 minut, po tym wolno podeszłam do stolika. Wzięłam pistolet w ręce, dotknęłam delikatnie spustu. A co jeśli, tak to skończyć? Jeden strzał i zakończą się twoje problemy. Nie, nie chcę tego. No tak, nikt nie przyszedłby na twój pogrzeb Alice, bo przyjaciele cię zostawili... Moja głowa zaczęła pękać w szwach, myśli się kotłowały. ( możecie zobaczyć na sceny z "Don't cry" kiedy Axl ma w ręce pistolet. Przyp. aut.) Przyłożyłam pistolet do głowy. Zaczęłam cicho płakać. No dawaj, i tak już jesteś osamotniona, wszyscy o tobie zapomnieli. Coraz mocniej zaczęłam płakać, czułam lufę pistoletu na skroni. Ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, wargi drżały. Dawaj Alice, lekki ruch palcem i po wszystkim. Już miałam zgiąć palec na spuście, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Wciąż trzymałam pistolet przy skroni. Dzwonek zadzwonił drugi raz. Co jest tak ważne że dzwoni już 2 raz? Podniosłam się z ziemi i otworzyłam drzwi. Nikogo nie było, no kurwa! Zaraz, na wycieraczce leży jakiś list. O mój Boże, może jest od Pat! Wzięłam kopertę, zamknęłam drzwi i rzuciłam tym pieprzonym pistoletem. Szybko rozerwałam kopertę, miałam rację- to list od Pat.


"Kochana Alice!


Przepraszam, że to tak długo trwało. W końcu jakoś mi się poukładało. Mieszkam w Los Angeles, mam małe mieszkanie niedaleko Sunset Strip. Ci chłopcy, których pamiętasz z Lafayette to teraz członkowie hard rockowej grupy "Guns N' Roses". Są naprawdę genialni!
Will, a teraz Axl Rose jest skrzeczącym wokalistą, a Izzy Stardlin czyli Jeff gra na gitarze. Wiesz, Axl nawet napisał piosenkę o Tobie ;) Poznałam jeszcze perkusitę, Steven'a Adler'a. Reszty zespołu jeszcze nie znam. Przyjedź błagam! Mam Ci tyle do opowiedzenia! Jeszcze raz przepraszam za to, co wtedy zrobiłam. Tęsknimy za Tobą Alice,


                                                          Pat.


Nie wierzę, w końcu napisała! Chłopaki spełniają swoje marzenia, nie zapomnieli o mnie. Napisała że tęsknią, a Rudy nawet napisał o mnie piosenkę... Popatrzyłam na pistolet leżący na ziemi. A jeszcze chwilę temu chciałam się zabić, niesamowite jak jedna kartka papieru potrafi zmienić twoje życie... Spojrzałam na kalendarz, już za  3 dni mogę wyjechać z Lafayette! Tak! Teraz cały czas się uśmiechałam, banan nie schodził mi z twarzy. Pobiegłam na górę się spakować, jadę dopiero za 3 dni, ale chcę się przygotować. Wrzuciłam to ogromnej torby wszystkie ciuchy, trampki, kowbojki. Wrzuciłam notes gdzie zapisałam słowa wymyślonej przeze mnie piosenki. Usiadłam na kanapie. Osz kurwa ja pierdolęęęę! Ona żyje! I jadę do L.A. ! Dawno nie czułam się tak dobrze, cudowne uczucie być szczęśliwym. Nie mogłam się powstrzymać, i jak oparzona pobiegłam na komisariat.
-Dzień dobry! - wpadłam na komendę policji cała zadyszana z uśmiechem na twarzy.
-Witam panno Black. Dobry ma panienka dzień? - zapytała funkcjonariuszka
-Mam przezaj... Świetny dzień! Cudowny! - poprawiłam się szybko
-Więc co panią tu sprowadza? Kontrola była jakiś czas temu...
-Tak wiem, ale chciałam zapytać... Czy ta kara mogłaby się skończyć wcześniej?
Kobieta zrobiła dziwną minę.
-Wcześniej? Ale zostały jeszcze tylko 3 dni.
-Tak wiem, ale to baaardzo pilne.
-No nie wiem...
Zaczęłam machać tej babie plikiem studolarówek przed oczyma.
-To co? - zapytałam- Zapłacę więcej i mogę wyjechać?
Policjantka rozejrzała się dookoła, potem jeszcze raz w prawo i lewo. Nikogo nie było.
Zapisała coś szybko na kartce, podbiła pieczątką, machnęła podpis.

-Proszę, do dla pani. Musi to pani pokazać, jeśli policja będzie chciała zobaczyć dokumenty.- podałam jej plik z kasą, sama wzięłam świstek, pożegnałam się z nią i wyszłam. Biegłam do domu, porwałam torbę, dołożyłam tam jeszcze 3 pary butów. Założyłam glany, bluzkę z logo Ramones i szorty. Poszłam się jeszcze pożegnać z mamą Jeffa...znaczy Izzy'ego. Oddałam jej klucze od domu, życzyła mi powodzenia i prosiła żeby pozdrowić jej syna.
Od jej domu poszłam w stronę autostrady, podróż stopem: Oh yeah! Może to nie jest najrozważniejsza decyzja, ale nie mam wyboru. Stałam sobie na poboczu, trzymając kciuk w powietrzu. Nie czekałam długo, jakieś dziewczyny jechały dużym Vanem i się zatrzymały. Tleniona blondynka zawołała na mnie.

