22 lutego 2013

22. I don't believe in anything, because I can't...

Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć
Marzyłem też - wolno było marzyć
Nie chciałem być takim, jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic
We śnie słyszałem matki głos
Synku! Uczciwym bądź, dobrym bądź!
"Świat" - w tym słowie było coś
Radość i lęk, miłość i fałsz
Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię
Nie marzę już, nie ma o czym marzyć
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia
Smutno mi...
Już tylko ciebie mam
I to mnie jakoś tutaj trzyma
Już tylko ciebie mam
Nie wolno ci odejść teraz stąd
Już tylko ciebie mam...
                                             TSA - 'Alien'



Czy to ma jakikolwiek sens?
Po co wciąż się starać, po co walczyć?
Dlaczego mam tu bezczynnie siedzieć i gapić się w ścianę?
Czy ja jestem komukolwiek potrzebna? 
Dusimy się we mgle i nikt nam nie pomoże. Ludzie bawią się nami. Tylko czekają, aż upadniemy, a potem będą się z nas śmiać. Nie pomogą nam, mój przyjacielu. Nikt nam nie pomoże. Zgubiliśmy gdzieś prawdziwą radość życia, a jedyne co mnie tutaj trzyma, to Ty.
Podoba Ci się tu, mój przyjacielu? Mi też nie. Dusisz się we mgle idealnych ludzi, przesiąkniętych fałszem i nienawiścią. Kiedyś nam się uda, kiedyś zaznamy wolności, prawdziwej wolności. Kiedy nie będzie nas obchodzić czas ani miejsce. Kiedy będziemy mogli robić wszystko po swojemu, z przyjemności, nie z przymusu. Nie kochasz, nie cierpisz. Nie jesteś kochany, nikt nie cierpi z twojego powodu. To podstawa pewnej wolności. Złudnej

Dlaczego?
Dlaczego wszystko stało się takie szare? Wszystko mi jedno. Zobojętniałam. Nie chcę płakać, ani śmiać się. Nie mam powodów do smutku, ale jakoś nie czuję szczęścia. Gdzie są jakiekolwiek uczucia? Czy to kokaina wypłukuje z nas emocje? A może nienawiść i upokorzenie sprawia, że jesteśmy kolejnymi zimnymi osobami w maskach na twarzy? Nikt nie umie tego wytłumaczyć. Kiedyś wszyscy znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania świata. Musimy tylko poczekać.
Ale ja już nie potrafię....


Michelle:

Martwię się o nią. Niby jest samolubna i wredna, ale to człowiek. Widzę jak się męczy, a ja nie mogę jej pomóc. Duff cały czas mnie od niej odwraca, kiedy chcę z nią porozmawiać! Jestem zła na Alice, jednak...
Nie umiem tego ubrać w słowa. Jest słaba. Udaje tylko, że potrafi dużo znieść. Mdleje i słabnie co chwilę, a przecież nic się jej nie stało. Mówi, że bolą ją żebra. Ale od czego? Przecież nikt jej niczego nie zrobił.
Udaje, żebym jej pomogła? Jeśli tak, to jest dobrą aktorką. Głupio mi tu siedzieć i gapić się przez szybę, podziwiając przelatujące wysoko ptaki. Ale co ja mam zrobić? Duff powiedział, że do niej pójdzie. Dobry z niego chłopak. I ma tyle cierpliwości, żeby znowu wysłuchać jej niezrozumiałego gadania, że wszystko ją boli i że 'już nie potrafi'. Lubiłam ją. Bardzo. Ale jakoś straciłam do niej to zaufanie. Okłamuje wszystkich naokoło, a oni jej wierzą.
Jak tak można? Jak można być tak ślepym? Jak można tego nie widzieć, że ktoś Cię perfidnie okłamuje?


Duff:
Michelle już chciała iść do Alice, pogadać z nią. Nie ma tak, bo jeszcze zjebie mój doskonały plan! Wstałem i wszedłem do części, gdzie leżał wrak dziewczyny. Skulona, trzęsąca się Alice, mamrocząca coś pod nosem. A pomyśleć, że kiedyś z tym chodziłem. Usiadłem obok niej i zwyczajnie się na nią gapiłem. A co mam robić? Bycie obojętnym na cierpienie. To będzie rada numer... 69. Bycie obojętnym - oto rozwiązanie!
Cała jej twarz była blada, a łzy stworzyły ciemniejsze smugi na policzkach. Jej  włosy się przykleiły do twarzy... Wstałem, i delikatnie odgarnąłem jej ciemne kudły. Przekręciłem głowę i popatrzyłem na nią jeszcze raz, i prawie przejechałem dłonią po jej policzku. Co ja robię?! Chciałem jej dotknąć? Yyy... Fuj? Co mi odbiło...Popatrzyłem na nią jeszcze raz zza ramienia - wygląda gorzej niż Izzy o poranku na kacu.
Weź McKagan, zaczynasz się o nią troszczyć? Nie pamiętasz swojego genialnego planu? Pamiętam, pamiętam o nim. Ale co poradzisz? Kiedyś się darzyło ją jakimś uczuciem. Chyba... Tak dla przypomnienia, to gadasz sam ze sobą, Michael. Jaki Michael?! Jestem DUFF. Michael Andrew? Dobra, koniec tego. Gadam z jakimś chorym tworem mojej wyobraźni, Alice się krztusi, a ja wciąż prowadzę konwersację z głosem w mojej głowie. Zaraz... Ona się krztusi! Podniosłem ją, bo potem będzie, że to przeze mnie się zaczęła dusić, ja jej nie pomogłem, bla, bla, bla, wyrzuty sumienia... Wypadałoby skończyć, bo się dziewczyna udusi! Kurwa, co ja mam robić? Poklepać po pleckach? Spróbowałem, ale jakoś nie pomogło.
-Alice! Oddychaj do cholery! - miałem łzy w oczach, kurwa, ja miałem łzy w oczach! Widziałem jak jej twarz robi się sina, jak jej ciało staje się bezwładne. Odchodziła na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić. -Alice, nie! Nie odchodź! - zapłakałem, trzymając ją za rękę. -Nie... -szepnąłem, ale chyba było już za późno...

16 lutego 2013

21. When the mind is asleep...

Dobra, napisałam. W sumie, to nic nowego nie wprowadzam, niczego nowego nie poruszałam. To raczej przemyślenia. Trochę to poryte, ale myślę, że zaczaicie, o co mi chodzi... Wybaczcie za błędy, jest kilka minut po północy xd Filmiki z koncertu Slasha wstawię później (;




To był koniec.
Koniec, ale czego?
Koniec... Duffa McKagana?
Koniec... Alice Black?
Koniec... Wietnamczyka?
Koniec...Podróży?
Koniec... Tego marnego życia?

To był koniec mojego błogiego stanu. Kokainowy 'haj' trwa niewiele ponad pół godziny, o czym powinnam pamiętać. Nagle wszystko, co było takie kolorowe, żywe i piękne... Przepadło. Skończyło się. Zrobiło się szare, nudne. Gdzie się podziała ta radość? Ta beztroska? Ta przyjemność? Rozproszyła się.
Uśmiech na twarzy zastąpiło rozdrażnienie, a pewność siebie zmieniła się w stan chwilowej depresji.
-Gdzie jesteś? - zapytałam sama siebie, szukając odpowiedzi na pytanie w głowie. -Gdzie się ukrywasz? - oddech stał się nierównomierny, a dłonie zaczęły się trząść i pocić. Broń spadła na ziemię, budząc basistę. Przerażona, szukałam choćby odrobiny narkotyku, zwykłej drobinki, czegokolwiek, żeby tylko zaspokoić wygłodzony od kokainy organizm. Jedyne co znalazłam, to pusty, malutki, foliowy woreczek, na którym w  śladowych ilościach znajdowała się biała substancja. -Tu jesteś... - przejechałam małym palcem po ściance woreczka, zbierając z niego cienką warstwę proszku, która chwilę potem rozprowadzała się stopniowo po moim organizmie. Opadłam na ziemię, czekając aż stan błogości wróci, choć w małym stopniu. 


