11 czerwca 2013

30. We are all addicted of pain...

Przykro mi, że już tak małej ilości osób zależy na tym blogu. Dawniej było więcej komentarzy, nawet ponad 20. Teraz ledwie 12. Aż tak jest źle? Aż tak Was to dobija, że nie macie ochoty napisać komentarza? Proszę, wysilcie się chociaż i napiszcie 'fajne', albo 'niefajne'. A może chcecie zasadę komentarz, za komentarz? Dobra, nie ma sprawy. Tylko mi napiszcie.
Szczerze? Znudziło mi się to opowiadanie. Niebawem startuję z czymś zupełnie nowym. Gn'R, Motley Crue, Cinderella, Skid Row i Aerosmith. Co myślicie? Komentarz nie boli, serio.
A rozdział króciutki.
Bo tak.

*                                                            *                                                          *

I znowu wszystko mnie boli.
Za chwilę odpadną mi nadgarstki i kostki, nie mówiąc o głowie i gardle.
Co się stało do cholery?

          Rozglądnęłam się dookoła ; wszystko jak gdyby nigdy nic, pokój na swoim miejscu, bałagan. Tylko jedna rzecz mi nie pasowała - Dlaczego byłam związana? Czułam, że na to pytanie również nie usłyszę odpowiedzi.
Moje nadgarstki były przywiązane jakąś liną i ubraniami do ramy łóżka, tak samo jak kostki. Każdy ruch powodował większy ból. Siła tarcia między skórą, a linkami była nieubłagana. Dłonie były praktycznie fioletowe - ktokolwiek mnie przywiązał, chyba nie zna podstawowych zasad budowy układu krążenia ; Jeśli uciśniesz tętnicę za mocno, krew nie dopływa do kończyny. Logiczne, prawda?
Rzucałam się i wiłam, byle tylko wydostać się z łóżka. Wszystkie moje próby poszły się przejść na spacer po ciemnym lesie. Krzyczałam, żeby ktoś mnie wypuścił, ale nikt nie słyszał. Albo nikt nie chciał usłyszeć.

-Czy możecie mnie w końcu odwiązać? - wrzasnęłam i szarpnęłam mocno ręką. -Halo?! Ktoś jest w tym domu? - łzy bezsilności spłynęły po policzkach, a ja wbijałam sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni. Robię tak zawsze, kiedy się boję i nic nie mogę zrobić, poza okaleczaniem się. Drzwi otworzyły się z hukiem, a w nich stał nie kto inny jak Duff.
-Wypuścisz mnie, czy będziesz się tak gapił? - podszedł do mnie chwiejnym krokiem, śmiejąc się cicho pod nosem.
-P-pewnie. - zasłonił usta dłonią. -Pardąsik, czy jak to tam mówią w Austrii. - nie dość że pijany, to jeszcze myli Francję i Austrię. Widać, że rodzice go na końcu robili. Odwiązał powolutku moje ręce i nogi, śmiejąc się jak małe dziecko z nowej zabawki.
-No w końcu... - usiadłam i rozmasowałam delikatnie moje czerwone i opuchnięte nadgarstki, kiedy chłopak rzucił się na łóżko, i przygniótł mnie całym swoim ciałem. Warga zaczęła się trząść, a z ust wyrwał mi się pisk strachu i obrzydzenia.
-Myślisz, że zrobiłem to za darmo? - przygryzł płatek mojego ucha, co doprowadziło mnie do drżenia. Tak bardzo się go bałam... -Nigdy nie robię niczego, z czego nie będę miał korzyści... - rozpinał powoli moje spodenki, a ja rzucałam się i wiłam coraz bardziej.
Jechał po wewnętrznej stronie mojego uda wyżej i wyżej, a to coś między jego nogami czułam na podbrzuszu. Z mojego doświadczenia wiem, że krzyki w takiej sytuacji rzadko kiedy pomagają, ale warto próbować. Kiedy Duff jeździł ręką pod moją bielizną, w głowie kręciło mi się znowu tak samo, jak podczas podróży powrotnej do Los Angeles. Nic do mnie nie docierało - krzyk, światło, dotyk...

Znów udajesz lalkę, zabawkę, którą za chwilę się odłoży na miejsce. Nie reagowałam na nic, wszystko mi było jedno. Widocznie tak ma być. Widocznie to ja mam odkupić winy innych, to ja mam cierpieć. Może jestem takim Jezusem model 1987?

Każde cierpienie ma sens, nie każdy go poznaje.

2 czerwca 2013

29. Beginning of the end, part II...

Halo, halo, dzień dobry. Wróciłam.
Miesięczna przerwa od pisania była czymś strasznym. Dosłownie. Ale jestem, mam trochę pomysłów i nieco więcej wolnego czasu. Czy ktoś się cieszy? Mam nadzieję.
A więc dołowanie czytelników przez RocketQueen uważam za rozpoczęte. Miłej lektury.



Wchodząc do mieszkania... Zaraz, zaraz. Czy sposób, w jaki się poruszałam, można nazwać chodzeniem? A może raczej człapaniem? Albo coś po środku szurania nogami o ziemię, i bolesnym, przykurczonym krokiem? Tak... Coś w tym stylu.
    Cisza. Ten obcy dźwięk królował w całym mieszkaniu, porażając umysły nas wszystkich. Słychać było jedynie przyspieszone bicie mojego serca, i nasze wspólne, przerażone oddechy.

     Siedział przy stoliku w ciszy, opróżniając już kolejną butelkę wódki. Która to już była? Trzecia, może czwarta? Dla tego chłopaka nic się nie liczy, tylko ona. Butelka ruskiej wódy za niecałe 12$ w monopolowym na rogu. Żyj szybko, umieraj młodo.
     Siedziała przy nim chuda, wystraszona, wyprostowana dziewczyna. Z twarzą kamienną i nic nie wyrażającą. Chyba że nieumiejętne ogarnięcie całego tego syfu. Czarne włosy opadały na jej bladą twarz, nieprzyjemnie z nią kontrastując. Kiedy bardzo się boi, na jej lewej skroni uwydatnia się błękitna, malutka żyła. Teraz była ogromna.
    Obok czarnowłosej, siedział Hudson. Trzęsące się ręce, które przed chwilą trzymały marną podróbę Les Paula i kostkę do gitary, zaplątane były w burzy loków. Trzęsła mu się warga. Bał się.
    Obok niego, stał wychudzony, zmarnowany Stradlin. Odpalał właśnie papierosa, gdy ten spadł mu na ziemię. Przeklął cicho pod nosem, podnosząc go z delikatnością i uczuciem. Co jak co, ale zwykłą prostytutkę traktował gorzej, niż tego szluga.
    Obok mnie stał on. Trzymał kurtkę w ręce, ściskając ją tym mocniej, im dłużej trwało milczenie. Patrzył martwo w szybę, gdzie ogromne krople deszczu dzieliły się na mniejsze, i mniejsze, aż w końcu łączyły się w jeden strumyk, który powoli spływał w dół.
        Budzącą trwogę ciszę przerwał Axl, który mocno rzucił o ziemię kurtkę. Z jej kieszeni wypadły klucze i trochę miedziaków, które odbijając się od podłogi powodowały głuche echo. Przerażające, mrożące krew w żyłach echo. Każdy wzdrygnął się lekko, patrząc w stronę, skąd dochodził hałas. Cera Axla przybrała żywo czerwony kolor, a jego charakterystyczna żyła uwydatniła się na szyi. Gdyby tylko mógł, to otworzył by sobie czaszkę, z której buchnąłby wielki obłok dymu. Był wściekły.
       Weszłam cicho do kuchni, jeżdżąc po blatach opuszkami palców. Kiedy moja dłoń natknęła się na srebrne ostrze, chwyciłam je pewnie. Powolutku, praktycznie niezauważona weszłam do salonu. Na kanapie siedział w ciszy Duff, bawiąc się nerwowo kosmykami włosów. Na mojej twarzy pojawił się błogi uśmiech, podobnie jak w Hope.
-To przez Ciebie... - wyciągnęłam ostrze przed siebie i dotknęłam chłopaka lekko w szyje zakończeniem noża. -To Ty zniszczyłeś mi życie... Nienawidzę Cię. - Jak obudzeni z transu, wszyscy rzucili się w moją stronę, byle tylko wyrwać mi nóż z ręki. -Pierdolony egoisto! Nienawidzę Cię! - Duff runął na ziemię, a centymetry od jego głowy spadł nóż.
-Alice! Boże Drogi, co Ty wyprawiasz?! - Pat złapała mnie za ręce, patrząc mi w oczy.
-Odsuń się. - zdziwiona,świdrowała mnie wzrokiem.
-Ale...
-Odsuń się! - warknęłam i popchnęłam ją. Upadła na ziemię, i wciąż na niej siedząc wymieniała spojrzenia z Axlem. Była przerażona, cała się trzęsła.
Z podłogi powoli wstawał McKagan. Ciężko to było nazwać wstawaniem, a raczej chwiejnym podnoszeniem zwłok. Zmierzył mnie pijacko i podszedł do mnie, z zaciśniętą pięścią w powietrzu.
-Ty... Może zrobisz sobie coś n-na... - pokręcił palcem obok swojej skroni, patrząc na mnie z góry. Gdyby nie to, że Izzy i Axl mnie złapali, prawdopodobnie okładałbym Żyrafę pięściami. A przynajmniej bym chciała.
-Nienawidzę Cię... - oddychałam ciężko, a każda wypowiedziana obelga pod adresem Duffa przynosiła mi ulgę na duszy. -Mam nadzieję, że zginiesz... Okrutną śmiercią... - zaśmiał się cicho pod nosem. -Zabiję Cię...
-Z-zabawna jesteś. - zabawna, to była ta jego obrzydliwa, pijacka czkawka.
      