-Hej mała, gdzie się wybierasz?
-Do Los Angeles. A wy? - zapytałam
-No my też, wsiadaj. - ruchem ręki 'zaprosiła' mnie do auta.
Droga nie dłużyła mi się bardzo, gadałyśmy o muzyce. Dziewczyny same chcą założyć zespół. Obstawiam, że wokalistką będzie ta dziewczyna, która prowadziła ; miała schrypnięty, mocny głos. Zasnęłam na tylnym siedzeniu, miałam nadzieję, że nic mi nie zrobią, nie wywiozą w jakieś lasy i wykorzystają... Dobra, Al. Koniec tych rozmyślań. Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne.

-Młoda, wstawaj, wjeżdżamy do Miasta Aniołów.- powiedziała delikatnym głosem brunetka.
-Już?- rozejrzałam się dookoła, wszędzie rosły palmy, było niewyobrażalnie gorąco- Jest prawie południe, no tak..
-Gdzie Cię wysadzić?- zapytała tleniona blondynka.
No i tu był problem. Gdzie ja mam zacząć ich szukać?!
-Wiesz, myślę, że tutaj.
To była bardzo szybka decyzja. Dziewczyna się zatrzymała, podziękowałam im za transport i pożegnałam się. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, tak na wszelki wypadek. No to teraz znaleźć jakiś tani motel, muszę coś zjeść i odświeżyć się. Długo błądziłam po ulicach L.A., w końcu znalazłam jakiś bar. Szkoda, że to BAR DLA GEJÓW. Miejska dżungla: 1 - Alice: 0. Pierdolę, idę dalej. Jest, w końcu coś normalniejszego! Przy barze zamówiłam jedzenie, spytałam o wynajęcie pokoju z łazienką.
-Tak, jest jeden wolny pokój. - odpowiedział barman.
-Ile kosztuje noc?
- 20 $
-Dobra, biorę.
-Claudia! Daj tej miłej pani kluczyki od pokoju 12!
Dostałam klucze, zostawiłam torby, wzięłam prysznic, przebrałam się i pomalowałam. Czarne szorty, bluzka z logo Deep Purple, czarno-fioletowy kapelusz, kowbojki- byłam gotowa, żeby znaleźć przyjaciół. Wyszłam z baru, rozejrzałam się. W którą stronę mądralo? Zaraz, Pat mówiła coś o Sunset Strip... Idę tam, wróć. TY NIE WIESZ GDZIE TO DO CHOLERY CIĘŻKIEJ JEST. Zapytam przechodniów.
-Przepraszam! Przepraszam, haloo! - O, super jakiś chłopak mnie zauważył. - W którą stronę na Sunset Strip?

Brak odpowiedzi.
-Halo? Powiesz mi w którą stronę na Sun...- uciekł. WTF? Co za dziwne miasto, zamiast Ci pomóc, ludzie uciekają. Spotkałam grupkę turystów, one more time!
-Przepraszam, w którą stronę na Sunset Strip?
-To..być..jest...w prawo.. od sklep.. biżuteria- matko, ale ktoś kaleczył.
-Dobra, dzięki. Cześć.
Dobra, na prawo od sklepu z biżuterią, sklep z biżuterią... Tu nie ma niczego takiego. Miasto Aniołów: 2 - Alice: O
Tak chodziłam sobie bite 2 godziny, pytając innych o drogę. Jak na złość nikt nie wiedział, w którą stronę na Sunset. Cholera, przecież nie pytam o kurwa drzwi do Narni, więc w czym problem? Aaa, pieprzę to. Pójdę się przejść, tym razem dla odpoczynku. Błądziłam wśród alejek, co chwilę znajdowały się tam małe knajpy, sklepy muzyczne, burdele. Zaraz, czy ja zobaczyłam sklep muzyczny? Wbiegłam do niego jak oparzona.
Ja pierdolę, ale czad! Wszędzie były gitary, koszulki z najprzeróżniejszymi zespołami, kostki do gitary, struny, wzmacniacze... Raj. Kupiłam sobie koszulkę z Led Zeppelin, chyba moją trzecią z Ramones i jedną z Pink Floyd. Do tego 2 bandany i bransoletki. Facet przy kasie lekko się zdziwił. Zmierzył mnie kilka razy od stóp do głów.  Uśmiechnął się szeroko.
-Jeszcze nie widziałem dziewczyny, która wydawałaby tyle na koszulki z zespołami- śmiał się- Jestem Ted.
-Alice, miło mi. - spoko gość, miły był
-A więc do zapłaty 67$ 50 centów, zapakować?
-Tak, bardzo proszę. Trzymaj. - podałam mu pieniądze.
-Dzięki. Wybierasz się? - pokazał mi palcem duży plakat. Koncert rockowy?
-Hmmm, w sumie, czemu nie? A kto gra?
-Tak naprawdę, to ma być niespodzianka. Ale dowiedziałem się, że ma grać Skid Row.
-To Skid Row? Że Sebastian? I że Bach? I..ii...- zabrakło mi powietrza. - Uwielbiam ten zespół!
-Serio? Matko, gdzie się podziały takie ładne dziewczyny słuchające dobrej muzyki?
Czułam że się ciut rumienię.
-Wiesz, jesteśmy wszędzie. Tylko trzeba dobrze szukać. - uśmiechnęłam się cwaniacko.
-Haha, w takim razie nie jestem najlepszym poszukiwaczem. By the way, to tu masz ulotkę, dzięki temu za bilet zapłacisz połowę mniej.
-Łoo, dzięki! A gdzie to jest?
- W klubie The Rainbow, 10 minut drogi stąd. Skręcasz w lewo, potem jakieś 250 metrów prosto, omijasz pijanego żula, potem w prawo i jesteś przed Rainbow.
-Hahaha, dzięki. Do zobaczenia!
Co za miły człowiek! Miasto Aniołów : 2 - Alice : 1!
Osz kurwa, się ciemno zrobiło, a ja zapomniałam adresu baru. Nosz, Alice debilu!
Błądziłam jeszcze po uliczkach, ale nie poznałam żadnego miejsca. O, jakaś ławeczka, kimnę się, a rano znajdę drogę do baru. Zamknęłam oczy i wdychałam ciepłe powietrze Los Angeles...