Zasnęłam? A może w końcu umarłam? Śmierć z przedawkowania robi się coraz popularniejsza.
W sumie, chciałabym już umrzeć. Po co ja tu jestem? Ktokolwiek by płakał?
    Może Pat. Tak. Ona mogłaby płakać nad moim martwym ciałem ułożonym w trumnie, patrząc z bólem na sine, lekko rozchylone i spierzchnięte usta. Tylko ona pamiętałaby, że chciałabym malutki bukiecik czerwonych róż na grobie. I tylko ona przychodziłaby i zapalała małe znicze, na znak pamięci. Tylko ona. Oczywiście gdyby tu była. Albo ja tam. A jeśli umarłam gdzieś między Little Rock a Dallas? McKagan tylko wyrzucił moje ciało do lasu, na pożarcie wilkom, a mała Michelle o niczym nie wie? Powiedział jej tylko, że zdecydowałam się zostać w Hope, olałam L.A, olałam Stevena....
       A Steven? On może też by płakał, ale nie jestem pewna. Chodzimy ze sobą - aż czy tylko? Nie wiem czy go kocham, nie wiem czy on kocha mnie. A co jeśli to tylko zapełnienie pustki? Teraz może  posuwa jakąś laskę? A może to ja chciałam zapchać tą dziurę w sercu? Żeby tylko zapomnieć, żeby tylko nie bolało? A czy on byłby świadomy? Że naprany przyszedłby na pogrzeb swojej dziewczyny? Tej narkomanki, której pierwszej zrobił zastrzyk po jej przyjeździe do Los Angeles? Jak byłam mała, to się zrywało kwiatka i po kolei, wyrywało się jego płatki, naprzemiennie mówiąc 'kocha - nie kocha'.
 Ktoś da mi kwiatka?
     William. Znaczy się... Axl. Co on by zrobił, gdyby zobaczył mnie martwą? Mówił, że kochał. Kochał. Kochał? Siedem lat temu. Siedem długich, bolesnych i samotnych lat temu. Wbrew powszechnej opinii chuja, dupka bez serca i humorzastego nimfomana, jest moim przyjacielem. Jeśli masz z nim dobry kontakt, to przy nim włos Ci z głowy nie spadnie. Będzie Cię chronił, nawet jeśli Ty tego nie chcesz. Jest jak brat - wkurzający, irytujący ale kiedy jest potrzebny, to przyjdzie. Pat ma szczęście, ogromne. On może by zapłakał.
   Jeff. Izzy. Zombie. Ludziom wydaje się, że Stradlin jest martwy, i tylko co jakiś czas je, pije i idzie do kibla. Bo tak jest. Niby go nie ma, zawsze siedzi cicho, ale tak naprawdę, jest sercem, mózgiem i wątrobą. Tylko czego? Guns N' Roses. I naszej przyjaźni. Kolejny brat do kolekcji. Tylko tego trzeba od czasu do czasu kopnąć w tyłek i ten sam tyłek ratować. Możesz mu powierzyć sekret, i masz pewność, że nawet pijany, naćpany, wyruchany i sam Jimi Hendrix wie jaki, nie wygada. Zbyt dobry z niego chłopak. Też by  był smutny, gdybym odeszła.
    Slash. Pod tą burzą ciemnych loków kryje się wielka zagadka, którą mogą rozwiązać nieliczni. I byłam na tej drodze. Byłam tak blisko kiedy... No właśnie. Kiedy co? Kolejne pytanie, kolejny brak odpowiedzi. On nie jest jak brat. Raczej jak kolega z sąsiedztwa. Szczery do bólu. Zapłakałby? Może podzieliłby się z ziemią koło grobu Danielsem. To i tak dużo.
   Duff. On skakałby z radości nad moją trumną. Na stypie świetnie by się bawił, tańczył i schlał się. Śmierć wroga to najlepsza nagroda. Wyczuwam arię operową i przemowę pod tytułem 'Dlaczego cieszę się, że ta suka w końcu zdechła'. I do tego kilka ciepłych słów, w stylu 'Puszczała się, taka kurwa. Ya know...'
Hasanie naokoło tego całego przemarszu z trumną i party hard na płycie grobu. Nie płakałby. Śmiałby się.









PS. Erin Everly & duzzylash - Jak Wam się podobał koncert? *O*

9 lutego 2013

20. You've got a one way ticket to your suicide...

Po pierwsze - Przepraszam.
Po drugie - To NIE jest ostatni rozdział.





-Zostaw mnie... Proszę....- powiedziałam cicho przez łzy, starając się wyrwać z jego ramion.
-A niby czemu? Zapewniasz mi niezłą rozrywkę. - syknął, i przycisnął mnie mocniej do ściany. Jedyne co wtedy widziałam, to jego brudną bluzkę i flanelową koszulę. Wyrywałam się i starałam uciec, choć tylko uderzałam mokrymi kosmykami włosów o jego klatkę piersiową. -No chodź...- mruknął i rozpiął delikatnie moje spodnie.
-Nie! Zostaw mnie! - krzyknęłam, za co dostałam w twarz. Wydzierałam się o pomoc, łudząc się, że ktokolwiek mnie usłyszy; Nic z tego. Nikt nie przyszedł, nikt nie pomógł, nikt nie usłyszał. A może nie chciał usłyszeć?
    Leżałam na zimnych kafelkach i nie mogłam się ruszyć - znowu strach, paraliżujący Twoje ciało. Znowu obrzydzenie do samej siebie. Ten zboczeniec dobierał się do dolnej części garderoby; czułam jego lodowatą rękę na podbrzuszu. Płakanie już nie pomoże; Nigdy nie pomagało... Leżałam jak lalka, patrzyłam się w jeden punkt. Nie wyrywałam się, nie rzucałam, nie krzyczałam, nie płakałam. Modliłam się, żeby już skończył. Niech w końcu się wyżyje i zostawi mnie w spokoju.
-Proszę... - szepnęłam, patrząc w sufit. -Błagam... - jęknęłam głośniej, bo przejechał szorstką dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, sprawiając że zadrgałam ze strachu. -Skończ już... -zawyłam, czując jak łza spływa po policzku. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, bo to i tak nic nie da. Obiecałam też sobie, że będę szczęśliwa. A jak jest, to można zobaczyć na załączonym obrazku.

Albo jestem na zaawansowanym poziomie choroby psychicznej, ale słyszałam kroki. Odwróciłam głowę w stronę drzwi; cisza.
Słychać jedynie przyspieszony oddech mężczyzny.
Znowu kroki.
Cisza.
Wiązanka przekleństw.
Cisza.
Czy mój mózg desperacko próbuje mnie pocieszyć, tworząc odgłos obcasów uderzających o posadzkę?
Kroki.
Słychać je coraz wyraźniej.
Pozbawiona dolnej części ubrania, błagalnie patrzyłam na drzwi, oczekując pomocy.
Jestem niemal pewna, że ktoś chodzi koło drzwi.
Cisza.
Desperacki krzyk.
Ciemność.
Ból.



