Po pierwsze - Przepraszam.
Po drugie - To NIE jest ostatni rozdział.
-Zostaw mnie... Proszę....- powiedziałam cicho przez łzy, starając się wyrwać z jego ramion.
-A niby czemu? Zapewniasz mi niezłą rozrywkę. - syknął, i przycisnął mnie mocniej do ściany. Jedyne co wtedy widziałam, to jego brudną bluzkę i flanelową koszulę. Wyrywałam się i starałam uciec, choć tylko uderzałam mokrymi kosmykami włosów o jego klatkę piersiową. -No chodź...- mruknął i rozpiął delikatnie moje spodnie.
-Nie! Zostaw mnie! - krzyknęłam, za co dostałam w twarz. Wydzierałam się o pomoc, łudząc się, że ktokolwiek mnie usłyszy; Nic z tego. Nikt nie przyszedł, nikt nie pomógł, nikt nie usłyszał. A może nie chciał usłyszeć?
Leżałam na zimnych kafelkach i nie mogłam się ruszyć - znowu strach, paraliżujący Twoje ciało. Znowu obrzydzenie do samej siebie. Ten zboczeniec dobierał się do dolnej części garderoby; czułam jego lodowatą rękę na podbrzuszu. Płakanie już nie pomoże; Nigdy nie pomagało... Leżałam jak lalka, patrzyłam się w jeden punkt. Nie wyrywałam się, nie rzucałam, nie krzyczałam, nie płakałam. Modliłam się, żeby już skończył. Niech w końcu się wyżyje i zostawi mnie w spokoju.
-Proszę... - szepnęłam, patrząc w sufit. -Błagam... - jęknęłam głośniej, bo przejechał szorstką dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, sprawiając że zadrgałam ze strachu. -Skończ już... -zawyłam, czując jak łza spływa po policzku. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, bo to i tak nic nie da. Obiecałam też sobie, że będę szczęśliwa. A jak jest, to można zobaczyć na załączonym obrazku.
Albo jestem na zaawansowanym poziomie choroby psychicznej, ale słyszałam kroki. Odwróciłam głowę w stronę drzwi; cisza.
Słychać jedynie przyspieszony oddech mężczyzny.
Znowu kroki.
Cisza.
Wiązanka przekleństw.
Cisza.
Czy mój mózg desperacko próbuje mnie pocieszyć, tworząc odgłos obcasów uderzających o posadzkę?
Kroki.
Słychać je coraz wyraźniej.
Pozbawiona dolnej części ubrania, błagalnie patrzyłam na drzwi, oczekując pomocy.
Jestem niemal pewna, że ktoś chodzi koło drzwi.
Cisza.
Desperacki krzyk.
Ciemność.
Ból.
Powieki mimowolnie zamykały się i otwierały, widziałam jedynie urywki, i to tego jak przez mgłę. Ktoś mnie szarpał, krzyczał, ale nie wiem na kogo. Kręciło mi się w głowie, wszystko było takie niewyraźne, rozmazane. Tępy ból obezwładnił moje ciało...
-Ej, mała. Popatrz na mnie. -ktoś poklepał mnie lekko po policzku, mimo to bolało, jakby ktoś przyłożył mi prawego sierpowego. -Ej...Słyszysz mnie? -nawet głos był niewyraźny, ale wnioskuję, że to kobieta.
-Michelle?! - krzyknęłam, wykorzystując resztki sił.
-Nie... Nie jestem żadną Michelle. - podniosła głos. -Jestem Carolina. A Ty jesteś...?
Pobita, zgwałcona, samotna, nieszczęśliwa, krwawiąca, zmieszana z błotem, znienawidzona....
-Alice - odpowiedziałam dopiero po chwili. - Możesz mi powiedzieć, jak się tutaj znalazłam? - rozejrzałam się dookoła; w takiej spelunie nigdy nie byliście. Kobiety pluły na blaty, żeby je 'wyczyścić', mężczyźni leżeli bezwładnie pod stołami, trzymając o życie butelki w dłoniach. Niektóre okna były poprzybijane deskami, jedno nie miało nawet szyby. Ciężki dym tanich papierosów unosił się w powietrzu i mieszał się z ostrym smrodem potu.
-Witamy w Little Rock! - Carolina podała mi butelkę wody i chwyciła mnie za ramię; Chyba znowu tracę przytomność.
A teraz gdzie jestem? Dobre pytanie. Ok, określam położenie - Za twarde na łóżko, za miękkie na trumnę. Hm. Powietrze chłodne i rześkie, czyli nie jestem w grobie. A szkoda.
Słyszę rozmowę, czyli jestem wśród ludzi.
Otworzyłam oczy. Rażące światło lekko mnie oślepiło, więc kilka razy przetarłam powieki.
Tir.
Czyli jednak piekło trwa.
Przewróciłam się na brzuch i próbowałam się podnieść, ale wszystko tak cholernie bolało... Przyłożyłam policzek do podłogi, tak przyjemnie zimnej. Kilka głębokich oddechów i druga próba wstawania.
-Proszę, pomóżcie mi... -wyszeptałam, opierając się czołem o podłogę. -Ja już nie mogę...
Ponownie kręci mi się w głowie. Ponownie robi mi się ciemno przed oczami. Ponownie tracę przytomność.
-Ali, popatrz na mnie... - usłyszałam z oddali dobrze znany mi, dziewczęcy głos. -Alice, słyszysz mnie?
Pokiwałam głową z wielkim trudem, i otworzyłam ciężkie powieki. To Michelle. Zmartwiona, pełna troski.
Wróciła. Wróciła? -Napij się wody. - podała mi butelkę, którą ledwo złapałam. Była taka ciężka... Posłusznie zrobiłam, co kazała, i czekałam aż wróci mój ostry wzrok. Uśmiechnęła się blado, co chyba oznaczało, że jest ze mną lepiej.