4 października 2012

5.When you're talkin to yourself and nobody's home...



W końcu coś napisałam. Według mnie, takie sobie, zawsze mogłoby być lepiej, ale Wam się powinno podobać. Miał być jeden, wyjebany w kosmos, zajebiście długi rozdział, wielowątkowy, ale stwierdziłam, że go podzielę na 2-3 części. Oto jedna z nich, miłego czytania, komentujcie, udostępniajcie znajomym!
By the way, to rozdział dedykuję Pat i drugiej Pat, które nie mogły się doczekać 5 części ;*





Znowu sama. Znowu. Jedyne co przebiegło mi przez myśl, to pogadać z Jeff’em, zawsze mnie rozumiał. Pobiegłam szybko do jego domu, nie obchodziło mnie to, że byłam w piżamie. Zapukałam do drzwi. Otworzyła jego zawsze uśmiechnięta mama. Zobaczyła mnie i przytuliła, brakowało mi trochę takiej matczynej miłości. Nigdy nie miałam rodziców, mama zmarła przy porodzie, a tata był alkoholikiem dlatego mieszkałam u jakieś ciotki, ale kiedy skończyłam 11 lat przestała się mną interesować. Miło, że w ogóle dawała mi jedzenie i pieniądze. Wciąż wtulona w mamę Jeff’a, spytałam o jej syna. Delikatnie puściła mnie i popatrzyła na mnie.
-Zaraz, to on nic Ci nie powiedział?- była wyraźnie zszokowana
-Ale czego? Czego nie powiedział? – coraz ciężej oddychałam
-Że wyjeżdża. Wczoraj w nocy mieli autobus.
-Mieli?
-Tak, razem z Williamem pojechali do…
-Gdzie, gdzie oni są? – czułam jakąś bułę w gardle, która sprawiała, że ciężko było mi mówić.
-Mówił coś o Mieście Aniołów, chciał zrobić karierę muzyka, wiesz o tym…
-O mój Boże…Nie wie pani, czy była z nimi Pat?
-Pat… Nie widziałam jej. Przykro mi.
-Dobrze, dziękuję. Do widzenia.
Wróciłam do domu. Gdzie ona może być? Przeczuwam, że wzięli ją do L.A., bo gdzie indziej? Muszę jechać do Los Angeles, nie ma innej opcji. Porwałam szybko torbę, spakowałam tam ciuchy, kosmetyczkę, jakieś jedzenie, pieniądze, dokumenty i list od Pat. Przebrałam się w międzyczasie i zjadłam. Nie wiem jak się dostanę to tego ‘rajskiego miasta’ , pewnie stopem albo autobusem. Zamknęłam dom i szybko pobiegłam do domu Jeff’a. Ponownie zadzwoniłam, i ponownie otworzyła jego mama.
-Dzień dobry, mam do pani pytanie.
-Tak?
Podałam kobiecie klucze od domu Pat.
-Czy mogłaby pani przechować te klucze? Jadę do Los Angeles, a boję się że je tam zgubię. – uśmiechnęłam się lekko
-Tak, nie ma sprawy. Trzymaj się tam, a jeśli spotkasz Jeff’a to powiedz, że cholernie za nim tęsknię.
-Dobrze, dziękuję jeszcze raz. Do widzenia!
Odeszłam. Teraz musiałam się dostać na autostradę. W drodze, zaczepiła mnie policja. „No czego do chuja pana?!”
-Witam. Pani godność?
- Alice Michelle Black.
-Mogę dowód?- co za dupek, mówiłam już że nie znoszę irytujących policjantów?!
-Proszę- rzuciłam od niechcenia, i podałam mu dowód osobisty.
-Ooo, panna Black! Nasza słynna mała-przestępczyni!
Właśnie przypomniałam sobie jeden z powodów, dlaczego stąd wywiałam. Drobne problemy z prawem. Tu jakaś wybita szyba w sklepie, tu podkradłam jakąś kasetę Aerosmith, tam krzyczałam na gliny, wyzywając ich od debili, ale żeby od razu przestępczyni? Nie przesadzajmy, nie byłam jedyna. Pan William miał dużo gorszą kartotekę niż ja, a kutas wyjechał! FUCK LOGIC!
-Ta.. Ale panie władzo…- zmieniłam ton na słodszy, ciut sztuczny, ale oni kupowali to jak małpy kit- To było dawno temu, zmieniłam się! Teraz wyjeżdżam do Los Angeles w poszukiwaniu przyjaciółki, która…
-Wystarczy. Do radiowozu. Już. – Hmm. To chyba był jeden z tych mniej ugiętych gliniarzy. Co miałam poradzić? Wsiadłam. Kiedy byliśmy na komisariacie, usłyszałam bardzo wiele o mojej przeszłości, jaka to ona była okropna, i mieli nadzieję że się zmieniłam. Oczywiście, za to że nie wpłacono tamtych kaucji na czas, musiałam je zapłacić teraz.
- 1000$ ?! Że jak?! Co ja zrobiłam, zabiłam człowieka?!- kipiałam ze złości
-Proszę się uspokoić. Jest inne wyjście. – powiedziała jedna z funkcjonariuszek. Usiadłam na krzesło. Pokazałam jej oczami, żeby mówiła. – A więc, może pani zapłacić tą kwotę, lub zostać w stanie Indiana przez najbliższe 4 tygodnie, a potem dopiero zapłacić połowę.