Powieki mimowolnie zamykały się i otwierały, widziałam jedynie urywki, i to tego jak przez mgłę. Ktoś mnie szarpał, krzyczał, ale nie wiem na kogo. Kręciło mi się w głowie, wszystko było takie niewyraźne, rozmazane. Tępy ból obezwładnił moje ciało...


-Ej, mała. Popatrz na mnie. -ktoś poklepał mnie lekko po policzku, mimo to bolało, jakby ktoś przyłożył mi prawego sierpowego. -Ej...Słyszysz mnie? -nawet głos był  niewyraźny, ale wnioskuję, że to kobieta.
-Michelle?! - krzyknęłam, wykorzystując resztki sił.
-Nie... Nie jestem żadną Michelle. - podniosła głos. -Jestem Carolina. A Ty jesteś...?
Pobita, zgwałcona, samotna, nieszczęśliwa, krwawiąca, zmieszana z błotem, znienawidzona....
-Alice - odpowiedziałam dopiero po chwili. - Możesz mi powiedzieć, jak się tutaj znalazłam? - rozejrzałam się dookoła; w takiej spelunie nigdy nie byliście. Kobiety pluły na blaty, żeby je 'wyczyścić', mężczyźni leżeli bezwładnie pod stołami, trzymając o życie butelki w dłoniach. Niektóre okna były poprzybijane deskami, jedno nie miało nawet szyby. Ciężki dym tanich papierosów unosił się w powietrzu i mieszał się z ostrym smrodem potu.
-Witamy w Little Rock! - Carolina podała mi butelkę wody i chwyciła mnie za ramię; Chyba znowu tracę przytomność.



A teraz gdzie jestem? Dobre pytanie. Ok, określam położenie - Za twarde na łóżko, za miękkie na trumnę. Hm. Powietrze chłodne i rześkie, czyli nie jestem w grobie. A szkoda.
Słyszę rozmowę, czyli jestem wśród ludzi.
Otworzyłam oczy. Rażące światło lekko mnie oślepiło, więc kilka razy przetarłam powieki.
Tir.
Czyli jednak piekło trwa.
Przewróciłam się na brzuch i próbowałam się podnieść, ale wszystko tak cholernie bolało... Przyłożyłam policzek do podłogi, tak przyjemnie zimnej. Kilka głębokich oddechów i druga próba wstawania.
-Proszę, pomóżcie mi... -wyszeptałam, opierając się czołem o podłogę. -Ja już nie mogę...
Ponownie kręci mi się w głowie. Ponownie robi mi się ciemno przed oczami. Ponownie tracę przytomność.


-Ali, popatrz na mnie... - usłyszałam z oddali dobrze znany mi, dziewczęcy głos. -Alice, słyszysz mnie?
Pokiwałam głową z wielkim trudem, i otworzyłam ciężkie powieki. To Michelle. Zmartwiona, pełna troski.
Wróciła. Wróciła? -Napij się wody. - podała mi butelkę, którą ledwo złapałam. Była taka ciężka... Posłusznie zrobiłam, co kazała, i czekałam aż wróci mój ostry wzrok. Uśmiechnęła się blado, co chyba oznaczało, że jest ze mną lepiej.
-Dziękuję Michi... -odwzajemniłam uśmiech, odgarniając kosmyki ciemnobrązowych włosów z twarzy. -Co się ze mną działo? Prawie nic nie pamiętam...
-Traciłaś przytomność. Najpierw w łazience, pan Chou po Ciebie poszedł. - Od kiedy gwałt nazywa się pójściem po kogoś, bo zemdlał? -Potem przyszły kobiety z tego moteliku w Little Rock. A teraz znowu zemdlałaś.
-Tylko ja potrafię stracić przytomność 4 razy dziennie. - rzuciłam pół żartem, pół serio. Poczułam jak ręce zaczynają mi drgać. -Masz coś do jedzenia?
-Zaraz Ci coś przyniosę, poczekaj... - wstała i otworzyła szafkę. -Ciastka owsiane?
-Cokolwiek. - okryłam się leżącym obok kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno. Dziewczyna podała mi opakowanie i gapiła się jak jem. -Chcesz? - podałam jej pudełko.
-Nie, dziękuję. - wzięła gazetę do ręki i zaczęła ją wertować.
-Mogę Ci coś wytłumaczyć? - spojrzała na mnie spod kartek tygodnika dla kierowców.
-Ale o co Ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
-No bo, wtedy kiedy rzekomo spałam sobie w motelu, to ja...
-O, Mdlejąca Księżna się obudziła! - zawołał stojący w drzwiach Duff. No tylko jego mi teraz brakowało!
-Daj spokój, chciałam porozmawiać z Michelle. - popatrzył na mnie zdumiony. -Czyli idź stąd! - machnęłam ręką.
-Pan Chou chciał też gadać z Chelle, więc to ona idzie. - uśmiechnął się wrednie.
-No to sobie będzie musiał poczekać, mam jej coś ważniejszego do powiedzenia.
-Szczerze wątpię. Kto chciałby Cię słuchać? - wzruszył ramionami, chwycił blondynkę za ramiona i wyprowadził z części mieszkalnej -Znowu chcesz ją okłamać?
-Nie chcę jej okłamać, nigdy tego nie zrobiłam. - syknęłam na niego.
-Bardzo ciekawe...- wziął jabłko do ręki i rzucał nim w powietrzu.
-Jesteś chujem. - popatrzyłam mu prosto w oczy, po czym porwałam drugi koc.
-A Ty pizdą. - kolejny wredny uśmiech.
-Wyjdź. - zaczęłam się trząść. Zimny pot oblał moje ciało, a czoło było cholernie gorące.
-Nie. - usiadł naprzeciwko mnie, gryząc owoc.
Co mi się dzieje? Czyżby złapała mnie jakaś przeklęta grypa? Raczej nie, nie zaziębiłam się chyba.
Jakieś skutki uboczne po Sylwestrze? Też nie, w końcu jedziemy już 3 albo 4 dzień, to trochę późno na oznaki kaca. Kurwa. Wiem co mi jest.
-O, czyżby Alice była na głodzie? - powiedział ze sztuczną troską basista. -Ojejku, jejku. Biedactwo. - wygiął usta w kształt podkowy i przejechał palcem po swoim policzku.
-Nie, nie jestem. - zacisnęłam dłonie w pięści, żeby opanować ich drganie. -Nie jestem ćpunką...
-Owszem, jesteś. Tylko ćpunom tak się dzieje, kiedy dawno nie brali.
-Nie jestem ćpunką... Nie jestem...
-Jesteś, jesteś. Każdy ćpun tak mówi.
-A Ty jesteś pierdolonym alkoholikiem i nikt Ci tego nie wypomina! - wydarłam się na niego. Miałam serdecznie dość jego, tej całej podróży i życia. Czy ja jestem komukolwiek potrzebna?
-No bo zajebistym trzeba się urodzić.
-Zamknij się już... -warknęłam i położyłam się na boku, nierówno oddychając. A może faktycznie byłam na głodzie? Możliwe. W Sylwestra wzięłam dużo, nawet za dużo. Przez święta też trochę tego było. Jasna cholera. Jestem narkomanką? Znowu wróciło? Nie, nie... Tak nie może być. Nie zniszczę tym sobie życia.
Nie drugi raz. NIE.