Wrzeszczałam. Zaczęłam krzyczeć, jakby ktoś obdzierał mnie ze skóry, jednocześnie płakałam, i... I czułam ulgę. W końcu to, co trzymałam w środku wyszło na zewnątrz. Cały ból wyparowywał ze mnie z każdym krzyknięciem, każdą łzą, każdym ich przerażonym spojrzeniem...

12 kwietnia 2013

28. Beginning of the end, part I...

Przepraszam, nie wiem co to ma być. Krótkie i... Dziwne.  Muszę chyba zrobić sobie małą przerwę...
Przepraszam Was, każdego czytelnika z osobna - Mam jakiś cholerny brak weny.
I znów tłumaczę się tym samym, i znów nie ma rozdziału na czas i znów nic to nie pomoże.
Przepraszam Was. Chciałam jak najlepiej, ale postawiłam sobie belkę za wysoko. Nie potrafię pisać o rzeczach radosnych. I to kolejna rzecz, za którą chcę Was przeprosić - Rzygacie tym smutkiem, tą melancholią, tym bólem. Ja też. Ale nie umiem inaczej.
Dziękuję Wam za komentarze, za te nominacje... Jesteście najlepsi na świecie. Dziękuję i przepraszam.


Jak byś się czuł, gdybyś widział jak całe Twoje dotychczasowe życie sypie się jak domek z kart?
Kiedy bliska Ci osoba wbiłaby Ci nóż w plecy, a potem wyjęłaby go i przebiłaby Twoje serce? Twoje połamane, zepsute serce? Jakbyś się czuł?
Jakbyś się czuł, gdyby ktoś bliski tak zwyczajnie się odwrócił?
Gdyby ktoś, kogo darzysz jakimś nieokreślonym uczuciem jest właśnie reanimowany w karetce, a Ty nic nie możesz zrobić?
Gdyby ktoś Cię tak bardzo upokorzył, zmieszał z błotem... Czy walczyłbyś dalej? Czy dałbyś sobie spokój?
Czy machnąłbyś tylko ręką i powiedział 'Mam dość, więcej nie potrafię'? Czy umiałbyś się  podnieść?

        Łzy mieszały się z dużymi kroplami deszczu, rozmazując resztki jakiegokolwiek makijażu. Stałam na chodniku niemalże sparaliżowana, trzymając kurtkę w ręku. Zamiast ją ubrać, to ściskałam ją w dłoni tym mocniej, im zimniej mi było. Mgła powoli opadała, a deszcz padał coraz słabiej. Patrzyłam w jeden punkt, marząc o powrocie karetki z przytomnym już Stevenem. W oddali usłyszałam kroki, co chwilę przerywane to chlapnięciem z kałuży, to postojem. Wykrzykiwano głośno i błagalnie moje imię, a chwilę potem słyszałam je coraz wyraźniej. Kilka głębokich, szybkich oddechów za moimi plecami. Czyjaś dłoń na moim ramieniu.
-Alice... - szepnął Rudy, przybliżając mnie do siebie. Zmieniłam miejsce, wciąż sztywno stojąc. Moim punktem, w który nieustannie się patrzyłam, była znikająca na horyzoncie droga. -Po co tu przyszłaś?
-Steven. - drgnęłam lekko, pokazując palcem na oddaloną o kilkadziesiąt metrów drogę. -Tam.
-Gdzie? - przymrużył oczy, przypatrując się we wskazany punkt. -Nie ma go tam.
-Ste-Steven... - rozpłakałam się jak dziecko, siadając na zimnym i mokrym asfalcie. Chłopak złapał mnie za ręce, ale nie chciałam wstać.  Kucnął obok mnie, odgarniając włosy z mojej twarzy.
-Choć, wracamy. On się nie zgubi, spokojnie. - pokiwałam głową przecząco. Chciałam krzyknąć, że zabrali go do szpitala, ale nie miałam siły, ani odwagi. Słowa znów stanęły w gardle, i nic nie mogłam z siebie wykrztusić.
-Stevie... - ukryłam twarz w dłoniach, płacząc coraz bardziej. To wszystko było tak bardzo pomieszane, zakręcone że nie potrafiłam tego ogarnąć. Nic nie trzymało się kupy. Ponownie.
-Alice, ja wiem że się martwisz, ale... - popatrzył jeszcze raz we wcześniej wskazane przeze mnie miejsce, rozglądając się za blondynem. -Ale to, że płaczesz, to...To nie pomoże. On wróci, obiecuję.
Pogłaskał mnie delikatnie po ramieniu, tak czule, spokojnie, ale... Po przyjacielsku.
I tego mi wtedy brakowało; przyjaźni.
           Wstałam bardzo powoli, choć czułam się jak na karuzeli - wszystko wirowało w zawrotnym tempie. Lampy mieszały się z budynkami, a chłopak rozmazywał się coraz bardziej. Z paniki i strachu wtuliłam się w niego, starając się opanować mroczki przed oczami i rollercoaster w głowie.
I znowu czujesz tą bezsilność.
I znowu wiesz, że jesteś nikim.
I znowu zdajesz sobie sprawę, że nie powinnaś dostać drugiej szansy.
I znowu uświadamiasz sobie, że jesteś nikim. Tylko kolejną cegłą w murze.
I znowu dostajesz kopniaka w tyłek.
I znowu jest ktoś, kto chce Ci pomóc.
I znowu boisz się tej pomocy.
I znowu boisz się zaufać.

*                                                 *                                              *                                               *
Pomysłów tysiące, ale nie wiem jak przelać je na papier. Wrócę niebawem, obiecuję.
All we need is just a little patience...

10 kwietnia 2013

Versatile Blogger Award!


Zostałam nominowana do tej nagrody 2 razy... Bardzo mi miło. Chciałam podziękować Draconis & Żulowi oraz Vicky za to wyróżnienie. Jak my wszyscy, nie mam za zielonego kabaczka pojęcia, o co chodzi. Mniejsza z tym.