-Ooo! Super! Czyżbyśmy mieli jakiś dzień dobroci dla zwierząt?! Nie mogę tu tyle zostać! Nie! NIE!
-W takim razie, poproszę o 1000$ - uśmiechnęła się wrednie. Miałam ochotę wyjebać jej w twarz krzesłem. Miałam tyle, ale nie zapłacę teraz, kiedy miałam jechać do Los Angeles! No kurwa, no nie! Tam, bez grosza przy dupie nie przeżyję. - To co? Kasa, czy zostajesz?
-Zostaję.
Wyszłam z tamtego pokoju, wredny babsztyl odnotował coś na  tablicy.
-Masz się tu zjawiać co tydzień.
-Po co?
-Żebyśmy wiedzieli, że nie wyjechałaś.
-Cudownie. Coś jeszcze? – zaraz jej przyjebię stolikiem w łeb.
-Nie. Wszystko. Do zobaczenia za tydzień.
-Ta.. See ya. – pod nosem dodałam jeszcze ‘bitch’. Świetnie Alice, musisz zostać tu jeszcze miesiąc, kiedy twoi przyjaciele są w chuj daleko, nawet nie jesteś pewna w którym mieście są. Było już dobrze po 22, zanim stwierdziłam, że może jednak wracać do domu. Zapomniałam. Klucze były u mamy Jeffrey’a. Kurde! Jest cholernie późno, nie wypada mi budzić miłej mamy przyjaciela, która traktuje cię jak własne dziecko. Kimnęłam się na ganku przed naszym domem. Zgadnijcie kto mnie rano obudził? Mama Jeff’a.
-Dziecko, co ty tu robisz?
-Dzień dobry. No, było późno kiedy wracałam z komisariatu, i oni powiedzieli że muszę tu zostać 4 tygodnie, a dopiero potem wyjechać do L.A. i nie chciałam pani budzić w nocy, żeby oddać mi klucze i …
-Dobrze, rozumiem. Tu masz klucze. Trzymaj się młoda.
Trzęsąca się z zimna weszłam do domu, zrobiłam sobie herbaty i usiadłam przed telewizorem.
I co teraz zrobisz, Alice? Musisz zostać w tym przeklętym mieście jeszcze miesiąc. Może do tej pory Pat odpisze. No kurwa powinna to zrobić. Matko, jak mi jej brakuje…
Zanim się obejrzałam, była już 18. Może czas znaleźć jakąś pracę choćby na miesiąc? Kasa zawsze się przyda. Tylko zaraz: Ty w niczym nie jesteś dobra Al. No może jesteś całkiem niezła w pakowaniu się w kłopoty i zbyt szybkiemu ufaniu chłopakom. Taaa…Na bank ktoś będzie się chciał tego nauczyć. Co umiem jeszcze robić? Gotować, ale jakoś nie widzi mi się wstawanie o 5 rano żeby sprzedawać ciepłe bułeczki w piekarni. Chwila moment. Znam jeszcze francuski i hiszpański, całkiem  nieźle mi idzie. Może jakieś korepetycje? Jutro zawieszę ogłoszenie na tablicy w centrum miasta. Not bad! Zgasiłam telewizor i poszłam spać. Wezmę prysznic rano. Cholernie długo nie mogłam zasnąć; tu jakaś gałąź biła o okno, tam znów myślałam o Pat. W końcu zasnęłam. Śniły mi się jakieś pierdolone koszmary. Byłam w lesie, sama. Biegałam po nim, a kiedy chciałam wracać do domu, zaczynałam tonąć w błocie, potem podjeżdżał autem jakiś facet. Chwycił mnie za włosy, odpalił samochód, ja byłam ciągnięta. Potem pojawiała się autostrada, a facet rozpędzał się do niewyobrażalnych prędkości. Następnie był most, zatrzymał się gwałtownie i puścił moje włosy. Cała zakrwawiona, leżałam na moście. Podejrzany typek wyciągnął z bagażnika… Maczetę.
Przeczołgałam się do jakiejś skarpy a ten gość mnie gonił. W końcu spadłam z tej skarpy. Obudziłam się na ziemi. Czułam w ustach smak krwi. Zapaliłam światło w łazience i spojrzałam w lustro. O kurwa. Pół twarzy było w krwi lejącej się z wargi, brody i dziąseł.
Oczy miałam przekrwione, a policzki mokre od łez. Usiadłam na podłodze trzymając kolana rękami. To się powtarzało. Śniło mi się to kiedy byłam dziewczynką, poszłam nawet kiedyś z tym do psychiatry. Ciotka upierała się że to był psycholog, ale ja wiem swoje. Ta popierdolona pani psychiatra mówiła, że to jakieś traumy, ale można z nimi walczyć. I walczyłam, nie było ich ponad 10 lat i znów wróciły. Przypomniało mi się, co mówił Will.
”Kiedy coś Ci się nie udaje, kiedy się pierdoli, a nie masz z kim o tym pogadać, to napisz piosenkę” Rzuciłam się na kartkę i długopis leżące w sypialni. Trzęsły mi się ręce. Co jest do cholery? Boisz się pisać? What the fuck? Dobra, napisz coś, napisz…