Nastał wieczór, wjechaliśmy do Hope. Fajna nazwa miasta, nie? Szczególnie dla kogoś, kto stracił całą nadzieję.
-Jesteśmy niedaleko Dallas. Jutro będziemy musieli się rozstać. - powiedział kierowca, kiedy wysiadaliśmy z ciężarówki.
-Jaka szkoda. -rzuciłam z nutką ironii. -To gdzie się spotykamy i o której?
-Spotkamy się tutaj, na parkingu. - pokazał palcem na kawałek betonu, cokolwiek to miało znaczyć.- Czy ja wiem...? Jest 17. Więc o 22 zamykam drzwi do tira i do niego nie wejdziecie przez całą noc. - kaleczył lekko Wietnamczyk.
Duff i Michelle poszli się przejść po pobliskim parku, a ja, że zostałam sama, poszłam coś zjeść. Jak najdalej od Chou. Po drodze natknęłam się na bary szybkiej obsługi, wytworne restauracje i knajpy z Azjatyckim żarciem. Dzięki wycieczce krajoznawczej przed całe Stany nabrałam wstrętu do wszystkiego, co związane z Azją. No chyba że pandy. One za przezajebiste!
    Znalazłam się w tej mniej ciekawej części Hope; powybijane okna w zniszczonych kamienicach, prostytutki, patrol policyjny. Zdrowy rozsądek kazałby mi spierdzielać stamtąd bardzo, bardzo daleko, ale zdrowy rozsądek był chory.
A może Duff miał rację, że jestem ćpunką?
Zaraz.
On nigdy nie ma racji.
Ale w sumie tak wyglądam ; blada cera, podkrążone oczy, brudne, wymięte ubrania, potargane spodnie, rozlatujące się trampki i włosy odstające w każdą stronę.
Przeszłam się koło ciemnych, bocznych uliczek. 'Alice idź stąd' usłyszałam w głowie, ale szybko ten odgłos został stłumiony przez wycie syreny policyjnej.
Serce zaczęło mi szybciej bić...
Ręce się trzęsły...
Przejechali.
Co za ulga...
Tam na końcu ślepej uliczki stał przygarbiony i wystraszony chłopak. Chował coś szybko do kieszeni płaszcza, jakby bał się, że go nakryję. Byłam już na tyle blisko, żeby zobaczyć całą jego twarz - Blady szatyn z szarymi oczami. Podbiegłam do niego, ale wystraszył się i wszedł do jakiegoś mieszkania.
-Nie, zaczekaj! - uderzyłam pięścią o drzwi. -Wróć! Proszę! -osunęłam się po ścianie. -Wróć...
-Czego chcesz? - usłyszałam jego głos zza drzwi.
-Kupić. - otworzyły się niepewnie.
-Konkretniej? - stał przede mną, szukając w kieszeniach towaru.
-Masz Charliego? - popatrzył na mnie z góry.
-Mam. Ile? - wyciągnął woreczek z białym proszkiem.
-6 działek. - rzuciłam bez zastanowienia.
-Dziewczyno, chcesz się zabić? - złapał mnie za rękę, która wciąż drżała.
-Może... - odwróciłam wzrok. -Ile płacę?
-300$
-Nie możesz mniej? Mam tylko... - przegrzebałam kieszenie i portfel. -Niecałe 200.
-No to weź 4 działki, i zapłacisz 190$.
-Dobra, masz. - podałam mu pieniądze, a on mi Charliego. -Dzięki.
Zniknęłam za rogiem.
Błogość.
Nieświadomość.
Brak bólu.
-Tęskniłam za Tobą... - powiedziałam sama do siebie, kierując się do centrum Hope.
     Te neony były jeszcze bardziej rażące i kolorowe niż zwykle, ludzie milsi niż kiedykolwiek, a życie stało się takie piękne...
Sklep z bronią? Weszłam, kupiłam pistolet i wyszłam. Godzina? Ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą.
Ale było po 21. Ruszyłam przed siebie na kokainowym haju do tira, bo przecież pan Chou  mi drzwi zamknie i nie wejdę... Co ja bredzę?
Po cichu weszłam do ciężarówki, potykając się o kowbojki Duffa. Ich właściciel leżał na łóżku, spał.
Michi nie było, albo tak mi się wydawało. Hej, miałam przecież pistolet w ręce. A co jakby to wszystko zakończyć?
Nie chodzi mi o samobójstwo, przecież moje życie jest teraz takie cudowne! A może tak zabić obiekt moich problemów? Wycelowałam broń w basistę, z błogim uśmiechem dotykając spustu.

To był koniec.

23 stycznia 2013

19. When your fears subside...

Hej wszystkim ;)
Nie, nie mam jeszcze klawiatury, a ten rozdział pisałam na laptopie taty. Mam go rzadko, głównie wtedy, kiedy chcę pogadać na skype. Nowa klawiatura powinna być za niedługo, mam taką nadzieję...
Krótki, bo krótki. Wybaczcie.
Ustawiła mi się jakaś dziwna czcionka, ale nie mam pojęcia jak to naprawić.
A właśnie, jeszcze jedno - DZIĘKUJĘ. Za wszystko - za pozytywne komentarze, tą ilość wyświetleń, udostępnianie, czytanie... Wszystko ;*
Koniec zbędnego gadania, czas na rozdział ;)