A więc!
1. Nominowana osoba pokazuje nagrodę
      na swoim blogu.

2. Dziękuje za nominację.
3. Ujawnia 7 faktów o sobie.
4. Nominuje 7 blogów.
5. I na koniec informuje o nominacji
     blogi nominowane.
Punkt 1 - JEST!
Punkt 2 - JEST!
Punkt 3 :

1. Moja gitara nazywa się Hendrix i nie da się go nastroić. Ale i tak go kocham.
2. Kocham narkomanów i cały temat narkotyków. Serio. Chora mania, nie? Uwielbiam czytać w jaki sposób działa np. kokaina, a jak heroina. Które mocniej uzależniają, jak organizm zachowuje się na 'głodzie' itp. Bardzo chciałabym porozmawiać z narkomanem lub narkomanką. Moje malutkie marzenie ;).
3. Uwielbiam śpiewać. Kocham zdzierać gardło, kiedy jestem sama w domu, albo kiedy czekamy z przyjaciółmi na WF, jednak nie mam odwagi śpiewać publicznie.
4. Wbrew opinii, która mówi się nastolatki umieją zrobić tylko jajecznicę i herbatę, kocham gotować i piec. Kolejne zboczenie. Ciasta, ciasteczka, babeczki, bezy, torty to u mnie norma. Uwielbiam się bawić w ozdabianie tych małych dzieł sztuki lukrem czy czekoladą.
5. Chcę otworzyć klub muzyczny, coś w stylu dawnego Rainbow Grill & Bar albo The Troubadour.
6. Nienawidzę tych durnych bajek dla dzieci, w których liczy się po angielsku jabłka z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. -.-
7. Dobra, ten punkt będzie dość osobisty. Po cholerę to piszę? Nie wiem.
Pokochałam gimnazjum.
Wiem, brzmi głupio i bezsensownie, ale... Ale nie znacie całej mojej historii. Tutaj, w mojej cudownej gimbazie poczułam na własnej skórze takie coś, co się nazywa popularnie 'przyjaźnią'. Nie wierzycie? Przez 6 lat podstawówki przyjaciel był pojęciem względnym. Oczywiście, były koleżanki, ale tylko tyle. I nic więcej. Nikt, komu można zaufać. Niestety, wciąż buduję mury dookoła siebie, żeby znów nie czuć tego, co wtedy. Tego odrzucenia.

Punkt 4 :
(Kolejność jest bez znaczenia.)
1) http://breath-of-memories.blogspot.com/
2)http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
3)http://dreams-with-wings.blogspot.com/
4) http://nightrain-to-sunset-strip.blogspot.com/
5) http://through-the-fire-and-flames.blogspot.com/
6)http://witam-w-psychiatryku.blogspot.com/
7)http://nextstation-paradisecity.blogspot.com/


Jeśli to przeczytaliście, to zostawcie komentarz, nie wiem, whatever. Jeśli macie jakieś pytanie do mnie, piszcie, piszcie, piszcie.

HAVE A NICE DAY AND DON'T FORGET TO ROCK N' ROLL.

                                                                                                 RocketQueen

31 marca 2013

27. Here's my little hell...

Wesołych Świąt.


Moje ciało całe drżało. Strach? Nie, to nie był strach. To była pieprzona radość. Tak. W końcu.
        Jego ciepły, spokojny oddech na moich ramionach. Jego poplątane kudły na mojej twarzy. Jego duża, lekko szorstka dłoń na moim obolałym brzuchu. Tylko tyle potrzeba do szczęścia.
Jego zapach. Perfumy, przedwczorajsza wódka i papierosy.
        Zaczął się nerwowo wiercić, mamrotał coś pod nosem. Odwrócił się plecami do mnie i przeszukał ręką podłogę, zapewne mając nadzieję na znalezienie butelki wody.
-Cześć Stevie... - przejechałam dłonią po jego nagich plecach, i szybko się wzdrygnął, pewnie przez moją lodowatą, prawą dłoń. Tylko ona jest zimna. Lewa zawsze jest ciepła. Dziwne, nie?
-Mhm... - zmarszczył brwi, i zakrył się mocnej kołdrą. Zaczął szybciej oddychać, a jego czoło przykryły malutkie kropelki potu.
-Steven, co jest? - podniosłam się szybko na łokciach, patrząc na słabego chłopaka. Nie odpowiadał, tylko trząsł się jeszcze bardziej. Na chwilę się uspokoił, wziął kilka głębokich oddechów i powoli wstał z łóżka.
-Mhm... - ta sama, nic nie znacząca odpowiedź. Wyszedł z pokoju, trzaskając resztką drzwi. Przetarłam twarz dłońmi, chcąc lekko się obudzić. Wyjrzałam przez brudne okno, aby zobaczyć normalnych ludzi, którzy mają bardziej normalny dom niż ja. Którzy nie martwią się szkłem w przedpokoju i rozbitą głową Axla. Czy to aż tak dużo? Najwyraźniej tak.
            Wrócił po dłuższej chwili cały uśmiechnięty, zaspany i zaćpany. Na jego nosie zostało jeszcze trochę kokainy, której widocznie nie wciągnął do końca. Usiadł koło mnie, jakby nigdy nic.
-Co tam? - zamurowało mnie. Dom wygląda, jakby ktoś na niego napadł w środku nocy ze starą siekierą i piłą mechaniczną, ja wyglądam jak ostatnie nieszczęście, a ten się spytał 'Co tam?'.
-Źle. - popatrzył na mnie zdziwiony. -A tam? - jedyna sensowna deska uratowania tej nieszczęsnej rozmowy poszła się... Przejść na spacer po ciemnym lesie.
-Wspaniale. - opadł na łóżko, i zaczął się bawić moimi włosami. Siedziałam jak lalka ; zwyczajnie poczekam, aż skończy się bawić, i może zaśnie. Jak z przedszkolakiem ; nakarmić, zabawić, położyć spać. Przymknęłam oczy, kiedy przejechał ręką po mojej szyi. - Masz ciepłą szyję. - rzucił bez zastanowienia.
-Dzięki. Idę się wykąpać, dobrze? - wstałam, a on trzymał mnie za udo. -Steven, puścisz mnie?
-Tak, tak. Jasne. - uśmiechnął się i podszedł do gramofonu. Wychodząc słyszałam ciche, przerywane co chwilę dźwięki 'Whole Lotta Love'.
-Dam Ci moją miłość, cały ogrom miłości... - szepnęłam, i spojrzałam na Adlera, który nie mógł sobie założyć koszulki. -Chcę Ci dać moją miłość... - wyszłam w miarę cicho, nie przeszkadzając Stevenowi w tej jakże trudnej i poważnej sytuacji. Na korytarzu wciąż leżały odłamki szkła, ale na szczęście było ich dużo, dużo mniej niż w korytarzu. Skąd to cholerstwo się tutaj wzięło? Chyba wolę nie pytać. Żyć w słodkiej nieświadomości, oto rozwiązanie. Tylko długo się tak nie da.
           Wchodząc do drzwi łazienki (Uwaga, drzwi były całe.) znalazłam (Uwaga, uwaga, chwila napięcia...) Izzy'ego. Tego trupa wśród ludzi mniej, lub bardziej żywych. Jak zwykle blady, z podkrążonymi oczami i butelczyną wytwornego jabola marki Nightrain.
-No hej. - rzucił, blado się do mnie uśmiechając.
-Czy wy naprawdę nie widzicie, co się tu stało?! - krzyknęłam, rozglądając się po resztkach salonu.
-No impreza była. - wzruszył ramionami, i wyszedł z mieszkania.Czyli klasyczne zwątpienie w ich możliwości intelektualne.
Zamknęłam drzwi na klucz i stałam. Warga zaczęła drżeć. Boję się. Boję się, że to znów się powtórzy. Że ten psychopata znów przyjdzie. Że znowu mi to zrobi. Otarłam łzę z policzka i powoli ściągałam z siebie ubrania, oddychając nierównomiernie. Gdyby ktoś Ci kiedyś powiedział, że pewnego dnia będziesz bała się rozebrać, żeby pójść pod prysznic, uwierzyłbyś?
Bo ja nigdy.
Liczyłam na gorący strumień wody, a otrzymałam jedynie letni strumyczek pod słabym ciśnieniem. Ale i tak fajnie, że kabina prysznicowa była cała. I tak fajnie, że ludzie żyją. Że Steven żyje, i Pat, i Axl, Izzy... Brakuje tylko Slasha. Brzoskwiniowy żel pod prysznic w połączeniu z parą wodną przyjemnie otulał mnie świeżym zapachem. Po kilku minutach wyszłam z pod prysznica i owinęłam się leżącym obok, szorstkim ręcznikiem. Ach, ile książek się czytało, gdzie dziewczyna wychodzi spod prysznica i otula się miękkim, puchatym ręcznikiem, po czym wychodzi z łazienki, rzucając się w ramiona ukochanego.
To nie ta bajka kochanie.
        Lustro, które o dziwo ocalało podczas tej piekielnej imprezy, odbijało postać nędzy i rozpaczy.
Czyli mnie.
        Przejechałam dłonią po czerwonych śladach na żebrach, które wciąż mocno rzucały się w oczy. Rozcięcia na brzuchu nie pamiętam, ale było długie i bardzo wąskie, co oznaczało, że ktoś potraktował mnie żyletką. Dotknęłam podbrzusza, obolałego podbrzusza. Boże, co za wstyd. Największe upokorzenie dla kobiety...
Ślady duszenia wciąż widniały na szyi, co mnie lekko zdziwiło, bo minęło już kilka dni, od tego wszystkiego. Siniaki pod okiem i na czole już bladły i coraz ciężej było je zauważyć. Otworzyłam szufladę, chcąc znaleźć krem do twarzy. Jedno pudełko, drugie pudełko i... Coś, czego tutaj nie powinno być. A przynajmniej nie powinno się to znaleźć w moich rękach. Ten sam woreczek co w Hope. Ta sama, biała zawartość. Ta sama chęć szczęścia. Kokaina. Biłam się z własnymi myślami, ściskając foliowy woreczek coraz mocniej. Brać, czy nie? Teoretycznie po szpitalnym leczeniu nie miałam ochoty, a praktycznie cholernie mnie kusiło, żeby wziąć. Moje ręce stały się teraz jedynie trzęsącymi się kończynami, które za chwilę zabiją jakąś część mnie.
Od ściskania tego cholernego woreczka zaczynały mnie boleć ręce, na których uwydatniły się jasnoniebieskie żyły (Albo tętnice? Chyba tętnice, ale mówi się, że żyły. Chyba. Poprawcie mnie, jak coś. przyp. aut.). Nogi jak z waty i ręce trzęsące się jak słabe drzewa podczas huraganu odmawiały posługi. Nie chciałam kolejny raz tracić przytomności, nie tutaj, nie w domu, nie w moim małym niebie...