-Dziękuję Michi... -odwzajemniłam uśmiech, odgarniając kosmyki ciemnobrązowych włosów z twarzy. -Co się ze mną działo? Prawie nic nie pamiętam...
-Traciłaś przytomność. Najpierw w łazience, pan Chou po Ciebie poszedł. - Od kiedy gwałt nazywa się pójściem po kogoś, bo zemdlał? -Potem przyszły kobiety z tego moteliku w Little Rock. A teraz znowu zemdlałaś.
-Tylko ja potrafię stracić przytomność 4 razy dziennie. - rzuciłam pół żartem, pół serio. Poczułam jak ręce zaczynają mi drgać. -Masz coś do jedzenia?
-Zaraz Ci coś przyniosę, poczekaj... - wstała i otworzyła szafkę. -Ciastka owsiane?
-Cokolwiek. - okryłam się leżącym obok kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno. Dziewczyna podała mi opakowanie i gapiła się jak jem. -Chcesz? - podałam jej pudełko.
-Nie, dziękuję. - wzięła gazetę do ręki i zaczęła ją wertować.
-Mogę Ci coś wytłumaczyć? - spojrzała na mnie spod kartek tygodnika dla kierowców.
-Ale o co Ci chodzi? - zmarszczyła brwi.
-No bo, wtedy kiedy rzekomo spałam sobie w motelu, to ja...
-O, Mdlejąca Księżna się obudziła! - zawołał stojący w drzwiach Duff. No tylko jego mi teraz brakowało!
-Daj spokój, chciałam porozmawiać z Michelle. - popatrzył na mnie zdumiony. -Czyli idź stąd! - machnęłam ręką.
-Pan Chou chciał też gadać z Chelle, więc to ona idzie. - uśmiechnął się wrednie.
-No to sobie będzie musiał poczekać, mam jej coś ważniejszego do powiedzenia.
-Szczerze wątpię. Kto chciałby Cię słuchać? - wzruszył ramionami, chwycił blondynkę za ramiona i wyprowadził z części mieszkalnej -Znowu chcesz ją okłamać?
-Nie chcę jej okłamać, nigdy tego nie zrobiłam. - syknęłam na niego.
-Bardzo ciekawe...- wziął jabłko do ręki i rzucał nim w powietrzu.
-Jesteś chujem. - popatrzyłam mu prosto w oczy, po czym porwałam drugi koc.
-A Ty pizdą. - kolejny wredny uśmiech.
-Wyjdź. - zaczęłam się trząść. Zimny pot oblał moje ciało, a czoło było cholernie gorące.
-Nie. - usiadł naprzeciwko mnie, gryząc owoc.
Co mi się dzieje? Czyżby złapała mnie jakaś przeklęta grypa? Raczej nie, nie zaziębiłam się chyba.
Jakieś skutki uboczne po Sylwestrze? Też nie, w końcu jedziemy już 3 albo 4 dzień, to trochę późno na oznaki kaca. Kurwa. Wiem co mi jest.
-O, czyżby Alice była na głodzie? - powiedział ze sztuczną troską basista. -Ojejku, jejku. Biedactwo. - wygiął usta w kształt podkowy i przejechał palcem po swoim policzku.
-Nie, nie jestem. - zacisnęłam dłonie w pięści, żeby opanować ich drganie. -Nie jestem ćpunką...
-Owszem, jesteś. Tylko ćpunom tak się dzieje, kiedy dawno nie brali.
-Nie jestem ćpunką... Nie jestem...
-Jesteś, jesteś. Każdy ćpun tak mówi.
-A Ty jesteś pierdolonym alkoholikiem i nikt Ci tego nie wypomina! - wydarłam się na niego. Miałam serdecznie dość jego, tej całej podróży i życia. Czy ja jestem komukolwiek potrzebna?
-No bo zajebistym trzeba się urodzić.
-Zamknij się już... -warknęłam i położyłam się na boku, nierówno oddychając. A może faktycznie byłam na głodzie? Możliwe. W Sylwestra wzięłam dużo, nawet za dużo. Przez święta też trochę tego było. Jasna cholera. Jestem narkomanką? Znowu wróciło? Nie, nie... Tak nie może być. Nie zniszczę tym sobie życia.
Nie drugi raz. NIE.
Nastał wieczór, wjechaliśmy do Hope. Fajna nazwa miasta, nie? Szczególnie dla kogoś, kto stracił całą nadzieję.
-Jesteśmy niedaleko Dallas. Jutro będziemy musieli się rozstać. - powiedział kierowca, kiedy wysiadaliśmy z ciężarówki.
-Jaka szkoda. -rzuciłam z nutką ironii. -To gdzie się spotykamy i o której?
-Spotkamy się tutaj, na parkingu. - pokazał palcem na kawałek betonu, cokolwiek to miało znaczyć.- Czy ja wiem...? Jest 17. Więc o 22 zamykam drzwi do tira i do niego nie wejdziecie przez całą noc. - kaleczył lekko Wietnamczyk.
Duff i Michelle poszli się przejść po pobliskim parku, a ja, że zostałam sama, poszłam coś zjeść. Jak najdalej od Chou. Po drodze natknęłam się na bary szybkiej obsługi, wytworne restauracje i knajpy z Azjatyckim żarciem. Dzięki wycieczce krajoznawczej przed całe Stany nabrałam wstrętu do wszystkiego, co związane z Azją. No chyba że pandy. One za przezajebiste!
Znalazłam się w tej mniej ciekawej części Hope; powybijane okna w zniszczonych kamienicach, prostytutki, patrol policyjny. Zdrowy rozsądek kazałby mi spierdzielać stamtąd bardzo, bardzo daleko, ale zdrowy rozsądek był chory.