Świetnie. Duff okłamał Michelle, i teraz jest na mnie wściekła. Cudownie.
Sięgnęłam pod ‘łóżko’ i przypadkowo wyciągnęłam spod niego zegarek, który wskazywał dokładnie południe.
Rozejrzałam się po części mieszkalnej tira; w kącie leżała koszulka, na ziemi było pełno papierków, opakowań po chrupkach, kilka butelek wody i gazety.  A jakiego typu były te gazety, to się chyba domyślacie
Chwyciłam opakowanie ciastek leżące na krześle obok, szybko otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść moje wykwintne śniadanie. W połowie paczki owsianych ciasteczek z czekoladą poczęstowałam Chelle. Znaczy chciałam, ale ona tylko zmierzyła mnie, i poszła do Duffa.
-People are strange, when you’re a stranger. Faces look ugly when you’re alone… - nuciłam pod nosem, kończąc jedzenie. Postanowiłam nie wychodzić z łóżko-stołu do końca dnia. Ba, do końca tej durnej podróży, ale tir gwałtownie się zatrzymał i spadłam na ziemię.
-
đi!Nhanh chóng ăn! tôi đi
! – krzyknął Wietnamczyk, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
-Mamy wyjść, coś zjeść a potem szybko wrócić. – warknął na mnie Duff, kiedy podnosiłam się powoli. Ból w żebrach i każdym mięśniu uniemożliwiał jakikolwiek ruch. – Co Ci się dzieje? – zmierzył mnie basista.
-Co mi się dzieje? – gdybym miała przy sobie maczetę, chętnie bym go zabiła.
-W sumie, i tak będziesz kłamać. Co mnie to obchodzi. – wzruszył ramionami i wyszedł z Michi.
-Cholera…- zaklęłam cicho pod nosem, trzymając się za szyję, na której widniały ślady po duszeniu. Mimo cholernego bólu wstałam i podeszłam do lustra. Teraz widzę, że mam nawet rozciętą wargę. Porwałam szybko skradzioną, żółtą bluzę, która po zapięciu zakrywała czerwone ślady na szyi i nadgarstkach. Niechętnie wyszłam z tira, głośno zamykając drzwi.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. Przed sobą mam tylko stację benzynową, przydrożną restaurację i… motel. Do końca życia będę miała wstręt do tego typu miejsc i nie mam zamiaru tam znowu wchodzić. Nigdy więcej.
Weszłam do restauracji, baru czy czegokolwiek w tym stylu, rozglądałam się za ‘towarzyszami podróży’ ; Siedzieli przy trzyosobowym stoliku, śmiejąc się i jedząc. Czyli dali mi jasno do zrozumienia, że nie mogę z nimi usiąść. Przegrzebałam kieszenie, w których znalazłam 20 dolców, usiadłam w pobliżu ich stolika, pilnując, żeby nie wyszli, zostawiając mnie samą na jakimś zadupiu.
-Co mogę podać? – dziewczyna koło trzydziestki uśmiechnęła się do mnie. W ręku trzymała niewielki notesik i długopis, a ubrana była w kiczowatą sukienkę i fartuszek. Widzę że kiczowaty syf to tutaj norma, jeśli chodzi o ubrania.  Przewertowałam menu, kątem oka patrząc na Pana Chou, Michelle i Duffa.
-Em… Jajka sadzone na bekonie i sok pomarańczowy. – odwzajemniłam uśmiech i rozpięłam delikatnie bluzę, bo było mi strasznie gorąco. Po chwili kobieta przyniosła mi jedzenie, i już miała iść do innego stolika, kiedy usiadła przy mnie.
-Kto Ci to zrobił? – zapytała, pokazując na moją szyję.
-Co? Nic tu nie mam przecież… - przerzuciłam włosy na drugą stronę i zapięłam bluzę. Chyba nie potrafię kłamać ,bo wciąż przy mnie siedziała. –Przepraszam, ale… To nie jest pani sprawa. Powinna pani wracać do stolika numer siedemnaście, jakiś bachor wylał tam herbatę. – rzuciłam, i zaczęłam jeść. Dziewczyna wstała, i popatrzyła na mnie z politowaniem. –Whatever… - szepnęłam sama do siebie, krojąc kawałek bekonu.
W połowie posiłku zauważyłam, że Duff woła kelnerkę, płacą jej i wychodzą. Porwałam kawałek bułki i pobiegłam do drzwi, bo byli już blisko ciężarówki.
-Ej! Nie zapłaciłaś! Wracaj! - krzyknęła za mną jakaś kobieta, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Emma, zostaw ją. To na koszt firmy. - powiedziała kelnerka, która mnie obsługiwała. Podziękowałam jej uśmiechem i cichym 'dziękuję'.
Przypadkowo wpadłam na Michelle, kiedy biegłam do tira. Upadłam na ziemię i  lekko rozcięłam dłoń. Brawo debilu.
-Przepraszam Michi, ja nie chciałam... - znowu ten ból, który Cię paraliżuje. Nie mogę się ruszyć...
-No dobrze nic się nie stało... Ej, co Ci jest, Ali...- zapytała dziewczyna.
-Chelle! Wsiadaj już, kupiłem Ci gazetę. - Duff złapał dziewczynę za ramiona i odwrócił ode mnie. Spojrzała jeszcze raz na mnie przez ramię, po czym wsiadła do tira. -Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytał szyderczo McKagan. -Podobno tu dziwek szukają do miejscowego burdelu. - uśmiechnął się wrednie.
Podniosłam się resztkami sił, i gapiłam się w jego twarz. Szybka matematyka ; jeśli on ma 190 cm wzrostu, a ja 178 to znaczy że...
-A ja słyszałam, że szukają jakiegoś geja do tańca na rurze. Nadasz się idealnie. - zniżył głowę do poziomu mojej twarzy, doskonałe położenie na prawego sierpowego...
-Zabawna jesteś. - gapił mi się na dekolt, a nic mnie bardziej nie wkurza, niż to. -Ale wiesz jeśli...- zamachnęłam się i dostał w twarz.
-Zamknij się już. - syknęłam i wyminęłam go. Wsiadłam do ciężarówki, i weszłam do części z łóżko-stołem.
Żyrafa chyba weszła do pojazdu, bo ruszyliśmy.
Cała podróż mijała tak samo ; siedziałam na łóżko-stole, oni świetnie bawili się rozmawiając z Wietnamczykiem, potem przerwa na obiadokolację, prysznic w przydrożnym motelu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wejdę, ale kiedy nie kąpałaś się trzy dni, to nie masz wyjścia.

Weszłam do motelowej łazienki po Michelle, zamknęłam drzwi na klucz, przyłożyłam je krzesłem dla bezpieczeństwa (nie wiem, skąd w łazience wzięło się krzesło, ale ok).
Stałam przez lustrem i zwyczajnie się gapiłam. Bałam się rozebrać, serio. Powoli zdjęłam bluzkę, potem spodnie. Kiedy usłyszałam, jak ktoś chodził po korytarzu,  przestraszona, owinęłam się ręcznikiem.
Cisza.
Niepewnie weszłam pod prysznic i ustawiłam ciepłą wodę. Myłam się tak szybko, że chyba do końca nie spłukałam z siebie mydła.
-Halo? Jesteś tam? - usłyszałam bardzo dobrze znany mi, męski głos. -Otwórz... - Chou pukał do drzwi coraz głośniej. - Powiedziałem, żebyś otworzyła! - krzyknął i uderzył pięścią w drzwi. W momencie byłam ubrana, otworzyłam drzwi i próbowałam wybiec, jednak mi nie poszło. -Już uciekasz? Nie zostaniesz? - złapał mnie w talii i znów wbijał palce w żebra.
-Nie, nie... Ja... - syknęłam z bólu. -Proszę, nie...


19 stycznia 2013

Informacja.

Nie, nie zawieszam.
Jest mały kłopot - mianowicie moja klawiatura odmówiła posługi.
Nie mam pojęcia, kiedy będę miała nową; może jutro, może za tydzień. Nie wiem.
Teraz piszę na klawiaturze ekranowej, i uwierzcie, że pisanie na niej na gg to katorga, a co dopiero pisanie długiego  rozdziału. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Dziękuję za ponad 3300 wyświetleń, jesteście cudowni! Do przeczytania (;  

                                                                                                                                             ~RocketQueen                                                                                          


10 stycznia 2013

18. It's only pain, it only hurts...

Taki krótki rozdział... Jakoś nie miałam ochoty na pisanie większej ilości - niby siedzę cały czwartek w domu, ale jakoś nie ma chęci. Ponawiam pytanie, bo odpowiedziały tylko 2 albo 3 osoby :
Czy interesowałyby Was zakładki 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'?

