Krótki rozdział dedykowany dla Orii, za pozytywne komentarze, za cierpliwość... Za wszystko.
Dla Erin Everly, która czyta zawsze. Z małym opóźnieniem, ale zawsze ;) Za jej komentarze, miłe słowa...Za wszystko.
Dla Duzzylasha. Za to, co zwykle.
Dla Pat, mojego silnika, który pomaga mi pisać. Bez Ciebie całe to opowiadanie by nie istniało.
Dla Ninde. Tak po prostu.
Biel. Biel. Biel. Biel. Tylko to widziałam. Sufit - biały. Pościel - Biała. Twoja skóra - praktycznie też biała. Meble - Białe. Wszystkie irytująco pikające urządzenia - białe. W całym tym śnieżnym pomieszczeniu zauważyłam ciemną plamę. Chyba powinnam jeszcze spać. Spora dawka insuliny w moich żyłach daje się we znaki. Ktoś chciał ze mną rozmawiać. Pewnie jakiś lekarz. Nie byłam w stanie. Jedyne co powiedziałam, to jakiś nieskładny bełkot. Wstrzyknijcie mu stówkę insuliny, to wtedy pogadamy.
Zgubiłam się na drodze do życia. Co
było wcześniej? Kawałek dzieciństwa, wolno – nie wolno, zakazy, nakazy. I
wielki bunt. I całkowita przegrana. A w końcu triumf dorosłych: „a nie
mówiłem?” Pozostał zapach sal szpitalnych, twarze chorych psychicznie i
nienawiść do świata, ludzi, życia. I chęć samounicestwienia.
Ale ja tak nie chcę. Chcę wrócić do... Do... Do kogo? Albo może do czego? Lek powoduje niesamowitą senność, ale ja teraz nie mogę zasnąć. A tak naprawdę, to się boję. Boję się spać. Takiego absurdu dawno nie słyszałam. Ale strach przed tym, że mogę się już nie obudzić jest ogromny. Co ja przeżyłam? Czym były te obrazy, te sceny? To tylko moja chora wyobraźnia? A może kokaina wciąż działała? Tyle pytań, ani jednej, sensownej odpowiedzi.
Chciałabym wiedzieć, który dziś jest dzień tygodnia, dzień miesiąca. Gdzie ja jestem? Gdzie są inni ludzie? Chyba się nie dowiem. Bezwładne ciało, senny umysł i ból. Czegóż chcieć więcej?
Oparłam ciężką głowę o poduszkę, oddychając głęboko. Bolały mnie ręce. Bolały mnie żebra. Nogi. Brzuch. Głowa. Obojczyki. Palce. Czemu? Kto chce tak bardzo mnie ukarać? Co ja złego zrobiłam? Zabiłam kogoś? Tylko w wyobraźni, ale to się nie liczy. Życzyłam komuś źle? Duff to nie człowiek, to skurwiel. On też się nie liczy.
Dlaczego?
Jedno, krótkie pytanie :
Dlaczego?
Znowu to irytujące pikanie. Nie mógłby ktoś tego wyłączyć? Albo wyłączyć mnie? Łapię głęboki oddech i czuję ból. Piekielny ból. Tak jakby ktoś przyłożył Ci kijem baseballowym w klatkę piersiową. Tylko od środka. Przytomności, gdzie jesteś?
-Pani Black pozostanie na obserwacji do końca tego tygodnia. Wymaga opieki.
-Ale pani nic nie rozumie, my musimy jechać, ona, ja, znaczy...
-Życie ludzkie jest najważniejsze. Dokąd się panu tak spieszy?
-No do... Domu.
-Do domu?
-Do Los Angeles.
-Wolne żarty. Skąd jedziecie?
-No z Nowego Jorku.
-I ona przez cały czas była w takim stanie?!
-No, ja nie wiem, bo ja...
-Jest pan najbardziej nieodpowiedzialnym człowiekiem, jakiego poznałam. No chyba że ta dziewczyna, która chciała sobie włożyć słoik do... Nieważne. Jeśli panu się spieszy, to...
-Pani nic nie rozumie! Nie może tutaj zostać! Nie!
-Jeśli pani Alice nie odpocznie kilku dni, może się to dla niej bardzo źle skończyć.
-Nie przesadzajmy...
-Organizm był tak wycieńczony, że ciężko było ją odratować. To tego głód narkotykowy... Ona musi tutaj zostać. Chyba, że woli pan dowieść trupa do Los Angeles.
-...
-Do widzenia, panie McKagan.
Cholerne pikanie. Chciałam poruszyć ręką. Nie miałam siły. Jakaś durna rurka przyczepiona do przedramienia powodowała ból kolejnej części ciała. Zamknięte oczy. Nigdy nie pomyślałabym, że coś tak banalnego, jak przymknięte powieki mogą spowodować taką dawkę błogości. Słyszałam czyiś szybki, nerwowy oddech. Czułam go na dłoni. Ciepły oddech. Niechętnie otworzyłam oczy. Kogo zobaczyłam? Kogoś, kogo nie miałam zamiaru widzieć do końca życia. Duffa.
-Jak się czujesz? Przynieść Ci wody? Boli Cię głowa? Zawołać pielęgniarkę? - potok słów zmieszał się w mojej głowie, i zrozumiałam tylko nieskładny bełkot. Mówił szybko. Jakby się bał. Ale czego? Może, że mnie straci? HAHA. Zabawne.
-Źle. Tak. Tak. Nie. - zachrypiałam, patrząc w sufit. Czułam się jak jakaś durna roślinka. Nie mogłam się ruszyć. Sufit okazał się być niezmiernie ciekawy i gapiłam się w niego cały czas. Cały, czyli dopóki on się nie odezwał.
-Jesteś głodna? - zapytał niepewnie, lekko łapiąc moją dłoń.
-Gdzie ja jestem? - wyrwałam rękę z jego uścisku, co mnie nieźle zdziwiło. Jakieś siły się we mnie kumulują, jest lepiej.
-Jesteśmy w Phoenix. - podkreślił mocniej pierwsze słowo, przypominając mi, że nie jestem w tym piekle sama. Ale co oni mogą wiedzieć... -Końcem tygodnia będziemy w domu. - nie odezwałam się słowem, chłopak podał mi jedynie szklankę wody, którą z trudem złapałam. Napiłam się powoli, łagodząc ból gardła. Czy istnieje część ciała, która mnie nie boli?
-Końcem? - zmarszczyłam czoło, patrząc się w przeciwległą ścianę. Wyglądało to tak, jakbym gadała z nią, a nie z jakimś nazbyt wyrośniętym człowiekiem.
-Dziś jest wtorek. W czwartek powinni Cię wypisać. A w piątek w nocy będziemy w Los Angeles. - uśmiechnął się do mnie, ale ja wciąż wpatrywałam się w ścianę.
-Aha. A co z Chou? - podniosłam się na łokciach, wyczyn ostatnich 10 lat dla ofiary losu, zwanej Alice.
-Aresztowany.
-Że...Co? - poczułam lekką ulgę słysząc, że ten zboczeniec siedzi za kratkami. A nawet nie lekką, co ogromną.
-Mieliśmy kontrolę celną, wiesz, taką rutynową. Okazało się, że nie przewoził wietnamskich makaronów, sosów sojowych i marynowanego bambusa, tylko spore ilości hery i trawki. Michelle i mnie też przesłuchali, ale byliśmy czyści. - starałam się ogarnąć te wszystkie informacje, ale było ciężko. Odsapnęłam z ulgą. Jedna, dobra informacja. -Za chwilę wezmą Cię na badania. - Chłopak wstał, i przeszedł się po klatce, zwanej pokojem szpitalnym. Otworzył okno i ponownie usiadł koło mnie. -Wiesz, chciałem... - zaczął, ale trzask otwieranych drzwi mu przerwał.
-O, widzę że pani Black czuje się już lepiej? - pielęgniarka w średnim wieku podeszła do mnie i miło się uśmiechnęła. Zanotowała coś na kartce, poprawiła coś przy kroplówce i wyszła.
-Alice, bo ja... - kontynuował po chwili
-No dobrze, więc jedziemy! - pielęgniarka znowu weszła, przerywając chłopakowi. Tym razem przyjechała z wózkiem inwalidzkim. Przeraziłam się na jego widok, a jedyną myślą, która przebiegła przez moją głowę, była myśl, że tak właśnie będzie wyglądała moja przyszłość. -Niech się pani nie boi! Jest pani jeszcze zbyt słaba, żeby iść samej. Dlatego mam ten wózek. - uśmiechnęła się ciepło, jakby przeczytała mi w myślach. Odetchnęłam, i usiadłam na brzegu łóżka, czekając, aż jakimś magicznym sposobem znajdę się na wózku. Kobieta pomogła mi wstać, bo moje nogi odmawiały posługi. Jakbym mięśnie miała z waty, a kości z plastikowych rurek. Duff dalej siedział w tym samym miejscu, nie ruszył się nawet o centymetr. Nie chciałam go dłużej oglądać, tylko jechać już na te cholerne badania. Na korytarzu spotkałam tą małą, naiwną blondynkę, która uważała się za moją przyjaciółkę.
-Czy możemy szybciej? - zapytałam pielęgniarki, widząc, że Michi wstaje z plastikowego, pomarańczowego krzesła i biegnie w moją stronę.
-Oczywiście. - przyspieszyła kroku, i spojrzała na blondynkę. -Proszę ją zostawić w spokoju. - rzuciła w stronę Chelle, i wjechała do pokoju. Mdła, miętowa zieleń była wszędzie, nawet na kozetce. Niedobrze mi od zapachu szpitala, i jego ohydnych kolorków. Przy białym biurku siedział lekarz, zapisujący coś na kartach i w aktach. Kiedy nas zobaczył, przerwał robotę i szepnął coś na ucho kobiecie, która od razu się zarumieniła.No i się zaczęło ; dziesiątki pytań, co mnie boli, co pamiętam, co mi się stało, skąd jestem, najbliższa rodzina, gdzie mieszkam...
-Czyli została pani zgwałcona? - zapytał, notując wszystko w zeszycie.
-Mówię panu 3 raz, że tak. -wzięłam szklankę wody do ręki, która leżała na biurku.
-Wracają pani siły. - uśmiechnął się blado.
-Mam nadzieję... - rzuciłam, przecierając oczy dłonią.
-Czy pan McKagan wie o tym, co się pani stało? - zastanowiłam się chwilę, szukając odpowiedzi.
-Nie, nie wie. I proszę mu nie mówić, dowie się w swoim czasie. - doktor zmarszczył czoło, ale po chwili pokiwał głową, i znowu notował. Kolejne pytania. Mam ich już dosyć, mam dość tego wszystkiego... Niech się to już wreszcie skończy. Pielęgniarka wróciła, zabrała mnie do pokoju, pomogła położyć się na łóżku i wyszła. Nikogo nie było. Tylko ja i moje lęki. Tylko ja, i mój ból.
Tak już ma być zawsze? Poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch,
kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, niekończące się
noce udręk. Już nie potrafię płakać, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie
podziało się moje uczucie miłości? Boże, co ja z sobą zrobiłam...
* * *
Mogłam napisać to lepiej. Nie jestem całkiem zadowolona, i mogłam jeszcze poczekać z publikacją, ale coś mnie korciło, żeby dodać to dziś. Wychodzi mi to coraz dziwniejsze, przepraszam. Chyba nie umiem pisać o radości i szczęściu. Umiem za to użalać się nad sobą.
Przed przebywaniem w towarzystwie rockmanów skonsultuj się z lekarzem bądź psychiatrą, gdyż każdy ruch niewłaściwie postawiony zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.
9 marca 2013
2 marca 2013
23. Take it on the otherside...
Dobra, napisałam. Trochę długie, ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza ;) Nie wiem czy koniec jest dobry. W tym sensie, że nie wiem, jak zachowuje się organizm człowieka po czymś takim. Musicie wybaczyć, nie jestem lekarzem. I chciałam podziękować za prawie 6000 wyświetleń! Jesteście cudowni!
I nagle opuściły mnie wszystkie bóle, wszystkie lęki. Czułam się dobrze. Czułam się wspaniale. Nigdy nie byłam w takim stanie. Byłam taka lekka. Dryfowałam po morzu spokoju. Po chwili zaczęłam iść, choć wcale tego nie chciałam. Szłam kanałem, albo korytarzem. Nie wiem co to było. Coś nieokreślonego. Coś, czego nie pojmie ludzki umysł. Czułam przyjemne ciepło po lewej stronie klatki piersiowej. Szłam dalej, nie wiedząc, co na mnie czeka. Na ścianach korytarza, jeśli można było go tak nazwać, widziałam całe swoje życie. Obrazy z dzieciństwa. Widziałam, jak bawiłam się z tatą, kiedy odbierał mnie z przedszkola... Te chwile, kiedy jeszcze nie pił, kiedy cieszył się życiem. Potem widziałam obrazy, kiedy miałam 5 lat. Kiedy umarła babcia. To ten dzień, w którym ciocia mnie zabrała do swojego domu, kiedy siedziałam przed kanapą, na której leżał pijany ojciec. W tym dniu skończyło się moje beztroskie, spokojne i szczęśliwe dzieciństwo. W wieku 5 lat. Kiedy powinno być ono w rozkwicie. Chciałam się rozpłakać, ale nie mogłam. Było tam zbyt pięknie, żeby płakać. Łzy w Niebie, to przecież niemożliwe...