When you're talkin’ to yourself
And nobody's home
You can fool yourself
You came in this world alone.

* * * * * * * * * * * * * * * *
I don't know how you're s'posed
To find me lately
An what more could to ask from me
How could you say that I never needed you
When you took everything
Said you took everything from me

Young at heart an it gets so hard to wait
When no one I know can seem to help me now
Old at heart but I musn't hesitate
If I'm to find my own way out


Still talkin' to myself
and nobody's home

So nobody ever told us baby
How it was gonna be
So what'll happen to us baby
Guess we'll have to wait and see.*


Była 4.26 nad ranem. Jakoś lepiej zrobiło mi się na sercu. Poszłam się położyć, obudziłam się następnego dnia koło 10. Rozwiesiłam ogłoszenie w sprawie korepetycji, jakoś sobie radziłam, jednak ten koszmar śnił mi się co noc.






* Fragmenty z „Estranged” Guns n’ Roses, w tym opowiadaniu tą piosenkę napiszą Axl i Alice wspólnie ;)

2 października 2012

4. Again that same shit. Lovely.

Mam nadzieję, że nie narobiłam strasznego Smoleńska w poprzednim rozdziale xdJeśli są błędy, ( a pewnie są) to z góry przepraszam!




Obudziłam się. Łeb bolał. mnie niemiłosiernie. „No tak, już zapomniałaś panno Alice jakie są skutki uboczne dragów?” Co dziwne, obudziłam się w łóżku. Wydrapałam się z pod koca i spojrzałam na zegar. 10.26. Spoko. Ten nieszczęsny pogrzeb jest o 12. Wezmę prysznic i pogadam z Pat. Wchodząc do łazienki zobaczyłam tamtą strzykawkę i moją torebkę. Szybko schowałam ‘ślad zbrodni’ do torby. Kiedy ogarnęłam pozostałości po Brownstonie, spojrzałam w lustro.
„Ja pierdolę, co ja wczoraj robiłam?” Moja dolna warga była rozcięta, na brodzie zaschnięta krew, a moje włosy wyglądały jakby przed chwilą grasował tam niedźwiedź uciekający przed tornado. Na zgięciu prawego ramienia został ślad po strzykawce, ciekawie nie wyglądał. Wzięłam szybki prysznic, zakryłam korektorem ślad, a rozcięcie na wardze potraktuję szminką w kolorze krwistej czerwieni. Wszystko pięknie, ładnie, ale co z Pat?
Zeszłam na dół w dresach. Pat siedziała w salonie z kubkiem czarnej kawy. Jej twarz była blada, a cała była ubrana w ciemny sweter i czarne legginsy.
-Cześć. – mówiłam cicho, jakbym bała się, że ktoś nas usłyszy
-Hej. – rzuciła – Will został długo?
”O matko, ona nie może wiedzieć co się wczoraj działo.”
-Mm, wiesz… Był jeszcze może pół godziny- zaczęłam kłamać
-Aha, ok. Chcesz kawy? – Tak, te zajęcia teatralne w gimnazjum jednak pomogły!
-Nie, dziękuję. Która godzina?
-11. 30, zbierajmy się- powiedziała i zostawiła kubek z kawą na blacie.
Wybiegłam na górę. Założyłam jakąś czarną sukienkę Pati, do tego buty na płaskim obcasie. Usta pomalowałam krwistoczerwoną szminką, włosy rozpuściłam i zeszłam na dół. Pat założyła czarną, obcisłą sukienkę, która idealnie podkreślała jej nienaganną figurę, czarne baleriny i żakiet.
-Gotowa? – zapytała
-Pytanie, czy Ty jesteś gotowa?
Wzięła głęboki oddech, spakowała paczkę chusteczek do torebki – Gotowa- powiedziała ze smutkiem. Cholernym smutkiem. Chciałam jej jakoś pomóc, pocieszyć. Ale jak?
Wyszłyśmy z domu, po drodze spotkałyśmy wielu ludzi, jak sama Pat mówiła, pierwszy raz widziała tych ludzi. Składali kondolencje, oferowali pomoc.
Przyszłyśmy w końcu do kaplicy. Pogrzeb jak pogrzeb, ksiądz coś tam gadał, potem przemowy najbliższych. Pat nie przemawiała, stwierdziła, że to, co czuje po stracie rodziców to tylko jej sprawa, więc setki ciotek w kościele mogłyby darować sobie te komentarze typu „Córka nie przemówi! Co za franca! Może ona wcale ich nie kochała, co za wredne dziecko”. Sama miałam dość tych durnych, starych bab. Po przemarszu i schowaniu trumny, zostaliśmy się pomodlić przy grobie. Pat powiedziała żebym poszła, bo chce zostać sama. Zrozumiałam, dlatego poszłam oprzeć się o duże drzewo koło bram cmentarza. To był straszny widok. Niby piękny, majowe popołudnie, w koło kwiaty, a moja najlepsza przyjaciółka płacze nad grobem rodziców. Odchyliłam głowę do tyłu. Wciąż cholernie bolała. Kiedy otworzyłam oczy stał przy mnie Will. Nie odzywał się do mnie dobre 15 minut.