Głosy z oddali krzyczały, jakby były wrzucone do ognia piekielnego. Ciepła dłoń błądziła po policzku i czole, uspakajając mnie. Ale czy to mnie trzeba było uspokoić?
        -A co jeśli ona nie żyje? - ktoś zawył, chodząc nerwowo po ziemi.
-Żyje, tylko zemdlała. I weź uspokój swój rudy, niedojebany łeb. - warknęła moja cudowna, żyjąca Pat. Ten głos poznasz  nawet wśród stada dzikich bawołów, bo jest tak charakterystyczny.
-Wjebać Ci? - Rudy wkurzył się lekko, tupiąc w kafelki.
-Jeśli mnie uderzysz, to robię dwutygodniowy post od seksu.
-Że jak?!
-I śpię w piżamie. - Odgarnęła włosy z mojej twarzy i uśmiechnęła się lekko. - No dzień dobry, zjechała nam pani. - uśmiechnęła się szeroko, poprawiając swój stanik.
-Wy nic nie zauważyliście? - zapytałam, zakrywając brzuch koszulką, wciąż patrząc martwo w sufit.
-Czego? - zapytała, podając mi butelkę wody.
-Szkła w przedpokoju. Tego że nie było nas ponad tydzień. Całego tego syfu, który teraz nazywamy 'mieszkaniem'. Że Axl ma rozbity łeb. - kiwałam głową, zastanawiając się, czy oni tego nie widzą, czy nie chcą widzieć?
-Jak to rozbitą głowę? O czym Ty mówisz? - zapytał zdziwiony Rose kucając koło mnie. Wskazałam palcem na jego lewą skroń. Przejechał po niej dłonią, klnąc pod nosem. -Kurwa, faktycznie... - wstał i przemył twarz wodą.
-Nie widzicie tego? - spojrzałam w zdziwione oczy Pat. - Ogarnijcie się w końcu... - położyłam się na boku i chwilę później wstałam, chcąc porozmawiać ze Stevenem. Chwiejnym krokiem przeszłam do sypialni, gdzie o dziwo, blondyna nie było. Wzruszyłam ramionami i szybko się przebrałam. Luźna koszulka KISS przesiąknięta zapachem Steviego idealnie ukrywała ślady na brzuchu i żebrach. Ze spokojem ubrałam szorty, bo na nogach nie miałam żadnych niepokojących ran. Kudły same szybko wyschły, układając się w lekkie loki. Całkiem spora ilość włosów zakrywała twarz, więc musiałam zrobić tylko lekki makijaż, żeby ukryć siniaki.
W sumie, to nie musiałabym się ukrywać, tylko powiedzieć im prawdę, ale... Myślicie że łatwo jest powiedzieć 'Hej, słuchajcie, zostałam zgwałcona i pobita kilka razy!' ? Że łatwo się przyznać, że jesteś uzależniona od dragów? Że nie jest trudno spojrzeć w oczy przyjaciołom i powiedzieć 'Jestem narkomanką' ? Że łatwo jest powiedzieć swojemu chłopakowi, że nie wie, czy coś się do niego czuje?
To wcale nie jest takie proste.
        Ku mojemu zdumieniu, szanowny pan Rose podnosił większe kawałki szkła z podłogi i wrzucał je do worków. Zaskoczona, patrzyłam się na niego, upewniając się, czy dobrze widzę.
-Pomóc Ci? - rzuciłam po chwili.
-Nie, nie trzeba. Połóż się. - uśmiechnął się ciepło, i wskazał na rozwaloną kanapę pokrytą puszkami. -Dobra, może nie tutaj... - podrapał się po głowie i sprzątnął śmieci z sofy, rozłożył na niej koc i ruchem ręki kazał mi usiąść.
-To co, teraz nagle się ocknęliście i sprzątacie? - chwyciłam karton soku pomarańczowego, odkręciłam go i szybko odłożyłam na miejsce. Przewidywalna data terminu spożycia minęła jakieś... 2 miesiące temu?. Idealny projekt na biologię.
-O matko, to tylko szkło. - uśmiechnął się, kontynuując swoją pracę. Zdumiewa mnie jego ciągły optymizm. Albo głupota.  - A Wy gdzie tak długo byliście?
-No właśnie... - słowa stanęły mi w gardle, jak zawsze, kiedy muszę coś ważnego powiedzieć. Jąkałam się chwilę, po czym rozluźniłam się i zaczęłam mówić. -Miałam Wam to wszystko... - drzwi otworzyły się z hukiem i poleciała z nich farba. Śpiewy i gardłowy śmiech przerywany kilkoma łykami wódki. Przyszedł szanowny pan McKagan. -No nie, tylko nie on... - zakryłam oczy dłonią, zsuwając się po kanapie, żeby tylko się jakoś ukryć.
-Dzień d-d-dobry. - obrzydliwa, pijacka czkawka. -Zastałem A-Alice? - dla Ciebie pani Black, fiucie.
-Witamy w urzędzie skarbowym. Okradniemy Cię i zostawimy na pastwę losu. - Rose pokiwał głową i podniósł lekko moje nogi, pod którymi leżała butelka. Nigdy nie zrozumiem jego 'inteligentnych' odpowiedzi.
-Nie ma mnie, wyparowałam. - wymieniłam spojrzenia z Michelle, stojącą obok Duffa. Ta mała jędza przemieszcza się jak wąż po lesie. Już wiem, czemu Hudson ją tak lubi.
-A-ale szkoda! - przybliżył szyjkę butelki do ust, upijając połowę jej zawartości. -Wódeczki? - zapytał z pijackim uśmiechem.
-Nie, dzięki. - rzuciłam z odrazą. Chelle tylko mnie zmierzyła i pokiwała głową z dezaprobatą. Po chwili w salonie pojawiło się więcej ludzi, pewnie smród wódki Duffa ich tu ściągnął. Był też zdezorientowany Steven. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu, aż w końcu usiadł koło mnie, uśmiechając się szeroko. Czułam się jak małe dziecko, które dostało ze sprawdzianu z matematyki jedynkę i teraz musi powiedzieć o tym rodzicom.
McKagan tańczył, śpiewał, pił kolejne litry alkoholu. I nikt niczego nie widzi, wszystko wolno.
-To co - Michelle przekrzyczała śpiewającego 'Home Sweet Home' Duffa. Nie wiedziałam, że tak lubi Motley Crue. -Alice, opowiesz nam wszystkim, co się wydarzyło? - oparła ręce na biodrach i gapiła się we mnie jak na winowajcę całego zła na świecie. Czy mogę jej obić tą śliczną mordkę?
-N-no Ali... Opowiedz! - czknął i zatoczył się.
-Ale... - zwiesiłam się.
-No, powiedz, powiedz jak zdradziłaś Stevena. - po słowach pijanego McKagana poczułam jak zbiera się we mnie złość. Zobaczyłam Pat, która mówiła wzrokiem 'Co Ty do cholery zrobiłaś?'. Michelle zadowolona z siebie stała w tym samym miejscu, z tym samym wyrazem twarzy.