Potem były czasy, kiedy mieszkałam z ciocią. To też nie był szczęśliwy czas, chyba że na samym początku. Dopóki chodziłam do przedszkola, było w porządku. Jeździłam z ciocią Kathy na konkursy koni, choć za nimi nie przepadałam. Robiłyśmy ciasteczka, bawiłyśmy się... Wszystkie te sceny były pokazane na ścianach, tak jakbym oglądała telewizję. Potem był pokazany grób mamy, a nad nim, mój płaczący, pijany ojciec, ciocia i ja. Znowu chciałam płakać, ale nie umiałam... Następnie zobaczyłam swój pierwszy dzień w szkole.
Mała Alice w kucykach, sukience w kwiatki i czarnych lakierkach, siedziała sobie sama w ławce. Do klasy weszła, z małym opóźnieniem, czarnowłosa dziewczynka. Jej śliczne, niebieskie oczy przykuły uwagę Alice.
- Cześć. Czemu siedzisz sama? - uśmiechnęła się czarnowłosa.
-Wiesz, chyba temu, że nikt mnie nie lubi... -posmutniała i popatrzyła na stojącą przed ławką ośmiolatkę.
-No to ja Cię polubię! - uśmiechnęła się szeroko. - Nazywam się Patricia. Ale mów mi Pat, dobrze? - podała rękę Alice, którą niepewnie uścisnęła.
-Ja jestem Alice. Miło mi Cię poznać. - uśmiechnęła się. -Usiądziesz ze mną w ławce? - odsunęła jej krzesło.
-No pewnie, że tak! - mała Pat uśmiechnęła się szeroko, i przysiadła obok Alice. -Widziałaś tego rudego chłopaka z tyłu? - zachichotała
-Mówisz o tym, który siedzi razem z tym z czarnymi włosami? - popatrzyła przez ramię.
-Tak, o tego mi chodzi. Straszny dziwak. Cały czas siedzi w Kościele z rodzicami i rodzeństwem!
-Serio? - popatrzyła raz jeszcze na wystraszonego, chudego rudzielca. -A jak się nazywa?
-William. William Bailey.
-A ten obok? - Alice wzięła torbę do ręki i poczęstowała Pat ciasteczkami.
-To jest Jeffrey Isbell. On jest normalniejszy, tylko nikt się z nim nie zadaje. - wyciągnęła ciastko z opakowania, które trzymała Alice. -Dziękuję.
-Też jakiś dziwak?
-Nie, on po prostu mieszka na drugim końcu Lafayette... -uśmiechnęła się czarnowłosa. Właśnie zadzwonił dzwonek na lekcję. -No to czas się uczyć.
Tak rozpoczęła się moja przyjaźń z Pat. Do niedawna wspominałyśmy te czekoladowe ciasteczka z orzechami... Potem widziałam scenę z gimnazjum, kiedy poznałam bliżej Willa. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Następnie widziałam nasz pierwszy pocałunek.
-Will! Czekaj! Nie dogonię Cię! - krzyknęła, biegnąc za rudowłosym chłopakiem przez boisko szkolne.
-No dawaj, jeszcze trochę! - zawołał, i skręcił w uliczkę prowadzącą do lasu. Dziewczyna dobiegła do rozstaju dróg, rozglądając się za Williamem. Nagle poczuła czyjeś ramiona na biodrach. Odwróciła się jak oparzona, karcąc wzrokiem Rudego.
-Zejdę na zawał, jeśli jeszcze raz tak zrobisz! - uderzyła go lekko w ramię, śmiejąc się.
-No dobrze, już, dobrze. Przepraszam. - wzruszył ramionami.
-Po co mnie tu przyprowadziłeś? - rozejrzała się dookoła ; drzewa, drzewa, krzaki i ścieżki. -Masz zamiar mnie zgwałcić?
-Nie, nie mam. - uśmiechnął się, i złapał dziewczynę za rękę. -Chodź... - skręcili w boczną dróżkę, ulubione miejsce chłopaków z klasy do zapalenia papierosa. Zatrzymali się przy pieńku, służącym głównie do gaszenia resztek petów.
-No, romantycznie tutaj, nie ma co. - Odłożyła na bok szklaną butelkę, która leżała na ów pieńku, i na nim usiadła, czekając, aż stojący przed nią chłopak coś powie. - Więc po co mnie tu przyprowadziłeś?
-To nie można przyjść sobie na spacer do lasu ze swoją dziewczyną? - uśmiechnął się blado.
-Słabo kłamiesz, panie Bailey. - zeszła z pieńka, podchodząc do Willa. -Więc...? - uwielbiała patrzeć się na jego zielono-szare oczy. On zaś, kochał patrzeć w jej zielono-brązowe tęczówki. Gdyby ta chwila mogła trwać wiecznie. Uśmiechnął się blado, i przejechał dłonią po jej ciemnych, lekko kręconych włosach. Wtuliła się w niego, bo jedyne szczęście, jakie ją ostatnio spotkało, to właśnie on. Znowu wymienili się spojrzeniami i wtedy dotknął jej ust. Delikatnie, jakby bał się, że ucieknie. Nie uciekła, tylko odwzajemniła pocałunek chłopaka. Wtedy usłyszeli kroki, i uciekli, nieromantycznie kończąc tą piękną chwilę.
Potem widziałam scenę, kiedy Will wyjeżdżał z Lafayette. Teraz znów bym się rozpłakała, ale nie potrafiłam.
Stali we dwoje na dworcu centralnym w Lafayette. On przytulał ciemnowłosą dziewczynę, gładząc ją po głowie. Obok nich stała stara walizka i plecak chłopaka, jego jedyny bagaż.
-Obiecaj, że wrócisz... -szlochała, mocząc jego koszulkę.
-Mała, ja... - zawiesił głos.
-Obiecaj mi. - popatrzyła przekrwionymi oczami na Williama. -Jeśli mnie kochasz, to mi to obiecaj.
-Obiecuję. -szepnął, i zobaczył, że jego autobus zatrzymuje się koło nich. -Muszę iść... -wtuliła się w niego mocniej, jakby chciała jakąś część jego zabrać na zapas.
-Nie jedź, proszę... - kierowca autobusu zatrąbił na rudego chłopaka.
-Kochanie, to było wspaniałe życie, dopóki byłaś przy moim boku. Ale muszę już iść. - pocałował ją w czoło i popatrzył na nią ostatni raz, mając łzy w oczach. -Wrócę, obiecuję... - pomachał jej, wchodząc do autobusu.
Nie wrócił. Nie do mnie. Wrócił po Jeffa, przy okazji zabierając mi Pat. Ale to był piękny czas, kiedy chodziliśmy razem. Piękny, aż do tego momentu... Kilka scen po jego wyjeździe, potem moje życie w Seattle. Moment, w którym poznałam Duffa był mi tak obcy, że nie wierzyłam w to, co widziałam. Nasze spojrzenia pełne sympatii, szczere uśmiechy... To wszystko było takie... Nienaturalne. Z obecnego punktu widzenia, oczywiście. Albo z punktu widzenia, kiedy nie śnił mi się korytarz pełen zdjęć i wspomnień.
Ciepłe, majowe popołudnie Alice spędzała w pracy. Kochała ją z całego serca - w końcu otaczały ją sterty winyli, nowych i starych, dziesiątki najrozmaitszych naszywek, torb i koszulek, kilka akustyków, dwie elektryczne i pięć basowych gitar, dwa keyboardy, i cała perkusja. Nudne popołudnie umilała jej książka, kubek kawy i winyl Led Zeppelin. Szef nie pozwalał jej tego robić, ale pracując w muzycznym ciężko nie słuchać muzyki. A szczególnie geniuszu, jakim jest Led Zeppelin.
-You need cooling, baby I'm not fooling. I'm gonna send you back to schooling. - zanuciła pod nosem, przewracając stronę. -I'm gonna give you my love. Wanna whole lotta love... - przerwała, słysząc, że ktoś wchodzi do sklepu. Najbardziej obawiała się szefa. Miał wziąć urlop do czwartku, więc to nie powinien być on.
-Dzień dobry. - usłyszała nieznajomy, niski głos. Odetchnęła z ulgą, zobaczywszy wysokiego, tlenionego blondyna z czarnymi odrostami.
-Dzień dobry... - odłożyła książkę na bok, i uśmiechnęła się do klienta.' Byle by coś kupił, wyszedł i nie wracał, bo chcę trochę spokoju' - pomyślała Alice, patrząc na 191 cm punk rocka. -W czymś mogę pomóc? - odgarnęła włosy z twarzy i wzięła do ręki kubek z kawą i odłożyła go za siebie.
-Nie, tylko oglądam. - przeszedł się po sklepie, oglądając każdą gitarę z osobna. Alice zaczęło to doprowadzać do szału, bo wiedziała, że musi patrzeć na niego, czy czegoś nie weźmie. Nie lubiła z góry osądzać ludzi, że są złodziejami, ale takie było polecenie szefa. Co poradzisz? Usłyszała niskie dźwięki gitary z końca sklepu. Podeszła bliżej do źródła dźwięku, obserwując chłopaka. Kiedy on ją zauważył, automatycznie przestał, i odłożył gitarę na miejsce. -Przepraszam, nie wiedziałem, że nie wolno. - podrapał się nerwowo po głowie.
-Wolno, wolno. - uśmiechnęła się, a chłopak lekko się rozluźnił. -Zagrasz mi coś jeszcze?
-Czemu nie? - rzucił jej zawadiackie spojrzenie, a ona wybuchła śmiechem. -Jestem Duff. - podał jej rękę.
-Alice, miło mi. - uśmiechnęła się szeroko, słysząc znaną melodię. - We come from the land of the ice and snow, from the midnight sun where the hot springs blow.
-Znasz Zeppelinów? - popatrzył na dziewczynę, jak na niezwykły obraz w muzeum.
-Chcesz mnie obrazić? - zmarszczył brwi, próbując zinterpretować słowa dziewczyny. -No pewnie, że tak! Uwielbiam ich! - Duff odsapnął z ulgą, a ona wybuchła śmiechem. Dawno nie śmiała się tak szczerze przy obcym człowieku. Rozmawiali jeszcze długo, a gdyby mogli, to przegadaliby całą noc, ale musiała zamknąć sklep. Do tego odezwał się jej głodny żołądek.
-Jadłaś coś dzisiaj? - popatrzył na Alice, podając jej klucze od muzycznego.
-Coś tam jadłam... - przekręciła klucz w zamku i zarzuciła torbę na ramię.
-No to idziemy na kolację, bo zaraz zemdlejesz. - ruszył przed siebie, a ona stanęła przed nim, zatrzymując go.
-Zapraszasz mnie na randkę? - popatrzyła na niego niepoważnie.
-W sumie, to tak. -położył dłoń na swoim biodrze. -Idziemy?
-Idziemy. - chwyciła go pod ramię, i ruszyli przed siebie, rozmawiając.
Potem widziałam ten moment, kiedy poznałam jego kumpli. Kiedy chodziliśmy razem na koncerty, kiedy codziennie przychodził do mnie, do pracy, przynosić mi kanapki i pogadać. A potem było już tylko gorzej...
Wyrzucenie z pracy, narkotyki i... I ta noc. Ostatnia noc Duffa w Seattle. Oglądałam to wszystko jak film, z tą różnicą, że nie mogłam go wyłączyć, czy zmienić kanał. Oglądałam film pod tytułem 'Życie Alice Black'. A ja wcale tego nie chciałam... Moment, kiedy zaciskam sobie pasek na ramieniu, żeby przygotować się do wstrzyknięcia heroiny. Moment złudnej radości, a potem moment głodu. Nie potrafiłam odwrócić głowy w drugą stronę, chciałam iść dalej, ale nie mogłam. Miałam patrzeć na to, co się akurat działo. Powrót do Lafayette, pierwsze spotkanie z Pat. Pogrzeb jej rodziców. Wyjazd Willa, Jeffa i mojej przyjaciółki do Los Angeles. Moja samotność. Depresja. Próba samobójcza. List z Miasta Aniołów. Wyjazd. Pierwszy dzień poszukiwań Pat. Nocowanie na ławce. Koncert. Wyjaśnienie spraw (od teraz) z Axlem. Poznanie Guns N' Roses. Spotkanie z Duffem. Niewyobrażalny haj. Nienawiść do McKagana. Imprezy. Imprezy. Moje urodziny na plaży. I wtedy w moim życiu pojawił się on - Steven. Chciałabym go mieć przy sobie, choćby na chwilę... Potem widziałam słup ciepłego światła, które mówiło 'Chodź, tu jest bezpiecznie'. Zamknęłam oczy, idąc w stronę światła, ale ono się oddalało. Robiło mi się chłodniej, nie czułam już ciepła w sercu. Przebrnęłam przez całe moje życie wspak, jakby ktoś nacisnął przycisk 'przewiń'.
Spokojnie oddychałam. Leżałam na miękkim łóżku. Gdyby nie to irytujące pikanie, pomyślałabym, że jestem w domu. Otworzyłam oczy, i oślepiła mnie biel, bijąca z każdego miejsca w pokoju. Trafiłam do szpitala? Chyba tak, nie znam innej sensownej odpowiedzi. Byłam podłączona do kroplówki, widocznie przedawkowałam. Ale gdybym przedawkowała, to...
-Alice! - krzyknął Duff, wbiegając do sali. Jego całe ciało się trzęsło. -Dobrze się czujesz? -spytał drżącym głosem. Nie mogłam się odezwać i wskazałam palcem na butelkę wody, leżącą obok. Wszystko było takie ciężkie ; ręce, powieki, butelka... Powrócił ból w żebrach. Nie byłam w stanie odkręcić wody, więc Duff zrobił to za mnie. Pomógł mi podnieść butelkę do ust i zaczęłam powoli pić, czując jak chłodna woda nawilża moje gardło. On wpatrywał się we mnie jak w obrazek. O co mu chodzi? Teraz nagle będzie miły? Po moim trupie. Odchrząknęłam.