A może Duff miał rację, że jestem ćpunką?
Zaraz.
On nigdy nie ma racji.
Ale w sumie tak wyglądam ; blada cera, podkrążone oczy, brudne, wymięte ubrania, potargane spodnie, rozlatujące się trampki i włosy odstające w każdą stronę.
Przeszłam się koło ciemnych, bocznych uliczek. 'Alice idź stąd' usłyszałam w głowie, ale szybko ten odgłos został stłumiony przez wycie syreny policyjnej.
Serce zaczęło mi szybciej bić...
Ręce się trzęsły...
Przejechali.
Co za ulga...
Tam na końcu ślepej uliczki stał przygarbiony i wystraszony chłopak. Chował coś szybko do kieszeni płaszcza, jakby bał się, że go nakryję. Byłam już na tyle blisko, żeby zobaczyć całą jego twarz - Blady szatyn z szarymi oczami. Podbiegłam do niego, ale wystraszył się i wszedł do jakiegoś mieszkania.
-Nie, zaczekaj! - uderzyłam pięścią o drzwi. -Wróć! Proszę! -osunęłam się po ścianie. -Wróć...
-Czego chcesz? - usłyszałam jego głos zza drzwi.
-Kupić. - otworzyły się niepewnie.
-Konkretniej? - stał przede mną, szukając w kieszeniach towaru.
-Masz Charliego? - popatrzył na mnie z góry.
-Mam. Ile? - wyciągnął woreczek z białym proszkiem.
-6 działek. - rzuciłam bez zastanowienia.
-Dziewczyno, chcesz się zabić? - złapał mnie za rękę, która wciąż drżała.
-Może... - odwróciłam wzrok. -Ile płacę?
-300$
-Nie możesz mniej? Mam tylko... - przegrzebałam kieszenie i portfel. -Niecałe 200.
-No to weź 4 działki, i zapłacisz 190$.
-Dobra, masz. - podałam mu pieniądze, a on mi Charliego. -Dzięki.
Zniknęłam za rogiem.
Błogość.
Nieświadomość.
Brak bólu.
-Tęskniłam za Tobą... - powiedziałam sama do siebie, kierując się do centrum Hope.
Te neony były jeszcze bardziej rażące i kolorowe niż zwykle, ludzie milsi niż kiedykolwiek, a życie stało się takie piękne...
Sklep z bronią? Weszłam, kupiłam pistolet i wyszłam. Godzina? Ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą.
Ale było po 21. Ruszyłam przed siebie na kokainowym haju do tira, bo przecież pan Chou mi drzwi zamknie i nie wejdę... Co ja bredzę?
Po cichu weszłam do ciężarówki, potykając się o kowbojki Duffa. Ich właściciel leżał na łóżku, spał.
Michi nie było, albo tak mi się wydawało. Hej, miałam przecież pistolet w ręce. A co jakby to wszystko zakończyć?
Nie chodzi mi o samobójstwo, przecież moje życie jest teraz takie cudowne! A może tak zabić obiekt moich problemów? Wycelowałam broń w basistę, z błogim uśmiechem dotykając spustu.
To był koniec.
Przed przebywaniem w towarzystwie rockmanów skonsultuj się z lekarzem bądź psychiatrą, gdyż każdy ruch niewłaściwie postawiony zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.
9 lutego 2013
23 stycznia 2013
19. When your fears subside...
Hej wszystkim ;)
Nie, nie mam jeszcze klawiatury, a ten rozdział pisałam na laptopie taty. Mam go rzadko, głównie wtedy, kiedy chcę pogadać na skype. Nowa klawiatura powinna być za niedługo, mam taką nadzieję...
Krótki, bo krótki. Wybaczcie.
Ustawiła mi się jakaś dziwna czcionka, ale nie mam pojęcia jak to naprawić.
A właśnie, jeszcze jedno - DZIĘKUJĘ. Za wszystko - za pozytywne komentarze, tą ilość wyświetleń, udostępnianie, czytanie... Wszystko ;*
Koniec zbędnego gadania, czas na rozdział ;)
Świetnie. Duff okłamał Michelle, i teraz jest na mnie wściekła. Cudownie.
Sięgnęłam pod ‘łóżko’ i przypadkowo wyciągnęłam spod niego zegarek, który wskazywał dokładnie południe.
Rozejrzałam się po części mieszkalnej tira; w kącie leżała koszulka, na ziemi było pełno papierków, opakowań po chrupkach, kilka butelek wody i gazety. A jakiego typu były te gazety, to się chyba domyślacie
Chwyciłam opakowanie ciastek leżące na krześle obok, szybko otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść moje wykwintne śniadanie. W połowie paczki owsianych ciasteczek z czekoladą poczęstowałam Chelle. Znaczy chciałam, ale ona tylko zmierzyła mnie, i poszła do Duffa.
-People are strange, when you’re a stranger. Faces look ugly when you’re alone… - nuciłam pod nosem, kończąc jedzenie. Postanowiłam nie wychodzić z łóżko-stołu do końca dnia. Ba, do końca tej durnej podróży, ale tir gwałtownie się zatrzymał i spadłam na ziemię.
-đi!Nhanh chóng ăn! tôi đi! – krzyknął Wietnamczyk, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
-Mamy wyjść, coś zjeść a potem szybko wrócić. – warknął na mnie Duff, kiedy podnosiłam się powoli. Ból w żebrach i każdym mięśniu uniemożliwiał jakikolwiek ruch. – Co Ci się dzieje? – zmierzył mnie basista.
-Co mi się dzieje? – gdybym miała przy sobie maczetę, chętnie bym go zabiła.
-W sumie, i tak będziesz kłamać. Co mnie to obchodzi. – wzruszył ramionami i wyszedł z Michi.