-Że co? - Steven oprzytomniał i popatrzył na mnie. Czy kiedykolwiek widzieliście tego Popcorna smutnego? Czy kiedykolwiek widzieliście, że jego zaćpane, radosne oczy lśnią od łez? Że jego warga, zawsze rozciągnięta od ucha do ucha, drży ze smutku? Że promienna twarz przybiera grymas bólu? Nie? To wiedzcie, że to najgorszy widok na świecie. -Dlaczego mi to zrobiłaś? - serce złamało się na tysiące kawałków. -Byłem aż taki zły?
-Steven, nie, nie... - zaczęłam płakać, bo widziałam, jak z każdą sekundą go tracę. -Daj mi się wytłumaczyć, proszę... - spojrzałam na basistę, który oglądał całą tą scenę jak w teatrze. Wyrwałam kolejną butelkę ruskiej wódki z jego ręki, i roztrzaskałam ją na jego głowie. A przynajmniej chciałam, bo trafiłam w ścianę.
-Tobie się już we łbie popierdoliło?! - chwycił mnie za nadgarstki i ścisnął je mocno.
-Nienawidzę Cię... - wysyczałam mu w twarz. -Nienawidzę Cię! - zaczęłam się wyrywać, ale on tylko śmiał się. Zbliżył swoją zapitą twarz niebezpiecznie blisko do mojej. Uśmiechał się triumfalnie. Ale nie tym razem. Ślina spłynęła po jego policzku. Oplułam go.
-Ty suko! - zamknęłam oczy i liczyłam, że zaraz poczuję jego pięść na twarzy, ale tak się nie stało. Izzy i Slash okładali go pięściami na ziemi. Pat patrzyła to w moją stronę, to w stronę bijących się chłopaków, starając się ogarnąć tą całą akcję. Michelle stała z boku, przypatrując się jak Slash obija mordę Duffowi.
-Chodź... - Axl złapał mnie za rękę i zaprowadził do sypialni. Usiadłam na brzegu łóżka, cała roztrzęsiona. Przybliżyłam kolana do klatki piersiowej i zaczęłam się lekko kiwać, tak jak w dzieciństwie, kiedy bardzo się bałam. -Co się stało? - zapytał spokojnie, ciepłym głosem. Tak jak sprzed lat.
-B-bo ja, i tir... I... - jąkałam się coraz bardziej, starając się złapać powietrze. Rose złapał mnie lekko w talii i chciał przytulić, ale zaczęłam się wyrywać. -Nie, nie... Proszę, nie rób mi tego...
-Jezu, Alice. Spokojnie. - wiłam się dalej, bo przypomniała mi się scena w motelu... Wszystko tak podobnie wyglądało.
-Zostaw, zostaw mnie... - wyłam, kiedy mnie dotykał. Złapał moją twarz w dłonie i spojrzał mi w oczy. Oddychałam spokojniej, mniej się bałam.
-Już? Co się stało? - wtuliłam się w niego, dalej lekko się trzęsąc. -Mała, co... - odkryłam mój brzuch i żebra. Wyglądał, jakby miał zabić tego, kto mi to zrobił. Poczerwieniał ze złości, odwrócił się i przeszedł po pokoju. -Kurwa, kto Ci to zrobił?! - podszedł do mnie, po czym przyglądał się moim żebrom.
-Bo Duff, on chciał, żebyśmy... I do domu, i....- nie skończyłam, bo wziął mnie za rękę i wbiegł ze mną do salonu. Basista leżał na sofie, masując policzek. Gitarzyści siedzieli w resztach kuchni, przykładając sobie lód pod oczy. Pat dyskutowała z Michelle, ale po jej wyrazie twarzy była mocno zszokowana.
-Kto jej to zrobił?!- krzyknął Axl, pokazując mój brzuch. Czarnowłosa zakryła twarz dłonią, to samo uczyniła Michelle. -No co, teraz Ci gnoju języka w gębie zabrakło?! - rzucił się na wstającego McKagana. Tym razem dostał od Rose'a kilka mocniejszych ciosów. Pat podbiegła do mnie, mówiąc jakieś strzępki zdań, jak to jej jest przykro. Ale to najmniej mnie teraz obchodziło. Wszystko działo się w jakby zwolnionym tempie, chorym przedstawieniu, a my jesteśmy marionetkami.
        Drzwi wyjściowe były uchylone, a leżące obok buty porozrzucane. Brakowało jednej pary białych trampków.
-Jasna cholera. - zaklęłam pod nosem, zarzucając ramoneskę Izzy'ego. Szybko wybiegłam z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami. W głowie miałam same czarne scenariusze. Niby wszyscy uważają go za uroczego, dziecinnego głupka, ale kiedy jest wściekły... A do tego przygrzany... Otrząsnęłam się z tych myśli, biegnąc przez zatłoczone Sunset Strip. Pytałam przypadkowych ludzi, czy nie widzieli blondyna, ale jak zwykle nikt nikogo nie widział. Norma w tym kurewskim mieście Aniołów, gdzie bawią się Diabły.
Przebiegłam przez Wallnut Street i zatrzymałam się na rogu Fairfax i Melrose. Moje serce biło w zabójczym tempie, jakby za chwilę miało eksplodować. Gdyby nie adrenalina, leżałabym martwa w połowie drogi do The Troubadour. Nigdzie go nie było. Byłam w klubach, w ulubionych zaułkach jego dilerów. Przy nocnych klubach i burdelach. Przy monopolowych i spożywczych. Nigdzie. Ani śladu żywej duszy.
        Popołudniowe niebo zakryło się ciemnymi chmurami. Zaczęła się niesamowita ulewa - nie było nic widać na odległość 3 metrów. Wszystkie stojące na chodniku dziewczyny na jedną noc skryły się w klubach, a inni ludzie po prostu wyparowali. Ściągnęłam kurtkę Izzy'ego i włóczyłam nią po ziemi.
Wszystko znowu się spieprzyło. Bo czemu miałoby być dobrze?
W oddali zauważyłam karetkę pogotowia i wypadających z niej sanitariuszy. Pewnie znowu jakiś żul się nawalił, i nie może oddychać. Podeszłam bliżej, chcąc zobaczyć kolejną ofiarę Miejskiej Dżungli. Lekarz powoli zamykał karetkę, w której leżał nieprzytomny, blady... Steven.
-Zaraz, czekajcie! - krzyknęłam, widząc otwarte, ale mgliste oczy chłopaka. -Nie, zaraz! - zawołałam za nimi, ale widziałam tylko, jak czerwono-niebieskie światło znika w oddali, topiąc się w strugach deszczu i mgle.