-Dlaczego się na mnie tak patrzysz, skoro tak mnie nienawidzisz? - popatrzyłam na niego, resztkami sił.
-Słucham? - jego głos się podłamał, i przejechał swoją dłonią po moim ramieniu.
-Nie dotykaj mnie. - syknęłam, i opadłam na łóżko. -Wyjdź.
-Ale...
-Wyjdź! - krzyknęłam, ale to nie był dobry pomysł. Poczułam, jak zaczyna mnie boleć gardło, i po chwili do sali wpadła pielęgniarka.
-Co się tu dzieje? Dlaczego pan mnie nie zawołał? Pacjentka się obudziła, a pan nic?! - młoda dziewczyna krzyknęła na Duffa. -Przecież ją trzeba na badania wziąć! Wynoś się, już! - basista jeszcze raz na mnie spojrzał, jakby upewniał się, czy nic mi nie jest. Odpowiedziałam mu spojrzeniem pełnym nienawiści. Wyszedł.
* * *
PS. Nie spodziewajcie się czegokolwiek pozytywnego przez najbliższe kilka rozdziałów.
I nagle opuściły mnie wszystkie bóle, wszystkie lęki. Czułam się dobrze. Czułam się wspaniale. Nigdy nie byłam w takim stanie. Byłam taka lekka. Dryfowałam po morzu spokoju. Po chwili zaczęłam iść, choć wcale tego nie chciałam. Szłam kanałem, albo korytarzem. Nie wiem co to było. Coś nieokreślonego. Coś, czego nie pojmie ludzki umysł. Czułam przyjemne ciepło po lewej stronie klatki piersiowej. Szłam dalej, nie wiedząc, co na mnie czeka. Na ścianach korytarza, jeśli można było go tak nazwać, widziałam całe swoje życie. Obrazy z dzieciństwa. Widziałam, jak bawiłam się z tatą, kiedy odbierał mnie z przedszkola... Te chwile, kiedy jeszcze nie pił, kiedy cieszył się życiem. Potem widziałam obrazy, kiedy miałam 5 lat. Kiedy umarła babcia. To ten dzień, w którym ciocia mnie zabrała do swojego domu, kiedy siedziałam przed kanapą, na której leżał pijany ojciec. W tym dniu skończyło się moje beztroskie, spokojne i szczęśliwe dzieciństwo. W wieku 5 lat. Kiedy powinno być ono w rozkwicie. Chciałam się rozpłakać, ale nie mogłam. Było tam zbyt pięknie, żeby płakać. Łzy w Niebie, to przecież niemożliwe...
Potem były czasy, kiedy mieszkałam z ciocią. To też nie był szczęśliwy czas, chyba że na samym początku. Dopóki chodziłam do przedszkola, było w porządku. Jeździłam z ciocią Kathy na konkursy koni, choć za nimi nie przepadałam. Robiłyśmy ciasteczka, bawiłyśmy się... Wszystkie te sceny były pokazane na ścianach, tak jakbym oglądała telewizję. Potem był pokazany grób mamy, a nad nim, mój płaczący, pijany ojciec, ciocia i ja. Znowu chciałam płakać, ale nie umiałam... Następnie zobaczyłam swój pierwszy dzień w szkole.
Mała Alice w kucykach, sukience w kwiatki i czarnych lakierkach, siedziała sobie sama w ławce. Do klasy weszła, z małym opóźnieniem, czarnowłosa dziewczynka. Jej śliczne, niebieskie oczy przykuły uwagę Alice.
- Cześć. Czemu siedzisz sama? - uśmiechnęła się czarnowłosa.
-Wiesz, chyba temu, że nikt mnie nie lubi... -posmutniała i popatrzyła na stojącą przed ławką ośmiolatkę.
-No to ja Cię polubię! - uśmiechnęła się szeroko. - Nazywam się Patricia. Ale mów mi Pat, dobrze? - podała rękę Alice, którą niepewnie uścisnęła.
-Ja jestem Alice. Miło mi Cię poznać. - uśmiechnęła się. -Usiądziesz ze mną w ławce? - odsunęła jej krzesło.
-No pewnie, że tak! - mała Pat uśmiechnęła się szeroko, i przysiadła obok Alice. -Widziałaś tego rudego chłopaka z tyłu? - zachichotała
-Mówisz o tym, który siedzi razem z tym z czarnymi włosami? - popatrzyła przez ramię.
-Tak, o tego mi chodzi. Straszny dziwak. Cały czas siedzi w Kościele z rodzicami i rodzeństwem!
-Serio? - popatrzyła raz jeszcze na wystraszonego, chudego rudzielca. -A jak się nazywa?
-William. William Bailey.
-A ten obok? - Alice wzięła torbę do ręki i poczęstowała Pat ciasteczkami.
-To jest Jeffrey Isbell. On jest normalniejszy, tylko nikt się z nim nie zadaje. - wyciągnęła ciastko z opakowania, które trzymała Alice. -Dziękuję.
-Też jakiś dziwak?
-Nie, on po prostu mieszka na drugim końcu Lafayette... -uśmiechnęła się czarnowłosa. Właśnie zadzwonił dzwonek na lekcję. -No to czas się uczyć.
Tak rozpoczęła się moja przyjaźń z Pat. Do niedawna wspominałyśmy te czekoladowe ciasteczka z orzechami... Potem widziałam scenę z gimnazjum, kiedy poznałam bliżej Willa. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Następnie widziałam nasz pierwszy pocałunek.
-Will! Czekaj! Nie dogonię Cię! - krzyknęła, biegnąc za rudowłosym chłopakiem przez boisko szkolne.
-No dawaj, jeszcze trochę! - zawołał, i skręcił w uliczkę prowadzącą do lasu. Dziewczyna dobiegła do rozstaju dróg, rozglądając się za Williamem. Nagle poczuła czyjeś ramiona na biodrach. Odwróciła się jak oparzona, karcąc wzrokiem Rudego.
-Zejdę na zawał, jeśli jeszcze raz tak zrobisz! - uderzyła go lekko w ramię, śmiejąc się.
-No dobrze, już, dobrze. Przepraszam. - wzruszył ramionami.
-Po co mnie tu przyprowadziłeś? - rozejrzała się dookoła ; drzewa, drzewa, krzaki i ścieżki. -Masz zamiar mnie zgwałcić?
-Nie, nie mam. - uśmiechnął się, i złapał dziewczynę za rękę. -Chodź... - skręcili w boczną dróżkę, ulubione miejsce chłopaków z klasy do zapalenia papierosa. Zatrzymali się przy pieńku, służącym głównie do gaszenia resztek petów.
-No, romantycznie tutaj, nie ma co. - Odłożyła na bok szklaną butelkę, która leżała na ów pieńku, i na nim usiadła, czekając, aż stojący przed nią chłopak coś powie. - Więc po co mnie tu przyprowadziłeś?
-To nie można przyjść sobie na spacer do lasu ze swoją dziewczyną? - uśmiechnął się blado.
-Słabo kłamiesz, panie Bailey. - zeszła z pieńka, podchodząc do Willa. -Więc...? - uwielbiała patrzeć się na jego zielono-szare oczy. On zaś, kochał patrzeć w jej zielono-brązowe tęczówki. Gdyby ta chwila mogła trwać wiecznie. Uśmiechnął się blado, i przejechał dłonią po jej ciemnych, lekko kręconych włosach. Wtuliła się w niego, bo jedyne szczęście, jakie ją ostatnio spotkało, to właśnie on. Znowu wymienili się spojrzeniami i wtedy dotknął jej ust. Delikatnie, jakby bał się, że ucieknie. Nie uciekła, tylko odwzajemniła pocałunek chłopaka. Wtedy usłyszeli kroki, i uciekli, nieromantycznie kończąc tą piękną chwilę.
Potem widziałam scenę, kiedy Will wyjeżdżał z Lafayette. Teraz znów bym się rozpłakała, ale nie potrafiłam.
Stali we dwoje na dworcu centralnym w Lafayette. On przytulał ciemnowłosą dziewczynę, gładząc ją po głowie. Obok nich stała stara walizka i plecak chłopaka, jego jedyny bagaż.
-Obiecaj, że wrócisz... -szlochała, mocząc jego koszulkę.
-Mała, ja... - zawiesił głos.
-Obiecaj mi. - popatrzyła przekrwionymi oczami na Williama. -Jeśli mnie kochasz, to mi to obiecaj.
-Obiecuję. -szepnął, i zobaczył, że jego autobus zatrzymuje się koło nich. -Muszę iść... -wtuliła się w niego mocniej, jakby chciała jakąś część jego zabrać na zapas.
-Nie jedź, proszę... - kierowca autobusu zatrąbił na rudego chłopaka.
-Kochanie, to było wspaniałe życie, dopóki byłaś przy moim boku. Ale muszę już iść. - pocałował ją w czoło i popatrzył na nią ostatni raz, mając łzy w oczach. -Wrócę, obiecuję... - pomachał jej, wchodząc do autobusu.
Nie wrócił. Nie do mnie. Wrócił po Jeffa, przy okazji zabierając mi Pat. Ale to był piękny czas, kiedy chodziliśmy razem. Piękny, aż do tego momentu... Kilka scen po jego wyjeździe, potem moje życie w Seattle. Moment, w którym poznałam Duffa był mi tak obcy, że nie wierzyłam w to, co widziałam. Nasze spojrzenia pełne sympatii, szczere uśmiechy... To wszystko było takie... Nienaturalne. Z obecnego punktu widzenia, oczywiście. Albo z punktu widzenia, kiedy nie śnił mi się korytarz pełen zdjęć i wspomnień.
Ciepłe, majowe popołudnie Alice spędzała w pracy. Kochała ją z całego serca - w końcu otaczały ją sterty winyli, nowych i starych, dziesiątki najrozmaitszych naszywek, torb i koszulek, kilka akustyków, dwie elektryczne i pięć basowych gitar, dwa keyboardy, i cała perkusja. Nudne popołudnie umilała jej książka, kubek kawy i winyl Led Zeppelin. Szef nie pozwalał jej tego robić, ale pracując w muzycznym ciężko nie słuchać muzyki. A szczególnie geniuszu, jakim jest Led Zeppelin.
-You need cooling, baby I'm not fooling. I'm gonna send you back to schooling. - zanuciła pod nosem, przewracając stronę. -I'm gonna give you my love. Wanna whole lotta love... - przerwała, słysząc, że ktoś wchodzi do sklepu. Najbardziej obawiała się szefa. Miał wziąć urlop do czwartku, więc to nie powinien być on.
-Dzień dobry. - usłyszała nieznajomy, niski głos. Odetchnęła z ulgą, zobaczywszy wysokiego, tlenionego blondyna z czarnymi odrostami.
-Dzień dobry... - odłożyła książkę na bok, i uśmiechnęła się do klienta.' Byle by coś kupił, wyszedł i nie wracał, bo chcę trochę spokoju' - pomyślała Alice, patrząc na 191 cm punk rocka. -W czymś mogę pomóc? - odgarnęła włosy z twarzy i wzięła do ręki kubek z kawą i odłożyła go za siebie.
-Nie, tylko oglądam. - przeszedł się po sklepie, oglądając każdą gitarę z osobna. Alice zaczęło to doprowadzać do szału, bo wiedziała, że musi patrzeć na niego, czy czegoś nie weźmie. Nie lubiła z góry osądzać ludzi, że są złodziejami, ale takie było polecenie szefa. Co poradzisz? Usłyszała niskie dźwięki gitary z końca sklepu. Podeszła bliżej do źródła dźwięku, obserwując chłopaka. Kiedy on ją zauważył, automatycznie przestał, i odłożył gitarę na miejsce. -Przepraszam, nie wiedziałem, że nie wolno. - podrapał się nerwowo po głowie.
-Wolno, wolno. - uśmiechnęła się, a chłopak lekko się rozluźnił. -Zagrasz mi coś jeszcze?
-Czemu nie? - rzucił jej zawadiackie spojrzenie, a ona wybuchła śmiechem. -Jestem Duff. - podał jej rękę.
-Alice, miło mi. - uśmiechnęła się szeroko, słysząc znaną melodię. - We come from the land of the ice and snow, from the midnight sun where the hot springs blow.
-Znasz Zeppelinów? - popatrzył na dziewczynę, jak na niezwykły obraz w muzeum.
-Chcesz mnie obrazić? - zmarszczył brwi, próbując zinterpretować słowa dziewczyny. -No pewnie, że tak! Uwielbiam ich! - Duff odsapnął z ulgą, a ona wybuchła śmiechem. Dawno nie śmiała się tak szczerze przy obcym człowieku. Rozmawiali jeszcze długo, a gdyby mogli, to przegadaliby całą noc, ale musiała zamknąć sklep. Do tego odezwał się jej głodny żołądek.
-Jadłaś coś dzisiaj? - popatrzył na Alice, podając jej klucze od muzycznego.
-Coś tam jadłam... - przekręciła klucz w zamku i zarzuciła torbę na ramię.
-No to idziemy na kolację, bo zaraz zemdlejesz. - ruszył przed siebie, a ona stanęła przed nim, zatrzymując go.
-Zapraszasz mnie na randkę? - popatrzyła na niego niepoważnie.
-W sumie, to tak. -położył dłoń na swoim biodrze. -Idziemy?
-Idziemy. - chwyciła go pod ramię, i ruszyli przed siebie, rozmawiając.
Potem widziałam ten moment, kiedy poznałam jego kumpli. Kiedy chodziliśmy razem na koncerty, kiedy codziennie przychodził do mnie, do pracy, przynosić mi kanapki i pogadać. A potem było już tylko gorzej...