-Możesz mi powiedzieć, o co ci do chuja pana chodzi? – zapytałam.
Cisza.
-Obraziłeś się?
Cisza.
-Kurwa, Will! Co Ci jest?
-Co mi jest? Co MI jest? Nie powinnaś siebie zapytać? – wrzeszczał na mnie tak, że złapałam się za głowę- Coo? Może główka boli? Ciekawe od czego…
-Jesteś zły bo wzięłam sobie trochę Brownstone’a? Od kiedy Ty się mną tak przejmujesz, co? Nie było cię 7 lat, miałeś mnie kompletnie gdzieś, a coś obiecałeś. Teraz spotkaliśmy się na tym jebanym zadupiu, i myślisz, że wszystko jest tak jak wtedy? – wyrzucałam z siebie wszystko, co miałam do powiedzenia- Uważasz, że wiesz o mnie wszystko? Mylisz się. Ty mnie w ogóle nie znasz! Te pieprzone 3 lata w gimnazjum, ty uważasz, że kiedy ‘Chodziliśmy’ ze sobą nie oznacza, że wiesz o mnie wszystko…- łza spłynęła po moim rozgrzanym policzku.
Złapał mnie za nadgarstki tak mocno, że syknęłam z bólu. Skąd on brał tyle siły?
-A teraz słuchaj- przytrzymał moją brodę tak, że musiałam gapić mu się w oczy -Słuchaj kurwa! – zaczęłam się bać, kątem oka nie widziałam Pat, zostałam tylko z tym psychopatą sama – To że nie było mnie tyle czasu, nie znaczy że o Tobie nie myślałem- zmienił ton głosu na łagodniejszy, puścił moją brodę. – Wiem, obiecałem że nigdy nie będziesz samotna, ale nie umiem dotrzymywać tych jebanych obietnic. I rozumiem, że nie jest tak jak wtedy. Ale, kiedy chodziliśmy w gimnazjum, nie czułaś tego?
-Czego?
-To nie było tylko zauroczenie, przyznaj.
-Ja.. Ja…Nie wiem…
-Ale ja czułem więcej.
No nie mogłam kurwa uwierzyć. On? Mnie…? Kochał? Chyba Ci się śni Alice, ciebie?
-Dlatego wczoraj, kiedy wzięłaś tego pierdolonego Brownstone’a, przypomniało mi się ile dla mnie znaczyłaś.
-No właśnie, znaczyłam. A teraz już nie.
-Przestań! Wciąż jesteś dla mnie ważna!
-Ale ty nie jesteś tak ważny dla mnie, wybacz…- wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam w stronę domu. On mnie kochał? Czemu nigdy tego nie powiedział? Że niby teraz ‘wydoroślał’ i był w stanie to powiedzieć? Niech cierpi, tak jak ja. Przyznam, to nie było jakieś tam zauroczenie. Zakochałam się w nim, a potem wypierdolił sobie do L.A.
A teraz jest w Lafayette, w mieście, którego szczerze nie znosił. Tępy kutas.
Więc czemu przez jakiegoś chuja płaczesz? Wygrzebałam klucze z torebki i otworzyłam drzwi.
-Pat?
Cisza
-Pat? – zawołałam głośniej. Stwierdziłam, że może jeszcze nie ma jej w domu.
Poszłam na górę się przebrać, zmyłam makijaż i położyłam się do łóżka. Boląca głowa nie dawała za wygraną, więc poszłam zażyć jakieś leki. Wróciłam do łóżka, i nie wiedząc kiedy, zasnęłam. Przebudziły mnie szepty w moim pokoju. „Złodzieje?! What the fuck?” Podniosłam się z łóżka i zobaczyłam Pat, pakującą się.
-Pati, co ty najlepszego wyprawiasz? – zapytałam
-Pakuję się. Wyjeżdżam- rzuciła ze łzami w oczach
-Co? Gdzie, zaraz, wróć! Pat! Ale.. – poczułam jak dostałam w twarz.
-Spotkamy się niebawem. To dla naszego dobra.
Moje powieki stały się cholernie ciężkie, a ja za wszelką cenę chciałam biec za Pat.
Obudziłam się na ziemi w hollu.
-Pat? Pat, jesteś?
Zbiegłam na dół. Na stoliku w kuchni leżała kartka:



Najukochańsza Alice!

Przepraszam, że zostawiam tylko kartkę, ale nie umiałam inaczej. Wyjeżdżam. Nie ważne gdzie, i nie ważne z kim. Miałam dość tego przeklętego Lafayette. Kiedy już wszystko sobie ułożę, napiszę, obiecuję. Przyjedź wtedy, błagam. Cały dom i majątek rodziców zostawiam Tobie. Robię to dla nas. Tak będzie lepiej…


                                     Kocham i przepraszam, Pat „




Czytałam tą kartkę jeszcze 5 razy, zanim dotarło do mnie, że znów jestem sama.