Keep on rockin' i do zobaczenia z niektórymi w Katowicach na Slashu *-*




Wypchnął mnie z ciężarówki. Przymknęłam oczy, trzymając w ręku 'podarunek'. To się nie dzieje naprawdę, proszę. To tylko koszmar, obudzę się za chwilę w moim łóżku przytulona do Stevena. To się nie dzieje naprawdę, błagam...
Otworzyłam oczy ; wciąż stałam na parkingu przed wielkim tirem, w którym siedziała osobą której  nienawidzę, osoba która zadaje mi ból samym swoim byciem. Która kiedyś mnie kochała. Teraz to osoba dla której jestem nikim ; zwykłą zabawką, która się znudziła. Zwykłą, zgniecioną kartką papieru, leżącą na ziemi. Zwykłym pośmiewiskiem. Kimś, kto według  niego nie czuje cierpienia i  bólu.
Jak ja niena­widzę te­go człowieka. Szkoda, że nie mam bro­ni, bo bym go za­biła. Że też ta­cy ludzie się rodzą. Wie­rzyłam mu, ufałam....
Dobra,  ko­niec z myśle­niem o tym. Koniec z myśleniem o nim. Koniec. 
Teraz czeka mnie coś nie mniej okropnego.
Szłam przed siebie niepewnie, stawiając małe, wolne kroki - byle tylko odwlekać to, co za chwilę miało się stać. Kiedy Wietnamczyk mnie zauważył, wszedł do motelu, wziął kluczyki, zaprowadził mnie do pokoju numer 17  i  uśmiechnął się sztucznie. Kiedyś uśmiech kojarzył mi się z czymś pozytywnym, z radością. Teraz kojarzy mi się z wredotą, obłudą i fałszem. Dziękuję Ci świecie, że robisz ze mnie zimną sukę. Dziękuję, że sprawiasz, że ludzie są potworami. Serdecznie dziękuję.
Weszliśmy do piekielnego pokoju numer 17 - mała, licha lampka delikatnie oświetlała ściany w kolorze czerwonego wina,  do których miał pasować beżowo-czerwony dywan. Na łóżku zobaczyłam kilka małych, fioletowych poduszek, dużą, bordową kołdrę i ciemnozielony koc. Mężczyzna rozłożył się na łóżku, a ja poszłam do łazienki, przebrać się w ten syf od McKagana. Ubrana w kiczowatą halkę, patrzyłam w brudne lustro z obrzydzeniem do samej siebie. Gdyby ktokolwiek mi kiedyś powiedział, że będę robiła za prostytutkę, żeby dostać się do domu z osobą, której nie znoszę, kazałabym mu iść się leczyć. Ale to się teraz dzieje. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wyszłam z łazienki. Uśmiechnęłam się sztucznie, kiedy zobaczyłam pana Chou stojącego przed łóżkiem. Od tego wszystkiego chyba szczękościsku dostanę.

*                                                                    *                                                                    *


Oberwałam.
Dostałam w twarz.
Upadłam na ziemię, trzymając się za piekący policzek.
-Długo mam jeszcze na Ciebie czekać? - krzyknął  na mnie. Siedziałam na ziemi ze spuszczoną głową. -Ile można się rozbierać, suko? - podniósł mnie z ziemi, a ja odwróciłam głowę w drugą stronę. Ścisnął mnie za ramię, że aż syknęłam z bólu. Zimna łza spłynęła po moim  policzku. -Nie rycz! - ponownie poczułam jego dłoń na twarzy. -Chyba coś powiedziałem! - trzęsąc się, usiadłam na łóżku. Kazał mi rozpiąć jego koszulę i zdjąć spodnie. Nie chciałam kolejny raz dostać, więc posłusznie zrobiłam wszystko. Jego krocze było na wysokości mojej twarzy. Odwróciłam głowę w drugą stronę, choć wiedziałam, czym to się może skończyć.
Tym razem złapał mnie w talii, wbił palce w żebra i rzucił na ścianę. Patrzyłam na jego niemalże czarne oczy i czułam jak łzy spływają po moim policzku z powodu bólu, jaki mi zadawał.
-Co, może nie masz ochoty? - wbił swoje palce między moje żebra ze zdwojoną siłą; wiłam się z bólu. -To może ja pójdę po Twoją koleżaneczkę, co? - to 'coś' między jego nogami dotykało mojego podbrzusza. -Odpowiedz! - szarpnął  mnie za włosy.
-Nie...Waż...Się..Dotykać... Michelle... - wydukałam resztkami sił.
-Cudownie... - mruknął, przysunął się do mnie bliżej i zaczął rozpinać mój biustonosz. Patrzyłam  w sufit,  modląc się, żeby to piekło się już skończyło.
Popchnął mnie na łóżko i ściągnął bokserki, to samo uczynił z moją bielizną.
Gwałtownie rozchylił moje nogi , po czym zdecydowanie i mocno wszedł we mnie.
Hell has begun...

*                                                                      *                                                                     *

Po wszystkim leżałam naga w łóżku,  gapiąc się w sufit. 'Co ja najlepszego zrobiłam?' -pytałam sama siebie.
Było kolo 4 nad ranem, a ja wciąż drżałam i cicho łkałam. Dotknęłam moich żeber ; każde bolało tak samo mocno. Stwierdziłam, że pójdę się ubrać, więc poszłam do łazienki, zbierając po drodze moje ubrania z ziemi.
Znów popatrzyłam w lustro - przekrwione oczy, zapuchnięte dolne powieki, czerwone policzki, na szyi ślady po duszeniu, na ramieniu siniak... Nie tak miał się zacząć Nowy Rok. To bezsensowne. Nie taki był plan, w każdym razie nie mój. Możliwe, że wszystko zmierzało w tym kierunku, ale bez mojej wiedzy. Mój plan nie był taki. Mój plan był lepszy. Mój plan miał sens. Mój plan był prosty - wsiadamy do autobusu, i jedziemy. Ale nie, nikt  nie będzie słuchał Alice, przecież ona się na niczym nie zna, prawda?
Ubrałam na siebie koszulkę i majtki, przemyłam twarz zimną wodą, łudząc się, ze może zmniejszy opuchliznę na twarzy. Cicho otworzyłam drzwi i usiadłam na ziemi, głęboko oddychając. W sumie, nie było czym oddychać, więc uchyliłam lekko okno, wpuszczając chłodne, świeże powietrze do pokoju.
Mężczyzna zaczął coś mówić przez sen, mamrotał, ale był tak jakby poddenerwowany ; ruchem ręki 'przeszukał' nerwowo łóżko, klnąc pod nosem.
-Gdzie jest ta kurwa... - zacisnął dłonie w pięść. Ze strachu, położyłam się obok niego. Przejechał po moim brzuchu zimną ręką. -Tu jest, bardzo dobrze... - i zasnął. Nie miałam ochoty żeby znowu mi groził, więc starałam się zasnąć koło niego. Po kilku minutach poczułam, jak ponownie dobiera się do moich majtek.
Ten dywan wyglądał na całkiem wygodny, więc to na nim spędziłam resztę nocy.



Obudziłam się w tirze.
Nawet nie obchodziło mnie to, jak ja się tu znalazłam.
Fajnie by było, gdybym pomyślała 'Ach! To był tylko zły sen! Och, ach, och.' ale ból wszystkiego nie pozwalał mi myśleć o niczym. Leżałam... W sumie, to  nie wiem co to było. Chyba coś w stylu leżako-łóżko-stołu. Koło mnie siedziała Michelle, patrzyła się w jeden punkt cały czas. W  końcu zauważyła, że się obudziłam i tylko odwróciła się w stronę punktu jej zainteresowania.
-Ej Michi... Co jest? - zapytałam zachrypniętym głosem.
-Fajnie się spało? - zapytała z pogardą.
-O co Ci chodzi? - zmarszczyłam brwi.
-O to, że mogłaś się wyspać na wygodnym łóżku w ciepłym pokoju, a Duff i ja musieliśmy się tu gnieść! - krzyknęła na mnie zła.
-Słucham? Kto Ci tak powiedział?! - podniosłam się wkurzona.
-Duff. - wzruszyła ramionami.
-A powiedział Ci, po co tam poszłam? - otworzyłam butelkę wody i szybko się napiłam.
-Nie, nie mówił. - otworzyłam już usta, żeby jej powiedzieć. -Ale nie mam ochoty tego słuchać, Duff ma rację. - przerwała mi. -Jesteś pieprzoną egoistką. - jedyna osoba, która mnie w tym towarzystwie rozumiała,  jest na mnie obrażona, za to, czego nie zrobiłam. Super.