Wyrzucenie z pracy, narkotyki i... I ta noc. Ostatnia noc Duffa w Seattle. Oglądałam to wszystko jak film, z tą różnicą, że nie mogłam go wyłączyć, czy zmienić kanał. Oglądałam film pod tytułem 'Życie Alice Black'. A ja wcale tego nie chciałam... Moment, kiedy zaciskam sobie pasek na ramieniu, żeby przygotować się do wstrzyknięcia heroiny. Moment złudnej radości, a potem moment głodu. Nie potrafiłam odwrócić głowy w drugą stronę, chciałam iść dalej, ale nie mogłam. Miałam patrzeć na to, co się akurat działo. Powrót do Lafayette, pierwsze spotkanie z Pat. Pogrzeb jej rodziców. Wyjazd Willa, Jeffa i mojej przyjaciółki do Los Angeles. Moja samotność. Depresja. Próba samobójcza. List z Miasta Aniołów. Wyjazd. Pierwszy dzień poszukiwań Pat. Nocowanie na ławce. Koncert. Wyjaśnienie spraw (od teraz) z Axlem. Poznanie Guns N' Roses. Spotkanie z Duffem. Niewyobrażalny haj. Nienawiść do McKagana. Imprezy. Imprezy. Moje urodziny na plaży. I wtedy w moim życiu pojawił się on - Steven. Chciałabym go mieć przy sobie, choćby na chwilę... Potem widziałam słup ciepłego światła, które mówiło 'Chodź, tu jest bezpiecznie'. Zamknęłam oczy, idąc w stronę światła, ale ono się oddalało. Robiło mi się chłodniej, nie czułam już ciepła w sercu. Przebrnęłam przez całe moje życie wspak, jakby ktoś nacisnął przycisk 'przewiń'.
Spokojnie oddychałam. Leżałam na miękkim łóżku. Gdyby nie to irytujące pikanie, pomyślałabym, że jestem w domu. Otworzyłam oczy, i oślepiła mnie biel, bijąca z każdego miejsca w pokoju. Trafiłam do szpitala? Chyba tak, nie znam innej sensownej odpowiedzi. Byłam podłączona do kroplówki, widocznie przedawkowałam. Ale gdybym przedawkowała, to...
-Alice! - krzyknął Duff, wbiegając do sali. Jego całe ciało się trzęsło. -Dobrze się czujesz? -spytał drżącym głosem. Nie mogłam się odezwać i wskazałam palcem na butelkę wody, leżącą obok. Wszystko było takie ciężkie ; ręce, powieki, butelka... Powrócił ból w żebrach. Nie byłam w stanie odkręcić wody, więc Duff zrobił to za mnie. Pomógł mi podnieść butelkę do ust i zaczęłam powoli pić, czując jak chłodna woda nawilża moje gardło. On wpatrywał się we mnie jak w obrazek. O co mu chodzi? Teraz nagle będzie miły? Po moim trupie. Odchrząknęłam.
-Dlaczego się na mnie tak patrzysz, skoro tak mnie nienawidzisz? - popatrzyłam na niego, resztkami sił.
-Słucham? - jego głos się podłamał, i przejechał swoją dłonią po moim ramieniu.
-Nie dotykaj mnie. - syknęłam, i opadłam na łóżko. -Wyjdź.
-Ale...
-Wyjdź! - krzyknęłam, ale to nie był dobry pomysł. Poczułam, jak zaczyna mnie boleć gardło, i po chwili do sali wpadła pielęgniarka.
-Co się tu dzieje? Dlaczego pan mnie nie zawołał? Pacjentka się obudziła, a pan nic?! - młoda dziewczyna krzyknęła na Duffa. -Przecież ją trzeba na badania wziąć! Wynoś się, już! - basista jeszcze raz na mnie spojrzał, jakby upewniał się, czy nic mi nie jest. Odpowiedziałam mu spojrzeniem pełnym nienawiści. Wyszedł.
* * *
PS. Nie spodziewajcie się czegokolwiek pozytywnego przez najbliższe kilka rozdziałów.
22 lutego 2013
22. I don't believe in anything, because I can't...
Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć
Marzyłem też - wolno było marzyć
Nie chciałem być takim, jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic
We śnie słyszałem matki głos
Synku! Uczciwym bądź, dobrym bądź!
"Świat" - w tym słowie było coś
Radość i lęk, miłość i fałsz
Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię
Nie marzę już, nie ma o czym marzyć
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia
Smutno mi...
Już tylko ciebie mam
I to mnie jakoś tutaj trzyma
Już tylko ciebie mam
Nie wolno ci odejść teraz stąd
Już tylko ciebie mam...
TSA - 'Alien'Czy to ma jakikolwiek sens?
Po co wciąż się starać, po co walczyć?
Dlaczego mam tu bezczynnie siedzieć i gapić się w ścianę?
Czy ja jestem komukolwiek potrzebna?
Dusimy się we mgle i nikt nam nie pomoże. Ludzie bawią się nami. Tylko czekają, aż upadniemy, a potem będą się z nas śmiać. Nie pomogą nam, mój przyjacielu. Nikt nam nie pomoże. Zgubiliśmy gdzieś prawdziwą radość życia, a jedyne co mnie tutaj trzyma, to Ty.
Podoba Ci się tu, mój przyjacielu? Mi też nie. Dusisz się we mgle idealnych ludzi, przesiąkniętych fałszem i nienawiścią. Kiedyś nam się uda, kiedyś zaznamy wolności, prawdziwej wolności. Kiedy nie będzie nas obchodzić czas ani miejsce. Kiedy będziemy mogli robić wszystko po swojemu, z przyjemności, nie z przymusu. Nie kochasz, nie cierpisz. Nie jesteś kochany, nikt nie cierpi z twojego powodu. To podstawa pewnej wolności. Złudnej
Dlaczego?
Dlaczego wszystko stało się takie szare? Wszystko mi jedno. Zobojętniałam. Nie chcę płakać, ani śmiać się. Nie mam powodów do smutku, ale jakoś nie czuję szczęścia. Gdzie są jakiekolwiek uczucia? Czy to kokaina wypłukuje z nas emocje? A może nienawiść i upokorzenie sprawia, że jesteśmy kolejnymi zimnymi osobami w maskach na twarzy? Nikt nie umie tego wytłumaczyć. Kiedyś wszyscy znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania świata. Musimy tylko poczekać.
Ale ja już nie potrafię....
Michelle:
Martwię się o nią. Niby jest samolubna i wredna, ale to człowiek. Widzę jak się męczy, a ja nie mogę jej pomóc. Duff cały czas mnie od niej odwraca, kiedy chcę z nią porozmawiać! Jestem zła na Alice, jednak...
Nie umiem tego ubrać w słowa. Jest słaba. Udaje tylko, że potrafi dużo znieść. Mdleje i słabnie co chwilę, a przecież nic się jej nie stało. Mówi, że bolą ją żebra. Ale od czego? Przecież nikt jej niczego nie zrobił.
Udaje, żebym jej pomogła? Jeśli tak, to jest dobrą aktorką. Głupio mi tu siedzieć i gapić się przez szybę, podziwiając przelatujące wysoko ptaki. Ale co ja mam zrobić? Duff powiedział, że do niej pójdzie. Dobry z niego chłopak. I ma tyle cierpliwości, żeby znowu wysłuchać jej niezrozumiałego gadania, że wszystko ją boli i że 'już nie potrafi'. Lubiłam ją. Bardzo. Ale jakoś straciłam do niej to zaufanie. Okłamuje wszystkich naokoło, a oni jej wierzą.
Jak tak można? Jak można być tak ślepym? Jak można tego nie widzieć, że ktoś Cię perfidnie okłamuje?
Duff:
Michelle już chciała iść do Alice, pogadać z nią. Nie ma tak, bo jeszcze zjebie mój doskonały plan! Wstałem i wszedłem do części, gdzie leżał wrak dziewczyny. Skulona, trzęsąca się Alice, mamrocząca coś pod nosem. A pomyśleć, że kiedyś z tym chodziłem. Usiadłem obok niej i zwyczajnie się na nią gapiłem. A co mam robić? Bycie obojętnym na cierpienie. To będzie rada numer... 69. Bycie obojętnym - oto rozwiązanie!
Cała jej twarz była blada, a łzy stworzyły ciemniejsze smugi na policzkach. Jej włosy się przykleiły do twarzy... Wstałem, i delikatnie odgarnąłem jej ciemne kudły. Przekręciłem głowę i popatrzyłem na nią jeszcze raz, i prawie przejechałem dłonią po jej policzku. Co ja robię?! Chciałem jej dotknąć? Yyy... Fuj? Co mi odbiło...Popatrzyłem na nią jeszcze raz zza ramienia - wygląda gorzej niż Izzy o poranku na kacu.
Weź McKagan, zaczynasz się o nią troszczyć? Nie pamiętasz swojego genialnego planu? Pamiętam, pamiętam o nim. Ale co poradzisz? Kiedyś się darzyło ją jakimś uczuciem. Chyba... Tak dla przypomnienia, to gadasz sam ze sobą, Michael. Jaki Michael?! Jestem DUFF. Michael Andrew? Dobra, koniec tego. Gadam z jakimś chorym tworem mojej wyobraźni, Alice się krztusi, a ja wciąż prowadzę konwersację z głosem w mojej głowie. Zaraz... Ona się krztusi! Podniosłem ją, bo potem będzie, że to przeze mnie się zaczęła dusić, ja jej nie pomogłem, bla, bla, bla, wyrzuty sumienia... Wypadałoby skończyć, bo się dziewczyna udusi! Kurwa, co ja mam robić? Poklepać po pleckach? Spróbowałem, ale jakoś nie pomogło.
-Alice! Oddychaj do cholery! - miałem łzy w oczach, kurwa, ja miałem łzy w oczach! Widziałem jak jej twarz robi się sina, jak jej ciało staje się bezwładne. Odchodziła na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić. -Alice, nie! Nie odchodź! - zapłakałem, trzymając ją za rękę. -Nie... -szepnąłem, ale chyba było już za późno...
16 lutego 2013
21. When the mind is asleep...
Dobra, napisałam. W sumie, to nic nowego nie wprowadzam, niczego nowego nie poruszałam. To raczej przemyślenia. Trochę to poryte, ale myślę, że zaczaicie, o co mi chodzi... Wybaczcie za błędy, jest kilka minut po północy xd Filmiki z koncertu Slasha wstawię później (;
To był koniec.
Koniec, ale czego?
Koniec... Duffa McKagana?
Koniec... Alice Black?
Koniec... Wietnamczyka?
Koniec...Podróży?
Koniec... Tego marnego życia?
To był koniec mojego błogiego stanu. Kokainowy 'haj' trwa niewiele ponad pół godziny, o czym powinnam pamiętać. Nagle wszystko, co było takie kolorowe, żywe i piękne... Przepadło. Skończyło się. Zrobiło się szare, nudne. Gdzie się podziała ta radość? Ta beztroska? Ta przyjemność? Rozproszyła się.
Uśmiech na twarzy zastąpiło rozdrażnienie, a pewność siebie zmieniła się w stan chwilowej depresji.
-Gdzie jesteś? - zapytałam sama siebie, szukając odpowiedzi na pytanie w głowie. -Gdzie się ukrywasz? - oddech stał się nierównomierny, a dłonie zaczęły się trząść i pocić. Broń spadła na ziemię, budząc basistę. Przerażona, szukałam choćby odrobiny narkotyku, zwykłej drobinki, czegokolwiek, żeby tylko zaspokoić wygłodzony od kokainy organizm. Jedyne co znalazłam, to pusty, malutki, foliowy woreczek, na którym w śladowych ilościach znajdowała się biała substancja. -Tu jesteś... - przejechałam małym palcem po ściance woreczka, zbierając z niego cienką warstwę proszku, która chwilę potem rozprowadzała się stopniowo po moim organizmie. Opadłam na ziemię, czekając aż stan błogości wróci, choć w małym stopniu.
Zasnęłam? A może w końcu umarłam? Śmierć z przedawkowania robi się coraz popularniejsza.
W sumie, chciałabym już umrzeć. Po co ja tu jestem? Ktokolwiek by płakał?
Może Pat. Tak. Ona mogłaby płakać nad moim martwym ciałem ułożonym w trumnie, patrząc z bólem na sine, lekko rozchylone i spierzchnięte usta. Tylko ona pamiętałaby, że chciałabym malutki bukiecik czerwonych róż na grobie. I tylko ona przychodziłaby i zapalała małe znicze, na znak pamięci. Tylko ona. Oczywiście gdyby tu była. Albo ja tam. A jeśli umarłam gdzieś między Little Rock a Dallas? McKagan tylko wyrzucił moje ciało do lasu, na pożarcie wilkom, a mała Michelle o niczym nie wie? Powiedział jej tylko, że zdecydowałam się zostać w Hope, olałam L.A, olałam Stevena....
A Steven? On może też by płakał, ale nie jestem pewna. Chodzimy ze sobą - aż czy tylko? Nie wiem czy go kocham, nie wiem czy on kocha mnie. A co jeśli to tylko zapełnienie pustki? Teraz może posuwa jakąś laskę? A może to ja chciałam zapchać tą dziurę w sercu? Żeby tylko zapomnieć, żeby tylko nie bolało? A czy on byłby świadomy? Że naprany przyszedłby na pogrzeb swojej dziewczyny? Tej narkomanki, której pierwszej zrobił zastrzyk po jej przyjeździe do Los Angeles? Jak byłam mała, to się zrywało kwiatka i po kolei, wyrywało się jego płatki, naprzemiennie mówiąc 'kocha - nie kocha'.
Ktoś da mi kwiatka?