*                                                                               *                                                             *
Ostatnio było za słodko, więc to dla równowagi.

23 marca 2013

26. Here's my little heaven...

Chciałam podziękować z caluśkiego serca cudownej Heaven, która tak naprawdę napisała cały ten rozdział. Gdyby nie ona, nie moglibyście dzisiaj tego przeczytać. Wpadnijcie do niej, pisze bosko o Led Zeppelin i Aerosmith ;)
Dla Draconis & Żula , bo tak bardzo chciałyście czegoś pozytywnego.
*                                                                        *                                                                      *
-Steven! Pat! - krzyczałam, mając łzy w oczach. Michelle stała za mną i odgarniała ogromne kawałki szkła stopą. -Axl! Izzy! - chciałam przebiec ten durny korytarz, ale Chelle złapała mnie w talii, najprawdopodobniej chcąc mnie powstrzymać. Upadłam. Znowu ten ból, który mnie obezwładnia. W mniejszym stopniu, ale zawsze. Rozcięłam szkłem dłoń, na którego brzegach spływały stróżki (Pat, nie śmiej się. przyp.aut.) krwi. Na rozcięcie spadła słona łza, szczypiąc mnie lekko. Poczułam dłonie dziewczyny na ramionach i szybko się wzdrygnęłam, zrzucając jej ręce z moich barków. Niepewnie wstałam, i przeszłam po tym cholernym szkle najszybciej jak się dało. Odłamki lekko wbijały się w moje stopy, ale wtedy najmniej mnie to obchodziło. Wtedy liczyło się tylko znalezienie Gunsów i Pat w całym tym syfie. W powietrzu wciąż unosił się ten zapach - zapach strachu.
W tym momencie, można było opisać wszystkie moje uczucia jednym słowem: przerażenie. Wszędzie szkło. Wszędzie.
Tylko szkło.
Ściany…
I szkło…
Kto by się nie bał? Idziesz po domu, w którym nie byłaś od jakiegoś tygodnia. Nie masz pojęcia co tu się działo.  Pamiętasz, że to miejsce było w miarę sprzątnięte. A teraz? Teraz możesz iść i równie dobrze zaraz natknąć się na trupa. Albo całą ich gromadę.
Na samą tę myśl zrobiło mi się słabo. No właśnie, chciałam to zobaczyć? Czy ja, Alice Black chciałam widzieć na przykład takiego Slasha z poderżniętym gardłem? Albo Duffa z pętelką na szyi? Slasha nie, ale Duffa z pewnością. To byłby miły widok. Może nawet by mi trochę wynagrodził, za to wszystko co przez niego przeszłam… Blondynek- Żyrafa, z piękną pętelką na gardle. Chciałabym nawet taką pętlę zawiązać. Byłaby cudowna. No i oczywiście, po śmierci McKagana, zachowałabym ją. Mogłaby się kiedyś przydać. Na przykład dla mnie.
      Weszłam do salonu. Szkło trzeszczało pod moimi nogami. Nie umiałam popatrzeć przed siebie. A co jeśli zobaczę Stevena w kałuży krwi? Co jeśli on nie żyje? Właściwie… to czy jest to dla mnie istotne?
Nie wiem, czy kiedyś się już tak czułam. Czy ja go jeszcze kocham? Czy to było tylko chwilowe uczucie? Czy może wcale go nie było? A może to jakiś sen? Tak, zaraz wszystko pryśnie. Obudzę się i zacznę wszystko od początku. Taka czysta, pewna siebie, bez przeciwności losu.
A jednak nie. To nie sen. To wcale nie sen. To niemożliwe, by ktoś taki jak ja, dostał drugą szansę. Już tyle razy życie mi pokazało, jak bardzo na nią nie zasługuję. Dlatego czuję się jak śmieć. Chociaż nie. Śmieć może być jeszcze raz wrzucony do kosza i przerobiony na makulaturę, a ja już nie.
Stałam oparta o framugę. Nie było w niej drzwi. Właściwie, nie jestem pewna czy kiedykolwiek tam były. Podniosłam niepewnie wzrok.
O Boże… kochany Boże… Pat!
Na kanapie, leży Pat! Ona, nie kto inny! To jest… to jest najwspanialsza nagroda, jaką mogłam dostać po tylu trudach. Zobaczyć przyjaciółkę, wiedzieć, że żyje.
 Zaraz. Przecież jeszcze nic nie jest pewne. Nie wiesz, czy żyje, czy może od paru dni leży martwa. A nawet jeśli żyje, to czy nie powinna już zauważyć, że tu jesteś? Narobiłaś w końcu trochę hałasu…
 Och, czyżby odezwał się pan Zdrowy Rozsądek i pani Logika? Ciekawe, gdzie państwo byli, kiedy to wszystko się zaczynało! Czemu nikt mnie nie pohamował? Czemu to wszystko się tak potoczyło?! Dlaczego?! Czy już zawsze będę o to pytać?
Moje myśli krzyczały same do siebie. A ja wiedziałam, że czas w końcu zdobyć się na odwagę i tam pójść. Przekonać się, czy Pat żyje, czy już mogę zbierać pieniądze na trumnę. Pod moimi nogami znów zatrzeszczało szkło. Ale teraz było go mniej. Znacznie mniej niż w przedpokoju. Nadepnęłam na jakiś większy kawałek. Rozprysł się na malutkie części. Prawie jak ja i moje uczucia. Też zostały tak podeptane. Całe moje życie zostało tak podeptane. Wszystko rozprysło się na małe kawałeczki. Czy da się to pozbierać? Tak ot, z dnia na dzień wrócić do normalności? Chyba tak, no ale jest jeden wyjątek. Jeśli jest się mną, miałaś pseudo-przyjaciółkę Michelle, która cię zdradziła, wrednego Duffa uważającego się za kogoś megazajebistego, a do tego brakuje ci poczucia bezpieczeństwa, to na pewno nie wróci się do życia jak inni ludzie w parę chwil.
Wyciągnęłam przed siebie rękę i oparłam się o resztki szafy. To byłą kiedyś ładna szafa. A teraz, już jej praktycznie nie było. Szkoda, no cóż, wszystko przemija. Ale w końcu to nie o tym miałam mówić.
 Przyglądałam się uważnie Pat- podejść, czy nie podejść? Dalej, Alice! Możesz uciekać, nic się nie stanie. Boisz się własnej przyjaciółki?
Nagle boisz się czyjejś śmierci? Przecież każdego to czeka!
Chcesz więc uciekać? Jesteś głupia. Po prostu głupia.
 Cholera! Myśli w mojej głowie toczyły zacięta walkę. Czy tylko w moim przypadku tak by było? A inny człowiek? Jakby reagował, jeśli stałby w zdemolowanym domu, a zaraz przed nim leżała jedna z ważniejszych osób w jego życiu, która być może nie żyje?
Podejdź bliżej… jeszcze bliżej…
Od kanapy dzielił mnie już jeden krok. Widziałam już Pat dokładnie. Po krótkiej chwile dotarło do mnie, że ona oddycha. Więc śpi. Mogę być spokojna.
Chciałam wyjść z pokoju, ale już nie po szkle. Jak jeszcze podepczę te małe kawałeczki, to ją obudzę. Poszłam więc naokoło stołu.
Kurwa. Zahaczyłam o coś nogą… Jezu! Ręka. Ręka człowieka. Axl!
 Znowu to cholerne przerażenie. Żyje? Czy nie? Błagam, niech on nie umiera… Taki zwykły Will Bailey. Nie, nie William. Teraz to Axl Rose. A jednak kimś dla mnie był. Gdyby nie on, pewnie moje życie potoczyłoby się inaczej.
 Schyliłam się i zajrzałam pod stół. Mało było widać. Ale po raz kolejny odczułam szczęście. Oddycha. Też śpi. Ma tylko lekko rozcięta głowę, ale nie dziwę się. To zaczyna się troszkę wyjaśniać. Żadne włamanie, tylko impreza… Musiało być ostro. I to bardzo…
 Wyszłam na palcach z pokoju. Michelle rozglądała się po kuchni, szukając Izzyego i Slasha. Nigdzie ich nie było. Ale to można było przewidzieć. Skoro nas po imprezie wywaliło aż tak daleko, do tego Nowego Jorku, to pewnie oni są teraz w Moskwie.
       Przeszłam jeszcze kawałek po szkle i doszłam do drzwi mojego pokoju. Raczej resztek drzwi. Górnej połowy już nie było, a dolna była prawie cała obdrapana z farby. Ledwo trzymała się na zawiasach. Klamka już dawno odpadłą i leżała sobie na podłodze. Więc pchnęłam to co z drzwi zostało i weszłam do środka.
Cud.
Porządek.
Poza paroma książkami na podłodze, kilkoma butelkami na parapecie. Jakieś papierki porozrzucane dookoła. Ale to nic. Mój pokój ocalał. No może drzwi nie…
 Ogarnęłam już wzrokiem jedną połowę pokoju. Teraz druga. Tam jest łóżko. Tego się właśnie bałam… Tam mógł leżeć jakiś trup.
Alice, daj spokój! Co ty z tymi trupami?! Co, jak bałagan jest, to znaczy ze zaraz wszyscy muszą nie żyć, tak? Nie można tak przesadzać. To już jest jakaś paranoja. Dalej, popatrz tam, nie bądź taka przerażona. Jak oni żyją, to jeśli tam ktoś jest, to raczej nie martwy.
 Podłoga. Nogi łóżka. Pomierzwiona kołdra. Kształt człowieka. Blond kudły zakrywające twarz śpiącej (lub martwej) istoty. Steven? To ten sam Steven? Ten sam Adlerek?
Nie kurwa, podmieniony na lepszy model. Tak, jasne że to ten Adler! A jaki inny niby miałby być?
 Tak dawno go nie widziałam. Cholernie dawno. Tydzień, a jednak te głupie siedem dni to bardzo wiele. Takie niby nic, a jednak okropnie dużo. Alice, kochasz go dalej?
Czy ja go kocham? Może… nie wiem… Kocham takim połamanym sercem? Taka połamana miłość? Dziwna, inna? Może… chyba… raczej… jednak tak.
Łzy? Skąd w moich oczach łzy? Czemu przezroczyste krople spływają po moich policzkach? Co się dzieje? Jak to…?
 Chowam twarz w dłonie. To coś niewytłumaczalnego. Coś silnego. Wspomnienia? Sympatia do kogoś? Miłość? Chęć zobaczenia ukochanej osoby? Czyli jednak potrafię. Czuję. Mam uczucia. To tylko szara rzeczywistość sprawia, że mamy maski na twarzach, sercach, duszach...
 -Alice?- jak mi tego głosu brakowało… nawet nie wiesz jak mi tego cholernie brakowało…Chciałam coś powiedzieć. Bardzo chciałam, ale nie byłam w stanie. Słowa stanęły mi w gardle. Chociaż, czy były one teraz potrzebne?
- Alice, mała... - wstał i podszedł do mnie, odgarniając moje włosy z twarzy. Wtuliłam się w niego najmocniej, jak tylko potrafiłam. Ryczałam jak małe dziecko, które widzi mamę i tatę po długiej przerwie. Po chwili lekko się uspokoiłam, ale łzy wciąż leciały ciurkiem z oczu. Popatrzyłam na jego zaspaną, ale uśmiechniętą twarz. Jedynym problemem, były jego źrenice. Malutkie, czarne punkciki niczym główka od szpilki. Ćpał. Dużo. -Gdzie Ty byłaś? - zapytał, jakbym wyszła rano po bułki, a wróciła dopiero po 2 godzinach. Pocałował mnie lekko w czoło.
-T-to... Dług-ga histori-ia... - łkałam, opierając głowę na jego klatce piersiowej. -P-powiem Ci j-jutro, d-dobrze? - Znowu spojrzałam w jego błękitne, zaćpane oczy.
-Dobrze, nie płacz już. - pogłaskał mnie jak psa po głowie, ale wcale mu się nie dziwię. Cudowne działanie narkotyków ; one są jak środek przeciwbólowy podczas cholernej migreny. - Połóż się Ali. - wszystko co mówił, było takie nieświadome, takie beztroskie, ale bardzo pomocne. Nieświadomość, takie piękne. Takie nieosiągalne.
Niepewnie położyłam się na łóżku. Swoim, wygodnym, prywatnym łóżku. Oto mam swoje małe niebo... Blondyn położył się koło mnie, głaszcząc mnie po policzku. Wtuliłam się w niego, głęboko oddychając. Zapach jego perfum i papierosów, wymieszanych z nutką Danielsa działał na mnie tak uspokajająco.
-Przepraszam... - szepnęłam, jakby sama do siebie, i zamknęłam oczy. Oto mam swoje małe niebo... 