-Cholera…- zaklęłam cicho pod nosem, trzymając się za szyję, na której widniały ślady po duszeniu. Mimo cholernego bólu wstałam i podeszłam do lustra. Teraz widzę, że mam nawet rozciętą wargę. Porwałam szybko skradzioną, żółtą bluzę, która po zapięciu zakrywała czerwone ślady na szyi i nadgarstkach. Niechętnie wyszłam z tira, głośno zamykając drzwi.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. Przed sobą mam tylko stację benzynową, przydrożną restaurację i… motel. Do końca życia będę miała wstręt do tego typu miejsc i nie mam zamiaru tam znowu wchodzić. Nigdy więcej.
Weszłam do restauracji, baru czy czegokolwiek w tym stylu, rozglądałam się za ‘towarzyszami podróży’ ; Siedzieli przy trzyosobowym stoliku, śmiejąc się i jedząc. Czyli dali mi jasno do zrozumienia, że nie mogę z nimi usiąść. Przegrzebałam kieszenie, w których znalazłam 20 dolców, usiadłam w pobliżu ich stolika, pilnując, żeby nie wyszli, zostawiając mnie samą na jakimś zadupiu.
-Co mogę podać? – dziewczyna koło trzydziestki uśmiechnęła się do mnie. W ręku trzymała niewielki notesik i długopis, a ubrana była w kiczowatą sukienkę i fartuszek. Widzę że kiczowaty syf to tutaj norma, jeśli chodzi o ubrania. Przewertowałam menu, kątem oka patrząc na Pana Chou, Michelle i Duffa.
-Em… Jajka sadzone na bekonie i sok pomarańczowy. – odwzajemniłam uśmiech i rozpięłam delikatnie bluzę, bo było mi strasznie gorąco. Po chwili kobieta przyniosła mi jedzenie, i już miała iść do innego stolika, kiedy usiadła przy mnie.
-Kto Ci to zrobił? – zapytała, pokazując na moją szyję.
-Co? Nic tu nie mam przecież… - przerzuciłam włosy na drugą stronę i zapięłam bluzę. Chyba nie potrafię kłamać ,bo wciąż przy mnie siedziała. –Przepraszam, ale… To nie jest pani sprawa. Powinna pani wracać do stolika numer siedemnaście, jakiś bachor wylał tam herbatę. – rzuciłam, i zaczęłam jeść. Dziewczyna wstała, i popatrzyła na mnie z politowaniem. –Whatever… - szepnęłam sama do siebie, krojąc kawałek bekonu.
W połowie posiłku zauważyłam, że Duff woła kelnerkę, płacą jej i wychodzą. Porwałam kawałek bułki i pobiegłam do drzwi, bo byli już blisko ciężarówki.
-Ej! Nie zapłaciłaś! Wracaj! - krzyknęła za mną jakaś kobieta, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Emma, zostaw ją. To na koszt firmy. - powiedziała kelnerka, która mnie obsługiwała. Podziękowałam jej uśmiechem i cichym 'dziękuję'.
Przypadkowo wpadłam na Michelle, kiedy biegłam do tira. Upadłam na ziemię i lekko rozcięłam dłoń. Brawo debilu.
-Przepraszam Michi, ja nie chciałam... - znowu ten ból, który Cię paraliżuje. Nie mogę się ruszyć...
-No dobrze nic się nie stało... Ej, co Ci jest, Ali...- zapytała dziewczyna.
-Chelle! Wsiadaj już, kupiłem Ci gazetę. - Duff złapał dziewczynę za ramiona i odwrócił ode mnie. Spojrzała jeszcze raz na mnie przez ramię, po czym wsiadła do tira. -Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytał szyderczo McKagan. -Podobno tu dziwek szukają do miejscowego burdelu. - uśmiechnął się wrednie.
Podniosłam się resztkami sił, i gapiłam się w jego twarz. Szybka matematyka ; jeśli on ma 190 cm wzrostu, a ja 178 to znaczy że...
-A ja słyszałam, że szukają jakiegoś geja do tańca na rurze. Nadasz się idealnie. - zniżył głowę do poziomu mojej twarzy, doskonałe położenie na prawego sierpowego...
-Zabawna jesteś. - gapił mi się na dekolt, a nic mnie bardziej nie wkurza, niż to. -Ale wiesz jeśli...- zamachnęłam się i dostał w twarz.
-Zamknij się już. - syknęłam i wyminęłam go. Wsiadłam do ciężarówki, i weszłam do części z łóżko-stołem.
Żyrafa chyba weszła do pojazdu, bo ruszyliśmy.
Cała podróż mijała tak samo ; siedziałam na łóżko-stole, oni świetnie bawili się rozmawiając z Wietnamczykiem, potem przerwa na obiadokolację, prysznic w przydrożnym motelu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wejdę, ale kiedy nie kąpałaś się trzy dni, to nie masz wyjścia.
Weszłam do motelowej łazienki po Michelle, zamknęłam drzwi na klucz, przyłożyłam je krzesłem dla bezpieczeństwa (nie wiem, skąd w łazience wzięło się krzesło, ale ok).
Stałam przez lustrem i zwyczajnie się gapiłam. Bałam się rozebrać, serio. Powoli zdjęłam bluzkę, potem spodnie. Kiedy usłyszałam, jak ktoś chodził po korytarzu, przestraszona, owinęłam się ręcznikiem.
Cisza.
Niepewnie weszłam pod prysznic i ustawiłam ciepłą wodę. Myłam się tak szybko, że chyba do końca nie spłukałam z siebie mydła.
-Halo? Jesteś tam? - usłyszałam bardzo dobrze znany mi, męski głos. -Otwórz... - Chou pukał do drzwi coraz głośniej. - Powiedziałem, żebyś otworzyła! - krzyknął i uderzył pięścią w drzwi. W momencie byłam ubrana, otworzyłam drzwi i próbowałam wybiec, jednak mi nie poszło. -Już uciekasz? Nie zostaniesz? - złapał mnie w talii i znów wbijał palce w żebra.