William. Znaczy się... Axl. Co on by zrobił, gdyby zobaczył mnie martwą? Mówił, że kochał. Kochał. Kochał? Siedem lat temu. Siedem długich, bolesnych i samotnych lat temu. Wbrew powszechnej opinii chuja, dupka bez serca i humorzastego nimfomana, jest moim przyjacielem. Jeśli masz z nim dobry kontakt, to przy nim włos Ci z głowy nie spadnie. Będzie Cię chronił, nawet jeśli Ty tego nie chcesz. Jest jak brat - wkurzający, irytujący ale kiedy jest potrzebny, to przyjdzie. Pat ma szczęście, ogromne. On może by zapłakał.
Jeff. Izzy. Zombie. Ludziom wydaje się, że Stradlin jest martwy, i tylko co jakiś czas je, pije i idzie do kibla. Bo tak jest. Niby go nie ma, zawsze siedzi cicho, ale tak naprawdę, jest sercem, mózgiem i wątrobą. Tylko czego? Guns N' Roses. I naszej przyjaźni. Kolejny brat do kolekcji. Tylko tego trzeba od czasu do czasu kopnąć w tyłek i ten sam tyłek ratować. Możesz mu powierzyć sekret, i masz pewność, że nawet pijany, naćpany, wyruchany i sam Jimi Hendrix wie jaki, nie wygada. Zbyt dobry z niego chłopak. Też by był smutny, gdybym odeszła.
Slash. Pod tą burzą ciemnych loków kryje się wielka zagadka, którą mogą rozwiązać nieliczni. I byłam na tej drodze. Byłam tak blisko kiedy... No właśnie. Kiedy co? Kolejne pytanie, kolejny brak odpowiedzi. On nie jest jak brat. Raczej jak kolega z sąsiedztwa. Szczery do bólu. Zapłakałby? Może podzieliłby się z ziemią koło grobu Danielsem. To i tak dużo.
Duff. On skakałby z radości nad moją trumną. Na stypie świetnie by się bawił, tańczył i schlał się. Śmierć wroga to najlepsza nagroda. Wyczuwam arię operową i przemowę pod tytułem 'Dlaczego cieszę się, że ta suka w końcu zdechła'. I do tego kilka ciepłych słów, w stylu 'Puszczała się, taka kurwa. Ya know...'
Hasanie naokoło tego całego przemarszu z trumną i party hard na płycie grobu. Nie płakałby. Śmiałby się.
PS. Erin Everly & duzzylash - Jak Wam się podobał koncert? *O*
To był koniec.
Koniec, ale czego?
Koniec... Duffa McKagana?
Koniec... Alice Black?
Koniec... Wietnamczyka?
Koniec...Podróży?
Koniec... Tego marnego życia?
To był koniec mojego błogiego stanu. Kokainowy 'haj' trwa niewiele ponad pół godziny, o czym powinnam pamiętać. Nagle wszystko, co było takie kolorowe, żywe i piękne... Przepadło. Skończyło się. Zrobiło się szare, nudne. Gdzie się podziała ta radość? Ta beztroska? Ta przyjemność? Rozproszyła się.
Uśmiech na twarzy zastąpiło rozdrażnienie, a pewność siebie zmieniła się w stan chwilowej depresji.
-Gdzie jesteś? - zapytałam sama siebie, szukając odpowiedzi na pytanie w głowie. -Gdzie się ukrywasz? - oddech stał się nierównomierny, a dłonie zaczęły się trząść i pocić. Broń spadła na ziemię, budząc basistę. Przerażona, szukałam choćby odrobiny narkotyku, zwykłej drobinki, czegokolwiek, żeby tylko zaspokoić wygłodzony od kokainy organizm. Jedyne co znalazłam, to pusty, malutki, foliowy woreczek, na którym w śladowych ilościach znajdowała się biała substancja. -Tu jesteś... - przejechałam małym palcem po ściance woreczka, zbierając z niego cienką warstwę proszku, która chwilę potem rozprowadzała się stopniowo po moim organizmie. Opadłam na ziemię, czekając aż stan błogości wróci, choć w małym stopniu.
Zasnęłam? A może w końcu umarłam? Śmierć z przedawkowania robi się coraz popularniejsza.
W sumie, chciałabym już umrzeć. Po co ja tu jestem? Ktokolwiek by płakał?
Może Pat. Tak. Ona mogłaby płakać nad moim martwym ciałem ułożonym w trumnie, patrząc z bólem na sine, lekko rozchylone i spierzchnięte usta. Tylko ona pamiętałaby, że chciałabym malutki bukiecik czerwonych róż na grobie. I tylko ona przychodziłaby i zapalała małe znicze, na znak pamięci. Tylko ona. Oczywiście gdyby tu była. Albo ja tam. A jeśli umarłam gdzieś między Little Rock a Dallas? McKagan tylko wyrzucił moje ciało do lasu, na pożarcie wilkom, a mała Michelle o niczym nie wie? Powiedział jej tylko, że zdecydowałam się zostać w Hope, olałam L.A, olałam Stevena....
A Steven? On może też by płakał, ale nie jestem pewna. Chodzimy ze sobą - aż czy tylko? Nie wiem czy go kocham, nie wiem czy on kocha mnie. A co jeśli to tylko zapełnienie pustki? Teraz może posuwa jakąś laskę? A może to ja chciałam zapchać tą dziurę w sercu? Żeby tylko zapomnieć, żeby tylko nie bolało? A czy on byłby świadomy? Że naprany przyszedłby na pogrzeb swojej dziewczyny? Tej narkomanki, której pierwszej zrobił zastrzyk po jej przyjeździe do Los Angeles? Jak byłam mała, to się zrywało kwiatka i po kolei, wyrywało się jego płatki, naprzemiennie mówiąc 'kocha - nie kocha'.
Ktoś da mi kwiatka?
William. Znaczy się... Axl. Co on by zrobił, gdyby zobaczył mnie martwą? Mówił, że kochał. Kochał. Kochał? Siedem lat temu. Siedem długich, bolesnych i samotnych lat temu. Wbrew powszechnej opinii chuja, dupka bez serca i humorzastego nimfomana, jest moim przyjacielem. Jeśli masz z nim dobry kontakt, to przy nim włos Ci z głowy nie spadnie. Będzie Cię chronił, nawet jeśli Ty tego nie chcesz. Jest jak brat - wkurzający, irytujący ale kiedy jest potrzebny, to przyjdzie. Pat ma szczęście, ogromne. On może by zapłakał.
Jeff. Izzy. Zombie. Ludziom wydaje się, że Stradlin jest martwy, i tylko co jakiś czas je, pije i idzie do kibla. Bo tak jest. Niby go nie ma, zawsze siedzi cicho, ale tak naprawdę, jest sercem, mózgiem i wątrobą. Tylko czego? Guns N' Roses. I naszej przyjaźni. Kolejny brat do kolekcji. Tylko tego trzeba od czasu do czasu kopnąć w tyłek i ten sam tyłek ratować. Możesz mu powierzyć sekret, i masz pewność, że nawet pijany, naćpany, wyruchany i sam Jimi Hendrix wie jaki, nie wygada. Zbyt dobry z niego chłopak. Też by był smutny, gdybym odeszła.
Slash. Pod tą burzą ciemnych loków kryje się wielka zagadka, którą mogą rozwiązać nieliczni. I byłam na tej drodze. Byłam tak blisko kiedy... No właśnie. Kiedy co? Kolejne pytanie, kolejny brak odpowiedzi. On nie jest jak brat. Raczej jak kolega z sąsiedztwa. Szczery do bólu. Zapłakałby? Może podzieliłby się z ziemią koło grobu Danielsem. To i tak dużo.
Duff. On skakałby z radości nad moją trumną. Na stypie świetnie by się bawił, tańczył i schlał się. Śmierć wroga to najlepsza nagroda. Wyczuwam arię operową i przemowę pod tytułem 'Dlaczego cieszę się, że ta suka w końcu zdechła'. I do tego kilka ciepłych słów, w stylu 'Puszczała się, taka kurwa. Ya know...'
Hasanie naokoło tego całego przemarszu z trumną i party hard na płycie grobu. Nie płakałby. Śmiałby się.
PS. Erin Everly & duzzylash - Jak Wam się podobał koncert? *O*
9 lutego 2013
20. You've got a one way ticket to your suicide...
Po pierwsze - Przepraszam.
Po drugie - To NIE jest ostatni rozdział.
-Zostaw mnie... Proszę....- powiedziałam cicho przez łzy, starając się wyrwać z jego ramion.
-A niby czemu? Zapewniasz mi niezłą rozrywkę. - syknął, i przycisnął mnie mocniej do ściany. Jedyne co wtedy widziałam, to jego brudną bluzkę i flanelową koszulę. Wyrywałam się i starałam uciec, choć tylko uderzałam mokrymi kosmykami włosów o jego klatkę piersiową. -No chodź...- mruknął i rozpiął delikatnie moje spodnie.
-Nie! Zostaw mnie! - krzyknęłam, za co dostałam w twarz. Wydzierałam się o pomoc, łudząc się, że ktokolwiek mnie usłyszy; Nic z tego. Nikt nie przyszedł, nikt nie pomógł, nikt nie usłyszał. A może nie chciał usłyszeć?
Leżałam na zimnych kafelkach i nie mogłam się ruszyć - znowu strach, paraliżujący Twoje ciało. Znowu obrzydzenie do samej siebie. Ten zboczeniec dobierał się do dolnej części garderoby; czułam jego lodowatą rękę na podbrzuszu. Płakanie już nie pomoże; Nigdy nie pomagało... Leżałam jak lalka, patrzyłam się w jeden punkt. Nie wyrywałam się, nie rzucałam, nie krzyczałam, nie płakałam. Modliłam się, żeby już skończył. Niech w końcu się wyżyje i zostawi mnie w spokoju.
-Proszę... - szepnęłam, patrząc w sufit. -Błagam... - jęknęłam głośniej, bo przejechał szorstką dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, sprawiając że zadrgałam ze strachu. -Skończ już... -zawyłam, czując jak łza spływa po policzku. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, bo to i tak nic nie da. Obiecałam też sobie, że będę szczęśliwa. A jak jest, to można zobaczyć na załączonym obrazku.
Albo jestem na zaawansowanym poziomie choroby psychicznej, ale słyszałam kroki. Odwróciłam głowę w stronę drzwi; cisza.
Słychać jedynie przyspieszony oddech mężczyzny.
Znowu kroki.
Cisza.
Wiązanka przekleństw.
Cisza.
Czy mój mózg desperacko próbuje mnie pocieszyć, tworząc odgłos obcasów uderzających o posadzkę?
Kroki.
Słychać je coraz wyraźniej.
Pozbawiona dolnej części ubrania, błagalnie patrzyłam na drzwi, oczekując pomocy.
Jestem niemal pewna, że ktoś chodzi koło drzwi.
Cisza.
Desperacki krzyk.
Ciemność.
Ból.
Powieki mimowolnie zamykały się i otwierały, widziałam jedynie urywki, i to tego jak przez mgłę. Ktoś mnie szarpał, krzyczał, ale nie wiem na kogo. Kręciło mi się w głowie, wszystko było takie niewyraźne, rozmazane. Tępy ból obezwładnił moje ciało...
-Ej, mała. Popatrz na mnie. -ktoś poklepał mnie lekko po policzku, mimo to bolało, jakby ktoś przyłożył mi prawego sierpowego. -Ej...Słyszysz mnie? -nawet głos był niewyraźny, ale wnioskuję, że to kobieta.
-Michelle?! - krzyknęłam, wykorzystując resztki sił.
-Nie... Nie jestem żadną Michelle. - podniosła głos. -Jestem Carolina. A Ty jesteś...?
Pobita, zgwałcona, samotna, nieszczęśliwa, krwawiąca, zmieszana z błotem, znienawidzona....
-Alice - odpowiedziałam dopiero po chwili. - Możesz mi powiedzieć, jak się tutaj znalazłam? - rozejrzałam się dookoła; w takiej spelunie nigdy nie byliście. Kobiety pluły na blaty, żeby je 'wyczyścić', mężczyźni leżeli bezwładnie pod stołami, trzymając o życie butelki w dłoniach. Niektóre okna były poprzybijane deskami, jedno nie miało nawet szyby. Ciężki dym tanich papierosów unosił się w powietrzu i mieszał się z ostrym smrodem potu.
-Witamy w Little Rock! - Carolina podała mi butelkę wody i chwyciła mnie za ramię; Chyba znowu tracę przytomność.
A teraz gdzie jestem? Dobre pytanie. Ok, określam położenie - Za twarde na łóżko, za miękkie na trumnę. Hm. Powietrze chłodne i rześkie, czyli nie jestem w grobie. A szkoda.
Słyszę rozmowę, czyli jestem wśród ludzi.
Otworzyłam oczy. Rażące światło lekko mnie oślepiło, więc kilka razy przetarłam powieki.
Tir.
Czyli jednak piekło trwa.
Przewróciłam się na brzuch i próbowałam się podnieść, ale wszystko tak cholernie bolało... Przyłożyłam policzek do podłogi, tak przyjemnie zimnej. Kilka głębokich oddechów i druga próba wstawania.
-Proszę, pomóżcie mi... -wyszeptałam, opierając się czołem o podłogę. -Ja już nie mogę...
Ponownie kręci mi się w głowie. Ponownie robi mi się ciemno przed oczami. Ponownie tracę przytomność.
-Ali, popatrz na mnie... - usłyszałam z oddali dobrze znany mi, dziewczęcy głos. -Alice, słyszysz mnie?
Pokiwałam głową z wielkim trudem, i otworzyłam ciężkie powieki. To Michelle. Zmartwiona, pełna troski.