Znowu jakaś cholerna kartka namieszała w moim życiu. Znowu.


1 października 2012

3. There's a heaven above you, baby ...

Rozdział z dedykacją dla:
1. Pati Stróżki, która pomaga w udostępnianiu bloga, za co milionowy raz DZIĘKUJĘ!
Za to, że jest przy mnie, pyta się o następny rozdział i motywuje do pracy.
2. Patrycji B. która nieustannie pyta o kolejny rozdział, za pożyczenie "Patrząc jak Krwawisz" i za rysunek Gunsów, który mam zamiar jutro zobaczyć !
3. Dla Sue która koniecznie chce być kamieniem w opowiadaniu. (doczekasz się tego moment, doczekasz!)
4. Dla  Klaudyny, która dzisiaj z trzęsącymi portkami pojechała patatajać na koniu! Mam nadzieję, że jeszcze żyjesz, i że przeczytasz pozostałe 2 rozdziały ;)

Prosiłabym o komentarze, to cholernie ważne dla mnie, bo będę wiedziała, co zmienić, ulepszyć. Jeśli chodzi o tło, to myślę, że czyta się ok. Jeśli tak nie jest, to napisz ;]

Tyle z ogłoszeń parafialnych, miłego czytania!


*                                                                *                                                         *



Obudziły mnie ciepłe, majowe promienie słońca. Rozejrzałam się po pokoju.
Pat nie było. Pomyślałam, że poszła do sklepu, albo bierze prysznic. Zeszłam na dół.
Siedziała w salonie przed telewizorem z kamienną twarzą.
-Pat, co jest?- zapytałam, szturchając ją w ramię- Pat!
Zobaczyłam na ekran i serce mi zamarło.
 Usiadłam koło niej i wciąż patrzyłam martwo w ekran.
To niemożliwe. To nieprawda. To jakiś zły, cholernie przeklęty sen.
”BREAKING NEWS: Samolot lecący z Waszyngtonu do Chicago rozbił się w okolicy Nashville. Na chwilę obecną nie wiemy, czy ktokolwiek przeżył. Na pokładzie było 108 wraz z kapitanem…”
Rodzice Pat lecieli tym samolotem.  Wybuchła histerycznym płaczem. Nigdy nie układało się jej z rodzicami, ale kochała ich. Nawet jeśli tego nie pokazywała.
Rzuciła mi się na ramię, przytuliłam ją z całych sił. Tak płakałyśmy razem, aż ktoś zadzwonił do drzwi. Otarłam łzy i poszłam otworzyć. To był William.
-Ej, co się stało? Dlaczego płaczesz?- przytulił mnie – Mała, co jest?
-Will… Idź do Pat. Ona…Jej… -nie mogłam wydusić słowa- Samolot.. Rodzice..- dukałam pojedyncze słowa
-Gdzie ona jest? – pytał przerażony
- W… salonie… - wziął mnie za rękę i podszedł do Pat.
Leżała przed telewizorem, wyglądała jak nieprzytomna.
-Alice! Chodź tu szybko!
-Co się… Ja pierdolę!
-Zemdlała z emocji, podnieśmy ją.
Przełożyliśmy ją razem na kanapę, trzęsły mi się ręce.
-Al, spokojnie, jeszcze Ty mi zjedziesz – popatrzył mi w oczy – Przynieś wody i 2 ręczniki, biegiem!
Zrobiłam co kazał, uspokoiłam się trochę, przyniosłam wody i ręczniki. Pat się obudziła.
-Will...Yyy.. Co…Gdzie ja jestem? Gdzie są moi rodzice? Odpowiadaj kurwa! – dziewczyna rzuciła się na chłopaka- Gdzie oni są?! Kiedy wrócą?!
Zdezorientowany chłopak popatrzył na mnie, potem na ekran telewizora. Wtedy wszystko zrozumiał.
-O mój Boże… Pat...Rodzice...Oni.. – zaczął Will
-Prawdopodobnie zginęli… w katastrofie samolotu…- czułam jak zimna łza spływa po moim rozgrzanym policzku
-Nie, to nie prawda. Jutro mają wrócić z Waszyngtonu, tu, do Lafayette. I będziemy sobie szczęśliwą rodzinką, prawda?
-Nie, Pat… Oni nie wrócą, nie żyją.
-Ej, ktoś podjechał na podjazd. Pójdę ich przywitać- wstała i martwym wzrokiem błądziła po ścianach.
-Ali, łap ją! Jest nieświadoma tego co robi, jest w za dużym szoku!- wołał Will
Chwyciłam ją w talii i rzuciłam na łóżko, jednak wstawała, a ja kazałam jej leżeć. Cóż, wiem że to było bezsensu, ale kiedy jesteś w takim szoku, nie myślisz co robisz.
-No idź im otworzyć Will, rodzice nie mogą tyle czekać.
-Zwariowała…- na chwilę obecną chyba skończyły mi się łzy.
William pomógł Pat wstać, przytulił ją cholernie mocno, głaskał po włosach i mówił coś do ucha. Po chwili popatrzyła mu w oczy.