3 stycznia 2013

17. I hate EVERYTHING about you, McKagan.

Na początku, krótkie ogłoszenia!
1. Przepraszam że taki krótki, ale jakoś nie miałam weny pisać więcej, wiecie...
2. Będzie zakładka 'Informowani', więc kto chciałby nim być, proszę o wpisanie się tam, i podanie w jaki sposób chcecie być informowani ( gg / blog)
3. Większość Bloggerek dziękuje za 30.000, 10.000, ewentualnie za 80.000 wyświetleń, a ja... Ja chciałam podziękować za prawie 2500 ;) I podziękować za każdy zostawiony, bardzo miły komentarz. Na prawdę, bardzo dziękuję. Gdyby nie Wy, nie pisałabym. Dziękuję jeszcze raz! ; *
4. Prosiłabym o wybranie reakcji, która znajduje się pod rozdziałem. A za komentarz się nie obrażę ;)
5. Mam już 5 obserwujących, co dla mnie jest zaszczytem, choć stosunkowo 5 to mało. Ale dla mnie to AŻ 5 osób!
6. Ostatni punkt! Mam taki dziki pomysł (xd), ale pomyślałam sobie ostatnio, czy nie stworzyć zakładek 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'. Co myślicie? Czytalibyście? Jeśli tak, napiszcie w komentarzu. Jeśli nie... To też napiszcie ;d
Dzięki za uwagę, zapraszam na rozdział :








-Jak my się tu znaleźliśmy?! JAK?! - zapytał wkurwiony do granic możliwości basista.
-Mnie się pytasz?! Może jestem temu winna, co? - krzyknęłam na niego.
-Pewnie tak. Zawsze pakowałaś mnie w kłopoty. - rzucił nonszalancko, i odpalił papierosa. O nie, tego było za wiele, przesadził.
-Zawsze? A co to znaczy 'zawsze'? - wyrwałam mu tlącego się papierosa z ręki. -Ile znaliśmy się w tym pierdolonym Seattle? Trzy tygodnie? Miesiąc? - wrzeszczałam na niego.
-Miesiąc i cztery dni. - odpowiedział, zawieszając głowę. Lekko zamarłam. Odpowiedziałam dopiero po chwili.
-Liczyłeś? - zapytałam drżącym głosem.
-Myślisz, że byłaś dla mnie kolejną dziwką?
-Tak myślę. - odparłam chłodno.
-No to się mylisz, zależało mi na Tobie. - popatrzyłam na niego. Kłamał, czy mówił prawdę? -Dopóki wszystkiego nie spierdoliłaś.
-Że jak!? Ja? Ja spierdoliłam sprawę? A kto mnie okradł i zostawił? - łzy spłynęły mi po policzkach, mimo tego, że nie chciałam się rozklejać. To za bardzo bolało.
-Słuchaj, nikt nie jest idealny. - wyrwał mi swojego papierosa z ręki i zaciągnął się dymem.
-Zaprzeczasz sam sobie. Jesteś... - zabrakło mi słowa. Wszystkie ciule i skurwysyny za mało oddawały moją złość. -Przepraszam. - tylko to z siebie wydusiłam. Chłopak był lekko zdezorientowany, ale chyba dumny, że doprowadził dziewczynę do płaczu. -Przepraszam, że nie jestem idealna. Przepraszam, naprawdę. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem pokażesz mi, że jestem dla ciebie nikim i wbijesz mi nóż w każdy centymetr skóry. - powiedziałam cicho przez łzy i wybiegłam z tego czegoś, co nazywało się 'mieszkaniem', na ulicę Nowego Jorku. Przestałam płakać, a zaczęłam ryczeć, bo znowu rany zostały otwarte. Bolało.
Nie odchodziło mnie to, że na dworze było jakieś 5 stopni powyżej zera i padał śnieg z deszczem. Usiadłam na krawężniku, i schowałam twarz w dłoniach.
Teraz zapewne powinnam pomyśleć, że to tylko zły sen, i  zaraz się obudzę. Ale ja byłam świadoma tego, co się dzieje. Przynajmniej mi się tak wydawało. Co ja mam teraz zrobić? Chyba poszukać reszty zespołu, mam nadzieję że też tu są. Podniosłam się, i wytarłam łzy spływające po policzku. Na samą myśl o tym, że mam wrócić do pomieszczenia, gdzie był Duff, zrobiło mi się słabo. Ponownie usiadłam, i starałam się jakoś opanować; w głowie kręciło mi się niemiłosiernie, trzęsłam się cała z zimna a do tego płakałam. Ukryłam głowę w dłoniach i starałam się opanować drżące ręce. Poczułam jak ktoś mnie czymś przykrywa, otula. Z trudem popatrzyłam do góry. Moim wybawieniem stała się mała Michelle. Była lepiej ubrana ode mnie - długie spodnie i jakaś za duża na nią skórzana kurtka zapewniały jej ciepło.
-Alice, wstawaj... Przeziębisz się. - mówiła takim spokojnym tonem. Podniosłam się i popatrzyłam na nią ; chyba była nieświadoma, gdzie się właśnie znajdujemy. -Zimno w tym Nowym Jorku... - a jednak wie.
-Cholernie. Musimy wracać. - rzuciłam. -Tylko jak? Jesteśmy na drugim końcu kraju!
-Ej, spokojnie. Przeszukaj kieszenie, wszystkie. - zaczęłyśmy grzebać w kieszeniach kurtek i spodni. -Masz coś?

-Portfel Anthony'ego z całkiem niezłą zawartością... - przeliczyłam szybko banknoty. -78 dolarów. Mam jeszcze kupon na darmowe obiady w jakiejś knajpie i... paczkę gumek. - Włożyłam 'skarby' z powrotem do kieszeni, i zapięłam kurtkę, zapewne Tony'ego.
-Ja mam 12 dolców, talon do klubu striptizerek, i naszyjnik. Ładny jest. - przyjrzała się delikatnemu łańcuszkowi ze srebrną gitarą. -No to co, idziemy po Duffa i w drogę? - na sam dźwięk jego imienia aż się we mnie coś zagotowało.
-Tak. Oczywiście. -wysiliłam się na lekki uśmiech. -Wiesz, a mogłabyś sama po niego iść? Mi jest trochę duszno, wiesz... I jakby pozostali jeszcze spali, to wiesz, ten tego... -pomachałam wymownie rękami. Nie chciałam powiedzieć 'okradnij ich', ale w sumie tak było. Albo nie; Jak mówi Slash 'pożyczamy na czas nieokreślony'.
-Spoko, rozumiem. - zaśmiała się pod nosem. Zastanawiam się tylko, co mała Michi miała z geografii. Dobra, kij z tym. Teraz tylko dostać się do Kalifornii. Po chwili wróciła z Duffem, mając przy sobie jeszcze kilka butelek wody, czarne dżinsy, żółtą bluzę i dwie pary trampek.
-Duff ma jeszcze trochę kasy i mapę. - ciszę między mną, a McKaganem przerwała Chelle. -Ali?
-Mam pomysł, może pójdziemy coś zjeść. Znalazłam talon na obiady w jakimś barze. - unikałam spojrzenia basisty, więc gapiłam się na dziewczynę.
- A może poszukalibyśmy innych? - rzucił chłopak. -Jak zwykle, ta tylko o sobie.
-No to Ty idziesz na poszukiwania, a Michelle i ja idziemy jeść. Proste. - wzruszyłam ramionami i złapałam dziewczynę pod ramię.
-Nie, nie, kurwa nie. Nie ma tak. Chodzimy wszyscy razem, bo się znowu pogubimy. - ukatrupiłabym za ten nonszalancki wzrok.
-No to idziemy coś zjeść! - powiedziała Michelle.
-Świetny pomysł, come on! - Czy ja przed chwilą nie powiedziałam tego... A nieważne. Poszliśmy pod adres napisany na kuponie i zjedliśmy jakieś naleśniki.
Nie powiem, zawsze chciałam zwiedzić N.Y. No może nie w takich okolicznościach, ale ok. Jako że pan McSkurwysyn nalegał, żeby poszukać innych, no to prędzej czy później to zrobiliśmy. Przy okazji pospacerowałam po Central Parku. Kiedy nasze poszukiwania zaczęły przybierać postać rozglądania się za jedzeniem, stwierdziliśmy że przydałoby się wydostać z Miasta, które nigdy nie śpi.