-Nie, nie... Ja... - syknęłam z bólu. -Proszę, nie...
Nie, nie mam jeszcze klawiatury, a ten rozdział pisałam na laptopie taty. Mam go rzadko, głównie wtedy, kiedy chcę pogadać na skype. Nowa klawiatura powinna być za niedługo, mam taką nadzieję...
Krótki, bo krótki. Wybaczcie.
Ustawiła mi się jakaś dziwna czcionka, ale nie mam pojęcia jak to naprawić.
A właśnie, jeszcze jedno - DZIĘKUJĘ. Za wszystko - za pozytywne komentarze, tą ilość wyświetleń, udostępnianie, czytanie... Wszystko ;*
Koniec zbędnego gadania, czas na rozdział ;)
Świetnie. Duff okłamał Michelle, i teraz jest na mnie wściekła. Cudownie.
Sięgnęłam pod ‘łóżko’ i przypadkowo wyciągnęłam spod niego zegarek, który wskazywał dokładnie południe.
Rozejrzałam się po części mieszkalnej tira; w kącie leżała koszulka, na ziemi było pełno papierków, opakowań po chrupkach, kilka butelek wody i gazety. A jakiego typu były te gazety, to się chyba domyślacie
Chwyciłam opakowanie ciastek leżące na krześle obok, szybko otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść moje wykwintne śniadanie. W połowie paczki owsianych ciasteczek z czekoladą poczęstowałam Chelle. Znaczy chciałam, ale ona tylko zmierzyła mnie, i poszła do Duffa.
-People are strange, when you’re a stranger. Faces look ugly when you’re alone… - nuciłam pod nosem, kończąc jedzenie. Postanowiłam nie wychodzić z łóżko-stołu do końca dnia. Ba, do końca tej durnej podróży, ale tir gwałtownie się zatrzymał i spadłam na ziemię.
-đi!Nhanh chóng ăn! tôi đi! – krzyknął Wietnamczyk, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
-Mamy wyjść, coś zjeść a potem szybko wrócić. – warknął na mnie Duff, kiedy podnosiłam się powoli. Ból w żebrach i każdym mięśniu uniemożliwiał jakikolwiek ruch. – Co Ci się dzieje? – zmierzył mnie basista.
-Co mi się dzieje? – gdybym miała przy sobie maczetę, chętnie bym go zabiła.
-W sumie, i tak będziesz kłamać. Co mnie to obchodzi. – wzruszył ramionami i wyszedł z Michi.
-Cholera…- zaklęłam cicho pod nosem, trzymając się za szyję, na której widniały ślady po duszeniu. Mimo cholernego bólu wstałam i podeszłam do lustra. Teraz widzę, że mam nawet rozciętą wargę. Porwałam szybko skradzioną, żółtą bluzę, która po zapięciu zakrywała czerwone ślady na szyi i nadgarstkach. Niechętnie wyszłam z tira, głośno zamykając drzwi.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. Przed sobą mam tylko stację benzynową, przydrożną restaurację i… motel. Do końca życia będę miała wstręt do tego typu miejsc i nie mam zamiaru tam znowu wchodzić. Nigdy więcej.
Weszłam do restauracji, baru czy czegokolwiek w tym stylu, rozglądałam się za ‘towarzyszami podróży’ ; Siedzieli przy trzyosobowym stoliku, śmiejąc się i jedząc. Czyli dali mi jasno do zrozumienia, że nie mogę z nimi usiąść. Przegrzebałam kieszenie, w których znalazłam 20 dolców, usiadłam w pobliżu ich stolika, pilnując, żeby nie wyszli, zostawiając mnie samą na jakimś zadupiu.
-Co mogę podać? – dziewczyna koło trzydziestki uśmiechnęła się do mnie. W ręku trzymała niewielki notesik i długopis, a ubrana była w kiczowatą sukienkę i fartuszek. Widzę że kiczowaty syf to tutaj norma, jeśli chodzi o ubrania. Przewertowałam menu, kątem oka patrząc na Pana Chou, Michelle i Duffa.
-Em… Jajka sadzone na bekonie i sok pomarańczowy. – odwzajemniłam uśmiech i rozpięłam delikatnie bluzę, bo było mi strasznie gorąco. Po chwili kobieta przyniosła mi jedzenie, i już miała iść do innego stolika, kiedy usiadła przy mnie.
-Kto Ci to zrobił? – zapytała, pokazując na moją szyję.
-Co? Nic tu nie mam przecież… - przerzuciłam włosy na drugą stronę i zapięłam bluzę. Chyba nie potrafię kłamać ,bo wciąż przy mnie siedziała. –Przepraszam, ale… To nie jest pani sprawa. Powinna pani wracać do stolika numer siedemnaście, jakiś bachor wylał tam herbatę. – rzuciłam, i zaczęłam jeść. Dziewczyna wstała, i popatrzyła na mnie z politowaniem. –Whatever… - szepnęłam sama do siebie, krojąc kawałek bekonu.
W połowie posiłku zauważyłam, że Duff woła kelnerkę, płacą jej i wychodzą. Porwałam kawałek bułki i pobiegłam do drzwi, bo byli już blisko ciężarówki.
-Ej! Nie zapłaciłaś! Wracaj! - krzyknęła za mną jakaś kobieta, kiedy byłam już przy drzwiach.
-Emma, zostaw ją. To na koszt firmy. - powiedziała kelnerka, która mnie obsługiwała. Podziękowałam jej uśmiechem i cichym 'dziękuję'.
Przypadkowo wpadłam na Michelle, kiedy biegłam do tira. Upadłam na ziemię i lekko rozcięłam dłoń. Brawo debilu.