Wróciła. Wróciła? -Napij się wody. - podała mi butelkę, którą ledwo złapałam. Była taka ciężka... Posłusznie zrobiłam, co kazała, i czekałam aż wróci mój ostry wzrok. Uśmiechnęła się blado, co chyba oznaczało, że jest ze mną lepiej.
-Dziękuję Michi... -odwzajemniłam uśmiech, odgarniając kosmyki ciemnobrązowych włosów z twarzy. -Co się ze mną działo? Prawie nic nie pamiętam...
-Traciłaś przytomność. Najpierw w łazience, pan Chou po Ciebie poszedł. - Od kiedy gwałt nazywa się pójściem po kogoś, bo zemdlał? -Potem przyszły kobiety z tego moteliku w Little Rock. A teraz znowu zemdlałaś.
-Tylko ja potrafię stracić przytomność 4 razy dziennie. - rzuciłam pół żartem, pół serio. Poczułam jak ręce zaczynają mi drgać. -Masz coś do jedzenia?
-Zaraz Ci coś przyniosę, poczekaj... - wstała i otworzyła szafkę. -Ciastka owsiane?
-Cokolwiek. - okryłam się leżącym obok kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno. Dziewczyna podała mi opakowanie i gapiła się jak jem. -Chcesz? - podałam jej pudełko.
-Nie, dziękuję. - wzięła gazetę do ręki i zaczęła ją wertować.
-Mogę Ci coś wytłumaczyć? - spojrzała na mnie spod kartek tygodnika dla kierowców.
-Ale o co Ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
-No bo, wtedy kiedy rzekomo spałam sobie w motelu, to ja...
-O, Mdlejąca Księżna się obudziła! - zawołał stojący w drzwiach Duff. No tylko jego mi teraz brakowało!
-Daj spokój, chciałam porozmawiać z Michelle. - popatrzył na mnie zdumiony. -Czyli idź stąd! - machnęłam ręką.
-Pan Chou chciał też gadać z Chelle, więc to ona idzie. - uśmiechnął się wrednie.
-No to sobie będzie musiał poczekać, mam jej coś ważniejszego do powiedzenia.
-Szczerze wątpię. Kto chciałby Cię słuchać? - wzruszył ramionami, chwycił blondynkę za ramiona i wyprowadził z części mieszkalnej -Znowu chcesz ją okłamać?
-Nie chcę jej okłamać, nigdy tego nie zrobiłam. - syknęłam na niego.
-Bardzo ciekawe...- wziął jabłko do ręki i rzucał nim w powietrzu.
-Jesteś chujem. - popatrzyłam mu prosto w oczy, po czym porwałam drugi koc.
-A Ty pizdą. - kolejny wredny uśmiech.
-Wyjdź. - zaczęłam się trząść. Zimny pot oblał moje ciało, a czoło było cholernie gorące.
-Nie. - usiadł naprzeciwko mnie, gryząc owoc.
Co mi się dzieje? Czyżby złapała mnie jakaś przeklęta grypa? Raczej nie, nie zaziębiłam się chyba.
Jakieś skutki uboczne po Sylwestrze? Też nie, w końcu jedziemy już 3 albo 4 dzień, to trochę późno na oznaki kaca. Kurwa. Wiem co mi jest.
-O, czyżby Alice była na głodzie? - powiedział ze sztuczną troską basista. -Ojejku, jejku. Biedactwo. - wygiął usta w kształt podkowy i przejechał palcem po swoim policzku.
-Nie, nie jestem. - zacisnęłam dłonie w pięści, żeby opanować ich drganie. -Nie jestem ćpunką...
-Owszem, jesteś. Tylko ćpunom tak się dzieje, kiedy dawno nie brali.
-Nie jestem ćpunką... Nie jestem...
-Jesteś, jesteś. Każdy ćpun tak mówi.
-A Ty jesteś pierdolonym alkoholikiem i nikt Ci tego nie wypomina! - wydarłam się na niego. Miałam serdecznie dość jego, tej całej podróży i życia. Czy ja jestem komukolwiek potrzebna?
-No bo zajebistym trzeba się urodzić.
-Zamknij się już... -warknęłam i położyłam się na boku, nierówno oddychając. A może faktycznie byłam na głodzie? Możliwe. W Sylwestra wzięłam dużo, nawet za dużo. Przez święta też trochę tego było. Jasna cholera. Jestem narkomanką? Znowu wróciło? Nie, nie... Tak nie może być. Nie zniszczę tym sobie życia.
Nie drugi raz. NIE.
Nastał wieczór, wjechaliśmy do Hope. Fajna nazwa miasta, nie? Szczególnie dla kogoś, kto stracił całą nadzieję.
-Jesteśmy niedaleko Dallas. Jutro będziemy musieli się rozstać. - powiedział kierowca, kiedy wysiadaliśmy z ciężarówki.
-Jaka szkoda. -rzuciłam z nutką ironii. -To gdzie się spotykamy i o której?
-Spotkamy się tutaj, na parkingu. - pokazał palcem na kawałek betonu, cokolwiek to miało znaczyć.- Czy ja wiem...? Jest 17. Więc o 22 zamykam drzwi do tira i do niego nie wejdziecie przez całą noc. - kaleczył lekko Wietnamczyk.
Duff i Michelle poszli się przejść po pobliskim parku, a ja, że zostałam sama, poszłam coś zjeść. Jak najdalej od Chou. Po drodze natknęłam się na bary szybkiej obsługi, wytworne restauracje i knajpy z Azjatyckim żarciem. Dzięki wycieczce krajoznawczej przed całe Stany nabrałam wstrętu do wszystkiego, co związane z Azją. No chyba że pandy. One za przezajebiste!
Znalazłam się w tej mniej ciekawej części Hope; powybijane okna w zniszczonych kamienicach, prostytutki, patrol policyjny. Zdrowy rozsądek kazałby mi spierdzielać stamtąd bardzo, bardzo daleko, ale zdrowy rozsądek był chory.
A może Duff miał rację, że jestem ćpunką?
Zaraz.
On nigdy nie ma racji.
Ale w sumie tak wyglądam ; blada cera, podkrążone oczy, brudne, wymięte ubrania, potargane spodnie, rozlatujące się trampki i włosy odstające w każdą stronę.
Przeszłam się koło ciemnych, bocznych uliczek. 'Alice idź stąd' usłyszałam w głowie, ale szybko ten odgłos został stłumiony przez wycie syreny policyjnej.
Serce zaczęło mi szybciej bić...
Ręce się trzęsły...
Przejechali.
Co za ulga...
Tam na końcu ślepej uliczki stał przygarbiony i wystraszony chłopak. Chował coś szybko do kieszeni płaszcza, jakby bał się, że go nakryję. Byłam już na tyle blisko, żeby zobaczyć całą jego twarz - Blady szatyn z szarymi oczami. Podbiegłam do niego, ale wystraszył się i wszedł do jakiegoś mieszkania.
-Nie, zaczekaj! - uderzyłam pięścią o drzwi. -Wróć! Proszę! -osunęłam się po ścianie. -Wróć...
-Czego chcesz? - usłyszałam jego głos zza drzwi.
-Kupić. - otworzyły się niepewnie.
-Konkretniej? - stał przede mną, szukając w kieszeniach towaru.
-Masz Charliego? - popatrzył na mnie z góry.
-Mam. Ile? - wyciągnął woreczek z białym proszkiem.
-6 działek. - rzuciłam bez zastanowienia.
-Dziewczyno, chcesz się zabić? - złapał mnie za rękę, która wciąż drżała.
-Może... - odwróciłam wzrok. -Ile płacę?
-300$
-Nie możesz mniej? Mam tylko... - przegrzebałam kieszenie i portfel. -Niecałe 200.
-No to weź 4 działki, i zapłacisz 190$.
-Dobra, masz. - podałam mu pieniądze, a on mi Charliego. -Dzięki.
Zniknęłam za rogiem.
Błogość.
Nieświadomość.
Brak bólu.
-Tęskniłam za Tobą... - powiedziałam sama do siebie, kierując się do centrum Hope.
Te neony były jeszcze bardziej rażące i kolorowe niż zwykle, ludzie milsi niż kiedykolwiek, a życie stało się takie piękne...
Sklep z bronią? Weszłam, kupiłam pistolet i wyszłam. Godzina? Ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą.
Ale było po 21. Ruszyłam przed siebie na kokainowym haju do tira, bo przecież pan Chou mi drzwi zamknie i nie wejdę... Co ja bredzę?
Po cichu weszłam do ciężarówki, potykając się o kowbojki Duffa. Ich właściciel leżał na łóżku, spał.
Michi nie było, albo tak mi się wydawało. Hej, miałam przecież pistolet w ręce. A co jakby to wszystko zakończyć?
Nie chodzi mi o samobójstwo, przecież moje życie jest teraz takie cudowne! A może tak zabić obiekt moich problemów? Wycelowałam broń w basistę, z błogim uśmiechem dotykając spustu.
To był koniec.
Po drugie - To NIE jest ostatni rozdział.
-Zostaw mnie... Proszę....- powiedziałam cicho przez łzy, starając się wyrwać z jego ramion.
-A niby czemu? Zapewniasz mi niezłą rozrywkę. - syknął, i przycisnął mnie mocniej do ściany. Jedyne co wtedy widziałam, to jego brudną bluzkę i flanelową koszulę. Wyrywałam się i starałam uciec, choć tylko uderzałam mokrymi kosmykami włosów o jego klatkę piersiową. -No chodź...- mruknął i rozpiął delikatnie moje spodnie.
-Nie! Zostaw mnie! - krzyknęłam, za co dostałam w twarz. Wydzierałam się o pomoc, łudząc się, że ktokolwiek mnie usłyszy; Nic z tego. Nikt nie przyszedł, nikt nie pomógł, nikt nie usłyszał. A może nie chciał usłyszeć?
Leżałam na zimnych kafelkach i nie mogłam się ruszyć - znowu strach, paraliżujący Twoje ciało. Znowu obrzydzenie do samej siebie. Ten zboczeniec dobierał się do dolnej części garderoby; czułam jego lodowatą rękę na podbrzuszu. Płakanie już nie pomoże; Nigdy nie pomagało... Leżałam jak lalka, patrzyłam się w jeden punkt. Nie wyrywałam się, nie rzucałam, nie krzyczałam, nie płakałam. Modliłam się, żeby już skończył. Niech w końcu się wyżyje i zostawi mnie w spokoju.
-Proszę... - szepnęłam, patrząc w sufit. -Błagam... - jęknęłam głośniej, bo przejechał szorstką dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, sprawiając że zadrgałam ze strachu. -Skończ już... -zawyłam, czując jak łza spływa po policzku. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, bo to i tak nic nie da. Obiecałam też sobie, że będę szczęśliwa. A jak jest, to można zobaczyć na załączonym obrazku.
Albo jestem na zaawansowanym poziomie choroby psychicznej, ale słyszałam kroki. Odwróciłam głowę w stronę drzwi; cisza.
Słychać jedynie przyspieszony oddech mężczyzny.
Znowu kroki.
Cisza.
Wiązanka przekleństw.
Cisza.
Czy mój mózg desperacko próbuje mnie pocieszyć, tworząc odgłos obcasów uderzających o posadzkę?
Kroki.
Słychać je coraz wyraźniej.
Pozbawiona dolnej części ubrania, błagalnie patrzyłam na drzwi, oczekując pomocy.
Jestem niemal pewna, że ktoś chodzi koło drzwi.
Cisza.
Desperacki krzyk.
Ciemność.
Ból.
Powieki mimowolnie zamykały się i otwierały, widziałam jedynie urywki, i to tego jak przez mgłę. Ktoś mnie szarpał, krzyczał, ale nie wiem na kogo. Kręciło mi się w głowie, wszystko było takie niewyraźne, rozmazane. Tępy ból obezwładnił moje ciało...
-Ej, mała. Popatrz na mnie. -ktoś poklepał mnie lekko po policzku, mimo to bolało, jakby ktoś przyłożył mi prawego sierpowego. -Ej...Słyszysz mnie? -nawet głos był niewyraźny, ale wnioskuję, że to kobieta.
-Michelle?! - krzyknęłam, wykorzystując resztki sił.
-Nie... Nie jestem żadną Michelle. - podniosła głos. -Jestem Carolina. A Ty jesteś...?
Pobita, zgwałcona, samotna, nieszczęśliwa, krwawiąca, zmieszana z błotem, znienawidzona....
-Alice - odpowiedziałam dopiero po chwili. - Możesz mi powiedzieć, jak się tutaj znalazłam? - rozejrzałam się dookoła; w takiej spelunie nigdy nie byliście. Kobiety pluły na blaty, żeby je 'wyczyścić', mężczyźni leżeli bezwładnie pod stołami, trzymając o życie butelki w dłoniach. Niektóre okna były poprzybijane deskami, jedno nie miało nawet szyby. Ciężki dym tanich papierosów unosił się w powietrzu i mieszał się z ostrym smrodem potu.
-Witamy w Little Rock! - Carolina podała mi butelkę wody i chwyciła mnie za ramię; Chyba znowu tracę przytomność.
A teraz gdzie jestem? Dobre pytanie. Ok, określam położenie - Za twarde na łóżko, za miękkie na trumnę. Hm. Powietrze chłodne i rześkie, czyli nie jestem w grobie. A szkoda.
Słyszę rozmowę, czyli jestem wśród ludzi.
Otworzyłam oczy. Rażące światło lekko mnie oślepiło, więc kilka razy przetarłam powieki.
Tir.
Czyli jednak piekło trwa.