-Jak to? Oni…Ten samolot…- dopiero teraz do niej dotarło, co się stało. Usiadła i mocno zaciągnęła się powietrzem – Wiadomo, czy odnaleźli ciała?- zapytała cicho…
-Ja, nie wiem. Może w telewizji coś powiedzą – zaproponowałam.
Drżącymi rękami chwyciła pilota i włączyła telewizor. Na pasku przewijał się napis z nazwiskami osób, które zginęły w katastrofie. Całą trójką śledziliśmy pasek przez 10 minut, aż w końcu zamarliśmy: Sara i Gerard Evans
-Czyli to prawda…wciąż  patrzyła w ekran.-Czyli już nigdy się z nimi nie spotkam, nigdy nie pośmieję i nigdy więcej nie pokłócę… O mój Boże…Zostałam sama…
-Nie zostałaś. Ja tu jestem. Will jest. I Jeff. Pomożemy Ci, obiecuję- mocno przytuliłam przyjaciółkę.
Wszystkiemu przyglądał się Rudy, ze szklanką wody w ręce. Podał ją Pat.
-Dziękuję... Że tu jesteście, i że chce wam się tu siedzieć.
-Mała, nie musisz za to dziękować.
-Mam, bo teraz jesteście moją rodziną – chyba już milionowa łza spłynęła po jej policzku, Will szybko ją wytarł.
-Nie płacz, niebiosa są nad tobą…Wszystko się ułoży.
-Ej..Eeeej! Znaleziono ciała...
Pat automatycznie spojrzała na ekran. Szybko zakryła oczy dłońmi. Widok był okropny, szczególnie jeśli widzisz tam zmasakrowane ciała rodziców.
-Skąd wiesz że to oni? - zapytał cicho, przerażony chłopak.
-Mama..ona..Miała obrączkę.. Teraz ją pokazują! - spojrzeliśmy na telewizor- Ta złota, z malutkim brylancikiem, od wewnątrz było napisane "Always yours, Gerard". To oni. Tata miał dokładnie taką samą, ale bez brylancika i z napisem "Always yours, Sara". Znowu je pokazują.
Spiker w TV powiedział że będą się kontaktować z rodziną w sprawie pogrzebu. Nie minęło 30 minut, kiedy Pat była przy telefonie.
-Yhym. Dobrze. Tak. Tak, do Lafayette. Nie, nie chcę. No mówię że nie! Może mi pan podać datę? Aha, dobrze. Do widzenia. Dziękuję. Ja jebię, co za wredny gość. Ja tu mam żałobę, a on mi pierdoli o tym, że ciało lepiej się rozkłada w chłodniejszym klimacie. Co za kretyn.
-Co teraz zrobisz? - pytał William
-Ciała zostaną przewiezione tutaj w ciągu 24 godzin. Jutro pogrzeb. - rzuciła lakonicznie - O 12 msza w kaplicy.
Poszła na górę, do swojego pokoju. Do drzwi zadzwonił dzwonek, więc poszłam otworzyć. W drzwiach stał Jeffrey.
-To prawda co mówią w telewizji? - zdyszany, złapał mnie za ramiona - Gdzie ona jest?!
-Prawda. Jest na górze. Ale, Jeff, nie idź tam teraz... Proszę. Jutro będzie pogrzeb, przyjdź.
-Ale...No dobra, niech Ci będzie...O której i gdzie?
-O 12 w kaplicy.
-Ok, będę. Trzymajcie się. - przytulił mnie i poszedł w stronę domu.
Zamknęłam drzwi za Jeffem, i poszłam do Willa. Wyglądał jak duch; Jasno rude włosy były rozczochrane a jego skóra, zawsze jasna, była jeszcze bardziej blada.
-Mogę zostać u Was jeszcze trochę? jakoś muszę się oswoić z tym wszystkim... -Spytał niepewnie
-Tak, jasne, czuj się jak u siebie. Wiesz gdzie jest herbata, nie? - pokiwał głową- Ok, ja idę na górę.
Wybiegłam po schodach, łapiąc moją torebkę, szybko weszłam do toalety. Otworzyłam jedną z bocznych kieszonek, tak.. Stary 'przyjaciel'. Woreczek z kokainą.
"Nie, nie możesz tego znów zrobić, przechodziłaś przez to tak? Przez to między innymi tu wróciłaś, nie możesz!" Tak, wiedziałam że nie mogę. Dlatego otworzyłam inną kieszonkę, tym razem woreczek z ciemno beżowym proszkiem. Brownstone. Wzięłam łyżkę, nasypałam na nią, dolałam kilka kropel wody i podgrzałam od spodu zapalniczką. Przelałam szybko do strzykawki.
"Nie zrobisz tego ponownie, Alice, nie!" Kiedy igłą dotknęłam zgięcia na ręce, drzwi gwałtownie otworzyły się.
-Co Ty wyprawiasz!? Odłóż to, w tej chwili! - Krzyczał Will
-Nie, teraz się mną przejmujesz? Ciekawe! - w tej chwili poczułam lekkie, nieprzyjemne ukłucie, a potem już było lepiej. Widziałam jak William coś do mnie krzyczy, ale nie słyszałam co. Mało mnie to obchodziło, nie jego sprawa co ja robię. Po 8 latach nagle się pojawia, i myśli że wie o mnie wszystko? Bzdura, teraz się tym nie martwię, jest mi tak dobrze...