-Przepraszam Michi, ja nie chciałam... - znowu ten ból, który Cię paraliżuje. Nie mogę się ruszyć...
-No dobrze nic się nie stało... Ej, co Ci jest, Ali...- zapytała dziewczyna.
-Chelle! Wsiadaj już, kupiłem Ci gazetę. - Duff złapał dziewczynę za ramiona i odwrócił ode mnie. Spojrzała jeszcze raz na mnie przez ramię, po czym wsiadła do tira. -Jedziesz z nami, czy zostajesz tutaj? - zapytał szyderczo McKagan. -Podobno tu dziwek szukają do miejscowego burdelu. - uśmiechnął się wrednie.
Podniosłam się resztkami sił, i gapiłam się w jego twarz. Szybka matematyka ; jeśli on ma 190 cm wzrostu, a ja 178 to znaczy że...
-A ja słyszałam, że szukają jakiegoś geja do tańca na rurze. Nadasz się idealnie. - zniżył głowę do poziomu mojej twarzy, doskonałe położenie na prawego sierpowego...
-Zabawna jesteś. - gapił mi się na dekolt, a nic mnie bardziej nie wkurza, niż to. -Ale wiesz jeśli...- zamachnęłam się i dostał w twarz.
-Zamknij się już. - syknęłam i wyminęłam go. Wsiadłam do ciężarówki, i weszłam do części z łóżko-stołem.
Żyrafa chyba weszła do pojazdu, bo ruszyliśmy.
Cała podróż mijała tak samo ; siedziałam na łóżko-stole, oni świetnie bawili się rozmawiając z Wietnamczykiem, potem przerwa na obiadokolację, prysznic w przydrożnym motelu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wejdę, ale kiedy nie kąpałaś się trzy dni, to nie masz wyjścia.
Weszłam do motelowej łazienki po Michelle, zamknęłam drzwi na klucz, przyłożyłam je krzesłem dla bezpieczeństwa (nie wiem, skąd w łazience wzięło się krzesło, ale ok).
Stałam przez lustrem i zwyczajnie się gapiłam. Bałam się rozebrać, serio. Powoli zdjęłam bluzkę, potem spodnie. Kiedy usłyszałam, jak ktoś chodził po korytarzu, przestraszona, owinęłam się ręcznikiem.
Cisza.
Niepewnie weszłam pod prysznic i ustawiłam ciepłą wodę. Myłam się tak szybko, że chyba do końca nie spłukałam z siebie mydła.
-Halo? Jesteś tam? - usłyszałam bardzo dobrze znany mi, męski głos. -Otwórz... - Chou pukał do drzwi coraz głośniej. - Powiedziałem, żebyś otworzyła! - krzyknął i uderzył pięścią w drzwi. W momencie byłam ubrana, otworzyłam drzwi i próbowałam wybiec, jednak mi nie poszło. -Już uciekasz? Nie zostaniesz? - złapał mnie w talii i znów wbijał palce w żebra.
-Nie, nie... Ja... - syknęłam z bólu. -Proszę, nie...
19 stycznia 2013
Informacja.
Nie, nie zawieszam.
Jest mały kłopot - mianowicie moja klawiatura odmówiła posługi.
Nie mam pojęcia, kiedy będę miała nową; może jutro, może za tydzień. Nie wiem.
Teraz piszę na klawiaturze ekranowej, i uwierzcie, że pisanie na niej na gg to katorga, a co dopiero pisanie długiego rozdziału. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Dziękuję za ponad 3300 wyświetleń, jesteście cudowni! Do przeczytania (;
~RocketQueen
Jest mały kłopot - mianowicie moja klawiatura odmówiła posługi.
Nie mam pojęcia, kiedy będę miała nową; może jutro, może za tydzień. Nie wiem.
Teraz piszę na klawiaturze ekranowej, i uwierzcie, że pisanie na niej na gg to katorga, a co dopiero pisanie długiego rozdziału. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Dziękuję za ponad 3300 wyświetleń, jesteście cudowni! Do przeczytania (;
~RocketQueen
10 stycznia 2013
18. It's only pain, it only hurts...
Taki krótki rozdział... Jakoś nie miałam ochoty na pisanie większej ilości - niby siedzę cały czwartek w domu, ale jakoś nie ma chęci. Ponawiam pytanie, bo odpowiedziały tylko 2 albo 3 osoby :
Czy interesowałyby Was zakładki 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'?
Keep on rockin' i do zobaczenia z niektórymi w Katowicach na Slashu *-*
Wypchnął mnie z ciężarówki. Przymknęłam oczy, trzymając w ręku 'podarunek'. To się nie dzieje naprawdę, proszę. To tylko koszmar, obudzę się za chwilę w moim łóżku przytulona do Stevena. To się nie dzieje naprawdę, błagam...
Otworzyłam oczy ; wciąż stałam na parkingu przed wielkim tirem, w którym siedziała osobą której nienawidzę, osoba która zadaje mi ból samym swoim byciem. Która kiedyś mnie kochała. Teraz to osoba dla której jestem nikim ; zwykłą zabawką, która się znudziła. Zwykłą, zgniecioną kartką papieru, leżącą na ziemi. Zwykłym pośmiewiskiem. Kimś, kto według niego nie czuje cierpienia i bólu.
Jak ja nienawidzę tego człowieka. Szkoda, że nie mam broni, bo bym go zabiła. Że też tacy ludzie się rodzą. Wierzyłam mu, ufałam....
Dobra, koniec z myśleniem o tym. Koniec z myśleniem o nim. Koniec.
Teraz czeka mnie coś nie mniej okropnego.