Przewróciłam się na brzuch i próbowałam się podnieść, ale wszystko tak cholernie bolało... Przyłożyłam policzek do podłogi, tak przyjemnie zimnej. Kilka głębokich oddechów i druga próba wstawania.
-Proszę, pomóżcie mi... -wyszeptałam, opierając się czołem o podłogę. -Ja już nie mogę...
Ponownie kręci mi się w głowie. Ponownie robi mi się ciemno przed oczami. Ponownie tracę przytomność.
-Ali, popatrz na mnie... - usłyszałam z oddali dobrze znany mi, dziewczęcy głos. -Alice, słyszysz mnie?
Pokiwałam głową z wielkim trudem, i otworzyłam ciężkie powieki. To Michelle. Zmartwiona, pełna troski.
Wróciła. Wróciła? -Napij się wody. - podała mi butelkę, którą ledwo złapałam. Była taka ciężka... Posłusznie zrobiłam, co kazała, i czekałam aż wróci mój ostry wzrok. Uśmiechnęła się blado, co chyba oznaczało, że jest ze mną lepiej.
-Dziękuję Michi... -odwzajemniłam uśmiech, odgarniając kosmyki ciemnobrązowych włosów z twarzy. -Co się ze mną działo? Prawie nic nie pamiętam...
-Traciłaś przytomność. Najpierw w łazience, pan Chou po Ciebie poszedł. - Od kiedy gwałt nazywa się pójściem po kogoś, bo zemdlał? -Potem przyszły kobiety z tego moteliku w Little Rock. A teraz znowu zemdlałaś.
-Tylko ja potrafię stracić przytomność 4 razy dziennie. - rzuciłam pół żartem, pół serio. Poczułam jak ręce zaczynają mi drgać. -Masz coś do jedzenia?
-Zaraz Ci coś przyniosę, poczekaj... - wstała i otworzyła szafkę. -Ciastka owsiane?
-Cokolwiek. - okryłam się leżącym obok kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno. Dziewczyna podała mi opakowanie i gapiła się jak jem. -Chcesz? - podałam jej pudełko.
-Nie, dziękuję. - wzięła gazetę do ręki i zaczęła ją wertować.
-Mogę Ci coś wytłumaczyć? - spojrzała na mnie spod kartek tygodnika dla kierowców.
-Ale o co Ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
-No bo, wtedy kiedy rzekomo spałam sobie w motelu, to ja...
-O, Mdlejąca Księżna się obudziła! - zawołał stojący w drzwiach Duff. No tylko jego mi teraz brakowało!
-Daj spokój, chciałam porozmawiać z Michelle. - popatrzył na mnie zdumiony. -Czyli idź stąd! - machnęłam ręką.
-Pan Chou chciał też gadać z Chelle, więc to ona idzie. - uśmiechnął się wrednie.
-No to sobie będzie musiał poczekać, mam jej coś ważniejszego do powiedzenia.
-Szczerze wątpię. Kto chciałby Cię słuchać? - wzruszył ramionami, chwycił blondynkę za ramiona i wyprowadził z części mieszkalnej -Znowu chcesz ją okłamać?
-Nie chcę jej okłamać, nigdy tego nie zrobiłam. - syknęłam na niego.
-Bardzo ciekawe...- wziął jabłko do ręki i rzucał nim w powietrzu.
-Jesteś chujem. - popatrzyłam mu prosto w oczy, po czym porwałam drugi koc.
-A Ty pizdą. - kolejny wredny uśmiech.
-Wyjdź. - zaczęłam się trząść. Zimny pot oblał moje ciało, a czoło było cholernie gorące.
-Nie. - usiadł naprzeciwko mnie, gryząc owoc.
Co mi się dzieje? Czyżby złapała mnie jakaś przeklęta grypa? Raczej nie, nie zaziębiłam się chyba.
Jakieś skutki uboczne po Sylwestrze? Też nie, w końcu jedziemy już 3 albo 4 dzień, to trochę późno na oznaki kaca. Kurwa. Wiem co mi jest.
-O, czyżby Alice była na głodzie? - powiedział ze sztuczną troską basista. -Ojejku, jejku. Biedactwo. - wygiął usta w kształt podkowy i przejechał palcem po swoim policzku.
-Nie, nie jestem. - zacisnęłam dłonie w pięści, żeby opanować ich drganie. -Nie jestem ćpunką...
-Owszem, jesteś. Tylko ćpunom tak się dzieje, kiedy dawno nie brali.
-Nie jestem ćpunką... Nie jestem...
-Jesteś, jesteś. Każdy ćpun tak mówi.
-A Ty jesteś pierdolonym alkoholikiem i nikt Ci tego nie wypomina! - wydarłam się na niego. Miałam serdecznie dość jego, tej całej podróży i życia. Czy ja jestem komukolwiek potrzebna?
-No bo zajebistym trzeba się urodzić.
-Zamknij się już... -warknęłam i położyłam się na boku, nierówno oddychając. A może faktycznie byłam na głodzie? Możliwe. W Sylwestra wzięłam dużo, nawet za dużo. Przez święta też trochę tego było. Jasna cholera. Jestem narkomanką? Znowu wróciło? Nie, nie... Tak nie może być. Nie zniszczę tym sobie życia.
Nie drugi raz. NIE.
Nastał wieczór, wjechaliśmy do Hope. Fajna nazwa miasta, nie? Szczególnie dla kogoś, kto stracił całą nadzieję.
-Jesteśmy niedaleko Dallas. Jutro będziemy musieli się rozstać. - powiedział kierowca, kiedy wysiadaliśmy z ciężarówki.
-Jaka szkoda. -rzuciłam z nutką ironii. -To gdzie się spotykamy i o której?
-Spotkamy się tutaj, na parkingu. - pokazał palcem na kawałek betonu, cokolwiek to miało znaczyć.- Czy ja wiem...? Jest 17. Więc o 22 zamykam drzwi do tira i do niego nie wejdziecie przez całą noc. - kaleczył lekko Wietnamczyk.
Duff i Michelle poszli się przejść po pobliskim parku, a ja, że zostałam sama, poszłam coś zjeść. Jak najdalej od Chou. Po drodze natknęłam się na bary szybkiej obsługi, wytworne restauracje i knajpy z Azjatyckim żarciem. Dzięki wycieczce krajoznawczej przed całe Stany nabrałam wstrętu do wszystkiego, co związane z Azją. No chyba że pandy. One za przezajebiste!
Znalazłam się w tej mniej ciekawej części Hope; powybijane okna w zniszczonych kamienicach, prostytutki, patrol policyjny. Zdrowy rozsądek kazałby mi spierdzielać stamtąd bardzo, bardzo daleko, ale zdrowy rozsądek był chory.
A może Duff miał rację, że jestem ćpunką?
Zaraz.
On nigdy nie ma racji.
Ale w sumie tak wyglądam ; blada cera, podkrążone oczy, brudne, wymięte ubrania, potargane spodnie, rozlatujące się trampki i włosy odstające w każdą stronę.
Przeszłam się koło ciemnych, bocznych uliczek. 'Alice idź stąd' usłyszałam w głowie, ale szybko ten odgłos został stłumiony przez wycie syreny policyjnej.
Serce zaczęło mi szybciej bić...
Ręce się trzęsły...
Przejechali.
Co za ulga...
Tam na końcu ślepej uliczki stał przygarbiony i wystraszony chłopak. Chował coś szybko do kieszeni płaszcza, jakby bał się, że go nakryję. Byłam już na tyle blisko, żeby zobaczyć całą jego twarz - Blady szatyn z szarymi oczami. Podbiegłam do niego, ale wystraszył się i wszedł do jakiegoś mieszkania.
-Nie, zaczekaj! - uderzyłam pięścią o drzwi. -Wróć! Proszę! -osunęłam się po ścianie. -Wróć...
-Czego chcesz? - usłyszałam jego głos zza drzwi.
-Kupić. - otworzyły się niepewnie.
-Konkretniej? - stał przede mną, szukając w kieszeniach towaru.
-Masz Charliego? - popatrzył na mnie z góry.
-Mam. Ile? - wyciągnął woreczek z białym proszkiem.
-6 działek. - rzuciłam bez zastanowienia.
-Dziewczyno, chcesz się zabić? - złapał mnie za rękę, która wciąż drżała.
-Może... - odwróciłam wzrok. -Ile płacę?
-300$
-Nie możesz mniej? Mam tylko... - przegrzebałam kieszenie i portfel. -Niecałe 200.
-No to weź 4 działki, i zapłacisz 190$.
-Dobra, masz. - podałam mu pieniądze, a on mi Charliego. -Dzięki.
Zniknęłam za rogiem.
Błogość.
Nieświadomość.
Brak bólu.
-Tęskniłam za Tobą... - powiedziałam sama do siebie, kierując się do centrum Hope.
Te neony były jeszcze bardziej rażące i kolorowe niż zwykle, ludzie milsi niż kiedykolwiek, a życie stało się takie piękne...
Sklep z bronią? Weszłam, kupiłam pistolet i wyszłam. Godzina? Ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą.
Ale było po 21. Ruszyłam przed siebie na kokainowym haju do tira, bo przecież pan Chou mi drzwi zamknie i nie wejdę... Co ja bredzę?
Po cichu weszłam do ciężarówki, potykając się o kowbojki Duffa. Ich właściciel leżał na łóżku, spał.
Michi nie było, albo tak mi się wydawało. Hej, miałam przecież pistolet w ręce. A co jakby to wszystko zakończyć?
Nie chodzi mi o samobójstwo, przecież moje życie jest teraz takie cudowne! A może tak zabić obiekt moich problemów? Wycelowałam broń w basistę, z błogim uśmiechem dotykając spustu.
To był koniec.
23 stycznia 2013
19. When your fears subside...
Hej wszystkim ;)
Nie, nie mam jeszcze klawiatury, a ten rozdział pisałam na laptopie taty. Mam go rzadko, głównie wtedy, kiedy chcę pogadać na skype. Nowa klawiatura powinna być za niedługo, mam taką nadzieję...
Krótki, bo krótki. Wybaczcie.
Ustawiła mi się jakaś dziwna czcionka, ale nie mam pojęcia jak to naprawić.
A właśnie, jeszcze jedno - DZIĘKUJĘ. Za wszystko - za pozytywne komentarze, tą ilość wyświetleń, udostępnianie, czytanie... Wszystko ;*
Koniec zbędnego gadania, czas na rozdział ;)
Świetnie. Duff okłamał Michelle, i teraz jest na mnie wściekła. Cudownie.
Sięgnęłam pod ‘łóżko’ i przypadkowo wyciągnęłam spod niego zegarek, który wskazywał dokładnie południe.
Rozejrzałam się po części mieszkalnej tira; w kącie leżała koszulka, na ziemi było pełno papierków, opakowań po chrupkach, kilka butelek wody i gazety. A jakiego typu były te gazety, to się chyba domyślacie
Chwyciłam opakowanie ciastek leżące na krześle obok, szybko otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść moje wykwintne śniadanie. W połowie paczki owsianych ciasteczek z czekoladą poczęstowałam Chelle. Znaczy chciałam, ale ona tylko zmierzyła mnie, i poszła do Duffa.
-People are strange, when you’re a stranger. Faces look ugly when you’re alone… - nuciłam pod nosem, kończąc jedzenie. Postanowiłam nie wychodzić z łóżko-stołu do końca dnia. Ba, do końca tej durnej podróży, ale tir gwałtownie się zatrzymał i spadłam na ziemię.
-đi!Nhanh chóng ăn! tôi đi! – krzyknął Wietnamczyk, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
-Mamy wyjść, coś zjeść a potem szybko wrócić. – warknął na mnie Duff, kiedy podnosiłam się powoli. Ból w żebrach i każdym mięśniu uniemożliwiał jakikolwiek ruch. – Co Ci się dzieje? – zmierzył mnie basista.
-Co mi się dzieje? – gdybym miała przy sobie maczetę, chętnie bym go zabiła.
-W sumie, i tak będziesz kłamać. Co mnie to obchodzi. – wzruszył ramionami i wyszedł z Michi.
-Cholera…- zaklęłam cicho pod nosem, trzymając się za szyję, na której widniały ślady po duszeniu. Mimo cholernego bólu wstałam i podeszłam do lustra. Teraz widzę, że mam nawet rozciętą wargę. Porwałam szybko skradzioną, żółtą bluzę, która po zapięciu zakrywała czerwone ślady na szyi i nadgarstkach. Niechętnie wyszłam z tira, głośno zamykając drzwi.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. Przed sobą mam tylko stację benzynową, przydrożną restaurację i… motel. Do końca życia będę miała wstręt do tego typu miejsc i nie mam zamiaru tam znowu wchodzić. Nigdy więcej.
Weszłam do restauracji, baru czy czegokolwiek w tym stylu, rozglądałam się za ‘towarzyszami podróży’ ; Siedzieli przy trzyosobowym stoliku, śmiejąc się i jedząc. Czyli dali mi jasno do zrozumienia, że nie mogę z nimi usiąść. Przegrzebałam kieszenie, w których znalazłam 20 dolców, usiadłam w pobliżu ich stolika, pilnując, żeby nie wyszli, zostawiając mnie samą na jakimś zadupiu.
-Co mogę podać? – dziewczyna koło trzydziestki uśmiechnęła się do mnie. W ręku trzymała niewielki notesik i długopis, a ubrana była w kiczowatą sukienkę i fartuszek. Widzę że kiczowaty syf to tutaj norma, jeśli chodzi o ubrania. Przewertowałam menu, kątem oka patrząc na Pana Chou, Michelle i Duffa.