-Ktoś wie, gdzie jesteśmy? -zapytała zmęczona Michelle, uporczywie poszukując wolnej ławki.
-Nie bardzo. Pełno tu ludzi, więc... -zaczął Duff.
-Która to aleja? -zapytałam, wchodząc mu w słowo.
-Bodajże Siódma. A ulica... - przymrużyła oczy w poszukiwaniu numeru. -Czterdziesta pierwsza. A po co Ci to?
-Czterdziesta pierwsza, czterdziesta pierwsza...A na czterdziestej drugiej jest...-pomyślałam chwilę- Jesteśmy koło Times Square. - uśmiechnęłam się lekko.
-Na pewno, już Ci uwierzę. - rzucił basista. -Skąd to niby wiesz, pani Atlas Świata? - wskazałam mu palcem na jedną ulicę, na której końcu było widać pełno neonów, ludzi, restauracji oraz różnego typu korporacji i firm. -No super, pokazałaś mi Nowy Jork. Ale skąd mam pewność, że to akurat Times? - co za wkurwiający osobnik.
-Może dlatego, że tam jest siedziba MTV? - pokazałam mu palcem. -A tam Broadway 1585. A tam - odwróciłam się na pięcie - Jest plac Times 5. Dalej nie wierzysz?  - Machnął tylko ręką.
-Alice, skąd ty to wiesz? Myślałam, że tu nigdy nie byłaś. - popatrzyła na mnie Michi.
-Bo nie byłam. Ale zawsze chciałam. Znam mapę Central Parku na pamięć, a o Times Square wiem w sumie mało. - popatrzyła na mnie zdziwiona. -Każdy ma jakieś zboczenia, nie? -uśmiechnęłam się lekko.
-Nieźle... - pokiwała głową. -Widzę faceta z hot dogami! - pobiegła do budki i szybko wróciła z trzema porcjami jedzenia. -Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!
Co jak co, ale głodni bylismy praktycznie cały czas. Do czasu, kiedy znaleźliśmy na ulicy 10 baksów i poszliśmy na Pizzę Nowojorską - wtedy nie miałam ochoty patrzeć na jedzenie przez dwa dni.
Rozeszliśmy się w poszukiwaniu rozkładów autobusów, albo czegoś w tym stylu. Nie było bezpośrednich połączeń do Los Angeles, więc szukaliśmy jakiegokolwiek ; Chicago, Boston, Atlanta, Nashville, Indianapolis. Reakcją na ostatnią miejscowość był przyspieszony oddech. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tym miejscem. NIC.
-Ej Alice. - Michelle wskazała palcem na mapę. -Ty nie jesteś przypadkiem z Indiany? - zgniotłam w ręku jakąś ulotkę.
-Tak. Jestem. Ale nie mam zamiaru tam wracać. Nigdy. - ostatnie słowo wycedziłam przez zęby.
-Jej, przepraszam, nie wiedziałam że nie chciałaś o tym gadać. - przeprosiła mnie Chelle.
-Nie, spoko. Ok. - poklepałam ją po ramieniu.- Powinniśmy się zwijać... A co powiesz, jakbyśmy pojechali tu... -wskazałam jej na mapie Nashville. -A potem tutaj, do Oklahomy. Wiem, że stamtąd jest już bezpośrednie połączenie do L.A. - Młoda pokiwała głową, a wtedy pojawił się zdyszany Duff.
-Tu jesteś... -zawołał do Michi, po czym zobaczył mnie. - Jesteście. -  poprawił się niechętnie - Wracamy do domu. Na końcu 46 ulicy jest pan Chou, jedzie do Dallas tirem, więc bierzemy się z nim! - uśmiechnął się, dumny ze swojej 'roboty'.
-Pan Chou? Do Dallas? Tirem? - zapytałam zmieszana. -No dobra, idziemy. - rzuciłam.
Przeszliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy naszym oczom okazał się spory parking i jeden, stojący na nim, ogromny tir.
-Dzień dobry panie Chou. - uśmiechnął się sztucznie McKagan. -Możemy już jechać? - Azjata w średnim wieku popatrzył na nas, następnie na Duffa, a potem znowu na nas.
-Tak, tak. C
húng ta phải nhanh lên! Ngay lập tức hoàng hôn! - wymieniłam spojrzenia z Mish. -Znaczy.. Ruszajmy! - uśmiechnął się szeroko, prawie jak Steven. Ale mi go brakowało, bez Adlerka pusto w środku.
     Weszliśmy do wielkiego tira ; z przodu były 4 siedzenia, z tyłu coś w stylu małej kuchni i łazienki oraz niewielkie łóżko. Usiedliśmy na przodzie, koło pana Chou siedziała Chelle, potem Duff i ja. Gorzej trafić nie mogłam. Owy Chou był z Wietnamu, i wiózł produkty z tamtego kraju do Dallas, na światowy rynek. Miał 6 dzieci i 'cudowną żonę', ale pochodził z niezamożnej rozdziny. To wszystko opowiadał nam bite 3 godziny.
Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej  w okolicach Annapolis. Z tira wyszedł kierowca, a Michi poszła do toalety - czyli zostałam z panem McKaganem sama na jakieś 15 minut, cudownie.
Nie odzywaliśmy się do siebie - ja patrzyłam za okno, obserwując pana Chou, który akurat palił, a on zmieniał stacje radiowe. Po jakimś czasie rzucił mi na kolana małą reklamówkę.
-Nie wiem czy wiesz, ale prezenty to się raczej daje na święta. - wzięłam do ręki 'podarunek' i trzymałam go w powietrzu, żeby go zabrał.
-Ubierz się w to. - rozpakowałam torebkę i zobaczyłam jakiś tandetną, czerwono-czarną, koronkową halkę i stringi.
-Chyba kpisz. - pokręciłam głową.
-A myślisz, że jedziemy za darmo? Radzę Ci się ubrać, pan Chou będzie czekał w pokoju numer 17 w tym motelu. - pokazał mi ręką na rozpadający się dom.
-Zapomnij. Nigdzie nie idę. - skrzyżowałam ręce na piersiach.
-Pomyślałem, że Michelle jest za młoda, a ty puszczasz się co chwilę. Więc to dla Ciebie nie problem, prawda? - uśmiechnął się wrednie. Nienawidzę go. Nienawidzę. Nazwał mnie dziwką. Nienawidzę gnoja.
-Żartujesz sobie ze mnie. - pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-A wyglądam jakbym żartował? - kierowca ciężarówki podszedł do drzwi motelu i patrzył za mną. -Miłej zabawy. - uśmiechnął się podle.