Szłam przed siebie niepewnie, stawiając małe, wolne kroki - byle tylko odwlekać to, co za chwilę miało się stać. Kiedy Wietnamczyk mnie zauważył, wszedł do motelu, wziął kluczyki, zaprowadził mnie do pokoju numer 17 i uśmiechnął się sztucznie. Kiedyś uśmiech kojarzył mi się z czymś pozytywnym, z radością. Teraz kojarzy mi się z wredotą, obłudą i fałszem. Dziękuję Ci świecie, że robisz ze mnie zimną sukę. Dziękuję, że sprawiasz, że ludzie są potworami. Serdecznie dziękuję.
Weszliśmy do piekielnego pokoju numer 17 - mała, licha lampka delikatnie oświetlała ściany w kolorze czerwonego wina, do których miał pasować beżowo-czerwony dywan. Na łóżku zobaczyłam kilka małych, fioletowych poduszek, dużą, bordową kołdrę i ciemnozielony koc. Mężczyzna rozłożył się na łóżku, a ja poszłam do łazienki, przebrać się w ten syf od McKagana. Ubrana w kiczowatą halkę, patrzyłam w brudne lustro z obrzydzeniem do samej siebie. Gdyby ktokolwiek mi kiedyś powiedział, że będę robiła za prostytutkę, żeby dostać się do domu z osobą, której nie znoszę, kazałabym mu iść się leczyć. Ale to się teraz dzieje. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wyszłam z łazienki. Uśmiechnęłam się sztucznie, kiedy zobaczyłam pana Chou stojącego przed łóżkiem. Od tego wszystkiego chyba szczękościsku dostanę.
* * *
Oberwałam.
Dostałam w twarz.
Upadłam na ziemię, trzymając się za piekący policzek.
-Długo mam jeszcze na Ciebie czekać? - krzyknął na mnie. Siedziałam na ziemi ze spuszczoną głową. -Ile można się rozbierać, suko? - podniósł mnie z ziemi, a ja odwróciłam głowę w drugą stronę. Ścisnął mnie za ramię, że aż syknęłam z bólu. Zimna łza spłynęła po moim policzku. -Nie rycz! - ponownie poczułam jego dłoń na twarzy. -Chyba coś powiedziałem! - trzęsąc się, usiadłam na łóżku. Kazał mi rozpiąć jego koszulę i zdjąć spodnie. Nie chciałam kolejny raz dostać, więc posłusznie zrobiłam wszystko. Jego krocze było na wysokości mojej twarzy. Odwróciłam głowę w drugą stronę, choć wiedziałam, czym to się może skończyć.
Tym razem złapał mnie w talii, wbił palce w żebra i rzucił na ścianę. Patrzyłam na jego niemalże czarne oczy i czułam jak łzy spływają po moim policzku z powodu bólu, jaki mi zadawał.
-Co, może nie masz ochoty? - wbił swoje palce między moje żebra ze zdwojoną siłą; wiłam się z bólu. -To może ja pójdę po Twoją koleżaneczkę, co? - to 'coś' między jego nogami dotykało mojego podbrzusza. -Odpowiedz! - szarpnął mnie za włosy.
-Nie...Waż...Się..Dotykać... Michelle... - wydukałam resztkami sił.
-Cudownie... - mruknął, przysunął się do mnie bliżej i zaczął rozpinać mój biustonosz. Patrzyłam w sufit, modląc się, żeby to piekło się już skończyło.
Popchnął mnie na łóżko i ściągnął bokserki, to samo uczynił z moją bielizną.
Gwałtownie rozchylił moje nogi , po czym zdecydowanie i mocno wszedł we mnie.
Hell has begun...
* * *
Po wszystkim leżałam naga w łóżku, gapiąc się w sufit. 'Co ja najlepszego zrobiłam?' -pytałam sama siebie.
Było kolo 4 nad ranem, a ja wciąż drżałam i cicho łkałam. Dotknęłam moich żeber ; każde bolało tak samo mocno. Stwierdziłam, że pójdę się ubrać, więc poszłam do łazienki, zbierając po drodze moje ubrania z ziemi.
Znów popatrzyłam w lustro - przekrwione oczy, zapuchnięte dolne powieki, czerwone policzki, na szyi ślady po duszeniu, na ramieniu siniak... Nie tak miał się zacząć Nowy Rok. To bezsensowne. Nie taki był plan, w każdym razie nie mój. Możliwe, że wszystko zmierzało w tym kierunku, ale bez mojej wiedzy. Mój plan nie był taki. Mój plan był lepszy. Mój plan miał sens. Mój plan był prosty - wsiadamy do autobusu, i jedziemy. Ale nie, nikt nie będzie słuchał Alice, przecież ona się na niczym nie zna, prawda?
Ubrałam na siebie koszulkę i majtki, przemyłam twarz zimną wodą, łudząc się, ze może zmniejszy opuchliznę na twarzy. Cicho otworzyłam drzwi i usiadłam na ziemi, głęboko oddychając. W sumie, nie było czym oddychać, więc uchyliłam lekko okno, wpuszczając chłodne, świeże powietrze do pokoju.
Mężczyzna zaczął coś mówić przez sen, mamrotał, ale był tak jakby poddenerwowany ; ruchem ręki 'przeszukał' nerwowo łóżko, klnąc pod nosem.
-Gdzie jest ta kurwa... - zacisnął dłonie w pięść. Ze strachu, położyłam się obok niego. Przejechał po moim brzuchu zimną ręką. -Tu jest, bardzo dobrze... - i zasnął. Nie miałam ochoty żeby znowu mi groził, więc starałam się zasnąć koło niego. Po kilku minutach poczułam, jak ponownie dobiera się do moich majtek.
Ten dywan wyglądał na całkiem wygodny, więc to na nim spędziłam resztę nocy.
Obudziłam się w tirze.
Nawet nie obchodziło mnie to, jak ja się tu znalazłam.