-Em… Jajka sadzone na bekonie i sok pomarańczowy. – odwzajemniłam uśmiech i rozpięłam delikatnie bluzę, bo było mi strasznie gorąco. Po chwili kobieta przyniosła mi jedzenie, i już miała iść do innego stolika, kiedy usiadła przy mnie.
-Kto Ci to zrobił? – zapytała, pokazując na moją szyję.
-Co? Nic tu nie mam przecież… - przerzuciłam włosy na drugą stronę i zapięłam bluzę. Chyba nie potrafię kłamać ,bo wciąż przy mnie siedziała. –Przepraszam, ale… To nie jest pani sprawa. Powinna pani wracać do stolika numer siedemnaście, jakiś bachor wylał tam herbatę. – rzuciłam, i zaczęłam jeść. Dziewczyna wstała, i popatrzyła na mnie z politowaniem. –Whatever… - szepnęłam sama do siebie, krojąc kawałek bekonu.
W połowie posiłku zauważyłam, że Duff woła kelnerkę, płacą jej i wychodzą. Porwałam kawałek bułki i pobiegłam do drzwi, bo byli już blisko ciężarówki.
-Ej! Nie zapłaciłaś! Wracaj! - krzyknęła za mną jakaś kobieta, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Emma, zostaw ją. To na koszt firmy. - powiedziała kelnerka, która mnie obsługiwała. Podziękowałam jej uśmiechem i cichym 'dziękuję'.
Przypadkowo wpadłam na Michelle, kiedy biegłam do tira. Upadłam na ziemię i lekko rozcięłam dłoń. Brawo debilu.
-Przepraszam Michi, ja nie chciałam... - znowu ten ból, który Cię paraliżuje. Nie mogę się ruszyć...
-No dobrze nic się nie stało... Ej, co Ci jest, Ali...- zapytała dziewczyna.
-Chelle! Wsiadaj już, kupiłem Ci gazetę. - Duff złapał dziewczynę za ramiona i odwrócił ode mnie. Spojrzała jeszcze raz na mnie przez ramię, po czym wsiadła do tira. -Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytał szyderczo McKagan. -Podobno tu dziwek szukają do miejscowego burdelu. - uśmiechnął się wrednie.
Podniosłam się resztkami sił, i gapiłam się w jego twarz. Szybka matematyka ; jeśli on ma 190 cm wzrostu, a ja 178 to znaczy że...
-A ja słyszałam, że szukają jakiegoś geja do tańca na rurze. Nadasz się idealnie. - zniżył głowę do poziomu mojej twarzy, doskonałe położenie na prawego sierpowego...
-Zabawna jesteś. - gapił mi się na dekolt, a nic mnie bardziej nie wkurza, niż to. -Ale wiesz jeśli...- zamachnęłam się i dostał w twarz.
-Zamknij się już. - syknęłam i wyminęłam go. Wsiadłam do ciężarówki, i weszłam do części z łóżko-stołem.
Żyrafa chyba weszła do pojazdu, bo ruszyliśmy.
Cała podróż mijała tak samo ; siedziałam na łóżko-stole, oni świetnie bawili się rozmawiając z Wietnamczykiem, potem przerwa na obiadokolację, prysznic w przydrożnym motelu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wejdę, ale kiedy nie kąpałaś się trzy dni, to nie masz wyjścia.
Weszłam do motelowej łazienki po Michelle, zamknęłam drzwi na klucz, przyłożyłam je krzesłem dla bezpieczeństwa (nie wiem, skąd w łazience wzięło się krzesło, ale ok).
Stałam przez lustrem i zwyczajnie się gapiłam. Bałam się rozebrać, serio. Powoli zdjęłam bluzkę, potem spodnie. Kiedy usłyszałam, jak ktoś chodził po korytarzu, przestraszona, owinęłam się ręcznikiem.
Cisza.
Niepewnie weszłam pod prysznic i ustawiłam ciepłą wodę. Myłam się tak szybko, że chyba do końca nie spłukałam z siebie mydła.
-Halo? Jesteś tam? - usłyszałam bardzo dobrze znany mi, męski głos. -Otwórz... - Chou pukał do drzwi coraz głośniej. - Powiedziałem, żebyś otworzyła! - krzyknął i uderzył pięścią w drzwi. W momencie byłam ubrana, otworzyłam drzwi i próbowałam wybiec, jednak mi nie poszło. -Już uciekasz? Nie zostaniesz? - złapał mnie w talii i znów wbijał palce w żebra.
-Nie, nie... Ja... - syknęłam z bólu. -Proszę, nie...
Nie, nie mam jeszcze klawiatury, a ten rozdział pisałam na laptopie taty. Mam go rzadko, głównie wtedy, kiedy chcę pogadać na skype. Nowa klawiatura powinna być za niedługo, mam taką nadzieję...
Krótki, bo krótki. Wybaczcie.
Ustawiła mi się jakaś dziwna czcionka, ale nie mam pojęcia jak to naprawić.
A właśnie, jeszcze jedno - DZIĘKUJĘ. Za wszystko - za pozytywne komentarze, tą ilość wyświetleń, udostępnianie, czytanie... Wszystko ;*
Koniec zbędnego gadania, czas na rozdział ;)
Świetnie. Duff okłamał Michelle, i teraz jest na mnie wściekła. Cudownie.
Sięgnęłam pod ‘łóżko’ i przypadkowo wyciągnęłam spod niego zegarek, który wskazywał dokładnie południe.
Rozejrzałam się po części mieszkalnej tira; w kącie leżała koszulka, na ziemi było pełno papierków, opakowań po chrupkach, kilka butelek wody i gazety. A jakiego typu były te gazety, to się chyba domyślacie
Chwyciłam opakowanie ciastek leżące na krześle obok, szybko otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść moje wykwintne śniadanie. W połowie paczki owsianych ciasteczek z czekoladą poczęstowałam Chelle. Znaczy chciałam, ale ona tylko zmierzyła mnie, i poszła do Duffa.
-People are strange, when you’re a stranger. Faces look ugly when you’re alone… - nuciłam pod nosem, kończąc jedzenie. Postanowiłam nie wychodzić z łóżko-stołu do końca dnia. Ba, do końca tej durnej podróży, ale tir gwałtownie się zatrzymał i spadłam na ziemię.
-đi!Nhanh chóng ăn! tôi đi! – krzyknął Wietnamczyk, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
-Mamy wyjść, coś zjeść a potem szybko wrócić. – warknął na mnie Duff, kiedy podnosiłam się powoli. Ból w żebrach i każdym mięśniu uniemożliwiał jakikolwiek ruch. – Co Ci się dzieje? – zmierzył mnie basista.
-Co mi się dzieje? – gdybym miała przy sobie maczetę, chętnie bym go zabiła.
-W sumie, i tak będziesz kłamać. Co mnie to obchodzi. – wzruszył ramionami i wyszedł z Michi.
-Cholera…- zaklęłam cicho pod nosem, trzymając się za szyję, na której widniały ślady po duszeniu. Mimo cholernego bólu wstałam i podeszłam do lustra. Teraz widzę, że mam nawet rozciętą wargę. Porwałam szybko skradzioną, żółtą bluzę, która po zapięciu zakrywała czerwone ślady na szyi i nadgarstkach. Niechętnie wyszłam z tira, głośno zamykając drzwi.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. Przed sobą mam tylko stację benzynową, przydrożną restaurację i… motel. Do końca życia będę miała wstręt do tego typu miejsc i nie mam zamiaru tam znowu wchodzić. Nigdy więcej.
Weszłam do restauracji, baru czy czegokolwiek w tym stylu, rozglądałam się za ‘towarzyszami podróży’ ; Siedzieli przy trzyosobowym stoliku, śmiejąc się i jedząc. Czyli dali mi jasno do zrozumienia, że nie mogę z nimi usiąść. Przegrzebałam kieszenie, w których znalazłam 20 dolców, usiadłam w pobliżu ich stolika, pilnując, żeby nie wyszli, zostawiając mnie samą na jakimś zadupiu.
-Co mogę podać? – dziewczyna koło trzydziestki uśmiechnęła się do mnie. W ręku trzymała niewielki notesik i długopis, a ubrana była w kiczowatą sukienkę i fartuszek. Widzę że kiczowaty syf to tutaj norma, jeśli chodzi o ubrania. Przewertowałam menu, kątem oka patrząc na Pana Chou, Michelle i Duffa.
-Em… Jajka sadzone na bekonie i sok pomarańczowy. – odwzajemniłam uśmiech i rozpięłam delikatnie bluzę, bo było mi strasznie gorąco. Po chwili kobieta przyniosła mi jedzenie, i już miała iść do innego stolika, kiedy usiadła przy mnie.
-Kto Ci to zrobił? – zapytała, pokazując na moją szyję.
-Co? Nic tu nie mam przecież… - przerzuciłam włosy na drugą stronę i zapięłam bluzę. Chyba nie potrafię kłamać ,bo wciąż przy mnie siedziała. –Przepraszam, ale… To nie jest pani sprawa. Powinna pani wracać do stolika numer siedemnaście, jakiś bachor wylał tam herbatę. – rzuciłam, i zaczęłam jeść. Dziewczyna wstała, i popatrzyła na mnie z politowaniem. –Whatever… - szepnęłam sama do siebie, krojąc kawałek bekonu.
W połowie posiłku zauważyłam, że Duff woła kelnerkę, płacą jej i wychodzą. Porwałam kawałek bułki i pobiegłam do drzwi, bo byli już blisko ciężarówki.
-Ej! Nie zapłaciłaś! Wracaj! - krzyknęła za mną jakaś kobieta, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Emma, zostaw ją. To na koszt firmy. - powiedziała kelnerka, która mnie obsługiwała. Podziękowałam jej uśmiechem i cichym 'dziękuję'.
Przypadkowo wpadłam na Michelle, kiedy biegłam do tira. Upadłam na ziemię i lekko rozcięłam dłoń. Brawo debilu.
-Przepraszam Michi, ja nie chciałam... - znowu ten ból, który Cię paraliżuje. Nie mogę się ruszyć...
-No dobrze nic się nie stało... Ej, co Ci jest, Ali...- zapytała dziewczyna.
-Chelle! Wsiadaj już, kupiłem Ci gazetę. - Duff złapał dziewczynę za ramiona i odwrócił ode mnie. Spojrzała jeszcze raz na mnie przez ramię, po czym wsiadła do tira. -Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytał szyderczo McKagan. -Podobno tu dziwek szukają do miejscowego burdelu. - uśmiechnął się wrednie.
Podniosłam się resztkami sił, i gapiłam się w jego twarz. Szybka matematyka ; jeśli on ma 190 cm wzrostu, a ja 178 to znaczy że...
-A ja słyszałam, że szukają jakiegoś geja do tańca na rurze. Nadasz się idealnie. - zniżył głowę do poziomu mojej twarzy, doskonałe położenie na prawego sierpowego...
-Zabawna jesteś. - gapił mi się na dekolt, a nic mnie bardziej nie wkurza, niż to. -Ale wiesz jeśli...- zamachnęłam się i dostał w twarz.
-Zamknij się już. - syknęłam i wyminęłam go. Wsiadłam do ciężarówki, i weszłam do części z łóżko-stołem.
Żyrafa chyba weszła do pojazdu, bo ruszyliśmy.
Cała podróż mijała tak samo ; siedziałam na łóżko-stole, oni świetnie bawili się rozmawiając z Wietnamczykiem, potem przerwa na obiadokolację, prysznic w przydrożnym motelu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wejdę, ale kiedy nie kąpałaś się trzy dni, to nie masz wyjścia.
Weszłam do motelowej łazienki po Michelle, zamknęłam drzwi na klucz, przyłożyłam je krzesłem dla bezpieczeństwa (nie wiem, skąd w łazience wzięło się krzesło, ale ok).
Stałam przez lustrem i zwyczajnie się gapiłam. Bałam się rozebrać, serio. Powoli zdjęłam bluzkę, potem spodnie. Kiedy usłyszałam, jak ktoś chodził po korytarzu, przestraszona, owinęłam się ręcznikiem.
Cisza.
Niepewnie weszłam pod prysznic i ustawiłam ciepłą wodę. Myłam się tak szybko, że chyba do końca nie spłukałam z siebie mydła.
-Halo? Jesteś tam? - usłyszałam bardzo dobrze znany mi, męski głos. -Otwórz... - Chou pukał do drzwi coraz głośniej. - Powiedziałem, żebyś otworzyła! - krzyknął i uderzył pięścią w drzwi. W momencie byłam ubrana, otworzyłam drzwi i próbowałam wybiec, jednak mi nie poszło. -Już uciekasz? Nie zostaniesz? - złapał mnie w talii i znów wbijał palce w żebra.
-Nie, nie... Ja... - syknęłam z bólu. -Proszę, nie...
19 stycznia 2013
Informacja.
Nie, nie zawieszam.
Jest mały kłopot - mianowicie moja klawiatura odmówiła posługi.
Nie mam pojęcia, kiedy będę miała nową; może jutro, może za tydzień. Nie wiem.
Teraz piszę na klawiaturze ekranowej, i uwierzcie, że pisanie na niej na gg to katorga, a co dopiero pisanie długiego rozdziału. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Dziękuję za ponad 3300 wyświetleń, jesteście cudowni! Do przeczytania (;
~RocketQueen
Jest mały kłopot - mianowicie moja klawiatura odmówiła posługi.
Nie mam pojęcia, kiedy będę miała nową; może jutro, może za tydzień. Nie wiem.
Teraz piszę na klawiaturze ekranowej, i uwierzcie, że pisanie na niej na gg to katorga, a co dopiero pisanie długiego rozdziału. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Dziękuję za ponad 3300 wyświetleń, jesteście cudowni! Do przeczytania (;
~RocketQueen
Subskrybuj:
Posty (Atom)