*                                                                         *                                                                  *
Cieszcie się, że jest dobrze. Bo długo tak nie będzie.

17 marca 2013

25. Back in Cali...

Środa, 7 stycznia.
Durne badania. 'Jak się pani czuje?', 'Gdzie panią boli najbardziej?' Chcesz wiedzieć? Boli mnie najbardziej w sercu, ale czuję pustkę. Nie uśmiecham się, nie płaczę. Nikt się przeze mnie nie uśmiecha, nikt przeze mnie nie wylewa łez. Układ prawie idealny. Prawie.
Mogę już sama wstawać z łóżka. Chodzenie sprawia mi taką radochę, ale 'muszę ograniczać wysiłek fizyczny do minimum'. Odbierają mi kolejną rzecz, która jest fajna. Serdecznie dziękuję.
Czekam z wytęsknieniem na czwartek. Dzień, kiedy w końcu będę wolna. Wypuszczą mnie z tego okropnego miejsca i nie będę musiała oglądać twarzy ludzi chorych psychicznie, nie będę musiała wdychać tego szpitalnego zapachu. Kiedy te rurki nie będą mi doprowadzać niczego do żył.
Czwartek, 8 stycznia.
Wypisują mnie. Po wypełnieniu wszystkich papierów przyszli po mnie, nie odzywając się słowem. Tak jest lepiej. Nie muszę słuchać paplaniny Duffa, którego nagle ruszyło sumienie, nie muszę słuchać naiwnej Michelle, która ślepo wierzy chłopakowi. A może nie trzeba mówić? Może trzeba coś zrobić?
Boję się mówić. Zapomniałam, jak się mówi. Nie wiem, kim jestem, ale nie wiem też, kim oni są.
Chciałabym sobie odciąć język. Wtedy nie trzeba odpowiadać na pytania, tłumaczyć się, mówić tylu zbędnych słów, porozumiewać się.
W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość. Bez niej jest wieczna pustka, która dusi, zabija, męczy. I wtedy nie możemy być sobą. Jest się dla siebie zupełnie obcym. Tak zupełnie obcym dla samego siebie. A jednak muszę godzić się nieustannie z własnym buntem, rozgniewanym sercem, okaleczonym ciałem, chorą duszą, samotnymi powrotami. Trzeba się z tym pogodzić, bo nie ma innej drogi.

Czytałam te szpitalne zapiski, siedząc na niewygodnym fotelu w autobusie kursującym na trasie Phoenix-Los Angeles-Santa Barbara. Tak blisko do domu, a jednak tak daleko. Jeszcze tylko kilka godzin. Tleniony rozglądał się przez okno, kopiąc kowbojką o siedzenie jakiegoś dzieciaka. Blondynka rysowała coś w swoim zeszycie, nucąc pod nosem 'Mama Kin' Aerosmith. A ja siedziałam jak na szpilkach, rysując jakieś bazgroły w zeszycie. Skąd ja go w ogóle mam? Chyba ta miła pielęgniarka mi go dała. Stępił mi się ołówek, i oczy moich postaci przypominają jakieś grube, niekształtne migdały. Nigdy nie umiałam rysować, powiedzmy sobie szczerze. Narysowanie dla mnie ładnej, w miarę naturalnie wyglądającej dłoni jest porównywalne do poznania Janis Joplin. Każdy jest utalentowany. Ja mam talent do nieszczęść. I użalania się nad sobą. O tak, w tym jestem idealna.
Z przejechanymi kilometrami krajobraz drastycznie się zmieniał - od suchych pustyń na obrzeżach Phoenix, do górzystych, malowniczych dróg, oprószonych śniegiem.W końcu zobaczyłam to, czego pragnęłam z całego serca - Wysokie góry, wyglądające jak brama do Miasta Aniołów.  Duff wskazał palcem na szybę, szepcząc coś do Michelle. Ona uśmiechnęła się szeroko, i przymknęła oczy, chcąc zasnąć.
Patrzył na mnie. Cały czas się na mnie gapi. Czy on kiedykolwiek przestanie? Odwróciłam głowę w drugą stronę, zwijając się na fotelu w pseudo-kłębek. Nie był to dobry pomysł, ponieważ siniaki i ból w żebrach jeszcze częściowo pozostały. Przymknęłam oczy, i usłyszałam dźwięki '"Back Home Again" Cinderelli. Muszę wspominać, jak bardzo lubię ten zespół?

"Good times were far and few
Trustin' my hopes and dreams
With someone who said they knew
Just how to make ends meet
They haven't got a clue"


Uśmiechałam się sama do siebie, powoli zasypiając. Już się nie bałam. Powoli odlatując do krainy Morfeusza, oddychałam głęboko, ciesząc się powrotem do domu.

Śnił mi się najdziwniejszy sen, jaki do tej pory miałam. A w każdym razie najmniej zrozumiały.
Najpierw widziałam scenę - ogromną scenę pełną reflektorów, podestów, a na niej kilka statywów na mikrofony. Ogromna perkusja górowała nad sceną, jakby mówiła, że to ona prowadzi całe to przedstawienie. Pojawiła się postać bez twarzy, w białej masce. Podała mi rękę, i zaprowadziła do ciemnego pokoju, w którym był jedynie stolik, 2 krzesła i lampka. Usiadłam na krześle, a zamaskowana postać podała mi talię kart. Grałam z nią w pokera, a kiedy wydawało mi się, że wygrywałam, ona wzięła moje karty, i ułożyła z nich mały domek. Domek, który rozpadł się w kilka chwil. Po przegranej, postać kazała mi patrzeć na ścianę. Widziałam, jak perkusja jest niszczona i w końcu spada w otchłań. Potem przyszła kolej na czarnego Gibsona, który poszybował gdzieś wysoko. Następnie bursztynowy Les Paul roztrzaskał się na tysiące malutkich kawałeczków, zahaczające o wyrwane struny. Biały bas złamał się w połowie. Jedynie mikrofon się ostał. Jedynie on mógł dalej działać. W końcu poczułam chłód po lewej stronie klatki piersiowej, a postać zabrała mnie ze sobą do jakiejś czarnej dziury, umiejscowionej przy kominku. Ostatni raz spojrzałam za siebie przed wejściem w ciemność...
-Alice, obudź się. - ktoś lekko szturchał mnie w ramię. -Ej, jesteśmy już. - kurwa, to znowu on. Duff.
-Em... - przeciągnęłam się lekko, odpychając jego dłonie z moich ramion. -Świetnie. - uśmiechnęłam się sztucznie i odwróciłam głowę w stronę okna, aby popatrzeć na Miasto Aniołów. Nic się tu nie zmieniło, dzięki Bogu. Cały czas ten sam, cudowny, wszechogarniający syf, dzięki któremu chce się rano wstać i powiedzieć 'Kurwa. Jak ja to kocham!' Rażące neony i latarnie oświetlały Los Angeles w tą chłodną, styczniową noc, które wprost mówiły 'Pod każdą latarnią znajdziesz kogoś, kogo chcesz. Przy neonach zawsze znajdziesz to, czego pragniesz.' L.A prawdę Ci powie. Z dworca centralnego do domu było jakieś pół godziny drogi na piechotę. Normalny człowiek zamówiłby taksówkę, która podwiezie jego zmarznięty tyłek pod same drzwi. Ale ja nie jestem normalna. Wysiadłam, nie zwracając uwagi na Michelle i Duffa ; zwyczajnie wyszłam z autobusu, ciesząc się jak mała dziewczynka z nowego miśka. Poczułam dreszcze na plecach i założyłam cienką bluzę, która choć trochę mnie ogrzewała.
-Chelle, ja nocuję u Sue. Idź z Alice, ok? - cmoknął ją w policzek.
-Dobrze. Przyjdziesz jutro? - popatrzyła na niego oczami pełnymi nadziei.
-Tak, przyjdę. Do jutra. - pomachał jej, i poszedł w swoją stronę.
Udawałam, że całej tej rozmowy nie słyszałam, i normalnie poszłam przed siebie. Chwilę potem słyszałam, że szła za mną. Rozlatujące trampki wydają charakterystyczny dźwięk, a do tego nuciła coś pod nosem.
  Poczułam się, jakbym znowu była pierwszy raz w Los Angeles. Tylko tym razem było pozytywnie. Było dobrze. Brzuch bolał mnie z nerwów, nie wiedzieć czemu. Siniaki powoli się goiły, ale wciąż były mocno widoczne. Najbardziej martwiły mnie ślady duszenia na szyi... Wciąż można je bez trudu zauważyć.
   Przeszukałam kieszenie, ale nie znalazłam tam kluczy. Potem pomyślałam, że nigdy nie zamykaliśmy drzwi. Tak było i tym razem. Na klatce schodowej unosił się dziwny zapach. Nie wódki, nie papierosów. Nie był to dym z jointów. Ani przepocone skarpetki Axla.
-Jasna cholera... - zakryłam dłonią usta. -Kto to zrobił? - łzy napłynęły mi do oczu.
-Alice co się stało? - za mną stanęła nieświadoma Michelle. Odsunęłam się, umożliwiając jej spojrzenie na to,  co było przed nami. - O matko...




                     


*                                                                 *                                                           *
Przepraszam, że taki krótki. Mam jakiś cholerny zastój, którego nie umiem pokonać. Rozdziały będą publikowane w weekendy, inaczej nie umiem. W piątek wieczorem siadam przed komputerem i wypisuję wszystkie emocje z całego tygodnia. Albo i nie.
Liczycie na coś radosnego?
Oszukujcie się dalej.