Fajnie by było, gdybym pomyślała 'Ach! To był tylko zły sen! Och, ach, och.' ale ból wszystkiego nie pozwalał mi myśleć o niczym. Leżałam... W sumie, to nie wiem co to było. Chyba coś w stylu leżako-łóżko-stołu. Koło mnie siedziała Michelle, patrzyła się w jeden punkt cały czas. W końcu zauważyła, że się obudziłam i tylko odwróciła się w stronę punktu jej zainteresowania.
-Ej Michi... Co jest? - zapytałam zachrypniętym głosem.
-Fajnie się spało? - zapytała z pogardą.
-O co Ci chodzi? - zmarszczyłam brwi.
-O to, że mogłaś się wyspać na wygodnym łóżku w ciepłym pokoju, a Duff i ja musieliśmy się tu gnieść! - krzyknęła na mnie zła.
-Słucham? Kto Ci tak powiedział?! - podniosłam się wkurzona.
-Duff. - wzruszyła ramionami.
-A powiedział Ci, po co tam poszłam? - otworzyłam butelkę wody i szybko się napiłam.
-Nie, nie mówił. - otworzyłam już usta, żeby jej powiedzieć. -Ale nie mam ochoty tego słuchać, Duff ma rację. - przerwała mi. -Jesteś pieprzoną egoistką. - jedyna osoba, która mnie w tym towarzystwie rozumiała, jest na mnie obrażona, za to, czego nie zrobiłam. Super.
Czy interesowałyby Was zakładki 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'?
Keep on rockin' i do zobaczenia z niektórymi w Katowicach na Slashu *-*
Wypchnął mnie z ciężarówki. Przymknęłam oczy, trzymając w ręku 'podarunek'. To się nie dzieje naprawdę, proszę. To tylko koszmar, obudzę się za chwilę w moim łóżku przytulona do Stevena. To się nie dzieje naprawdę, błagam...
Otworzyłam oczy ; wciąż stałam na parkingu przed wielkim tirem, w którym siedziała osobą której nienawidzę, osoba która zadaje mi ból samym swoim byciem. Która kiedyś mnie kochała. Teraz to osoba dla której jestem nikim ; zwykłą zabawką, która się znudziła. Zwykłą, zgniecioną kartką papieru, leżącą na ziemi. Zwykłym pośmiewiskiem. Kimś, kto według niego nie czuje cierpienia i bólu.
Jak ja nienawidzę tego człowieka. Szkoda, że nie mam broni, bo bym go zabiła. Że też tacy ludzie się rodzą. Wierzyłam mu, ufałam....
Dobra, koniec z myśleniem o tym. Koniec z myśleniem o nim. Koniec.
Teraz czeka mnie coś nie mniej okropnego.
Szłam przed siebie niepewnie, stawiając małe, wolne kroki - byle tylko odwlekać to, co za chwilę miało się stać. Kiedy Wietnamczyk mnie zauważył, wszedł do motelu, wziął kluczyki, zaprowadził mnie do pokoju numer 17 i uśmiechnął się sztucznie. Kiedyś uśmiech kojarzył mi się z czymś pozytywnym, z radością. Teraz kojarzy mi się z wredotą, obłudą i fałszem. Dziękuję Ci świecie, że robisz ze mnie zimną sukę. Dziękuję, że sprawiasz, że ludzie są potworami. Serdecznie dziękuję.
Weszliśmy do piekielnego pokoju numer 17 - mała, licha lampka delikatnie oświetlała ściany w kolorze czerwonego wina, do których miał pasować beżowo-czerwony dywan. Na łóżku zobaczyłam kilka małych, fioletowych poduszek, dużą, bordową kołdrę i ciemnozielony koc. Mężczyzna rozłożył się na łóżku, a ja poszłam do łazienki, przebrać się w ten syf od McKagana. Ubrana w kiczowatą halkę, patrzyłam w brudne lustro z obrzydzeniem do samej siebie. Gdyby ktokolwiek mi kiedyś powiedział, że będę robiła za prostytutkę, żeby dostać się do domu z osobą, której nie znoszę, kazałabym mu iść się leczyć. Ale to się teraz dzieje. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wyszłam z łazienki. Uśmiechnęłam się sztucznie, kiedy zobaczyłam pana Chou stojącego przed łóżkiem. Od tego wszystkiego chyba szczękościsku dostanę.
* * *
Oberwałam.
Dostałam w twarz.
Upadłam na ziemię, trzymając się za piekący policzek.
-Długo mam jeszcze na Ciebie czekać? - krzyknął na mnie. Siedziałam na ziemi ze spuszczoną głową. -Ile można się rozbierać, suko? - podniósł mnie z ziemi, a ja odwróciłam głowę w drugą stronę. Ścisnął mnie za ramię, że aż syknęłam z bólu. Zimna łza spłynęła po moim policzku. -Nie rycz! - ponownie poczułam jego dłoń na twarzy. -Chyba coś powiedziałem! - trzęsąc się, usiadłam na łóżku. Kazał mi rozpiąć jego koszulę i zdjąć spodnie. Nie chciałam kolejny raz dostać, więc posłusznie zrobiłam wszystko. Jego krocze było na wysokości mojej twarzy. Odwróciłam głowę w drugą stronę, choć wiedziałam, czym to się może skończyć.
Tym razem złapał mnie w talii, wbił palce w żebra i rzucił na ścianę. Patrzyłam na jego niemalże czarne oczy i czułam jak łzy spływają po moim policzku z powodu bólu, jaki mi zadawał.
-Co, może nie masz ochoty? - wbił swoje palce między moje żebra ze zdwojoną siłą; wiłam się z bólu. -To może ja pójdę po Twoją koleżaneczkę, co? - to 'coś' między jego nogami dotykało mojego podbrzusza. -Odpowiedz! - szarpnął mnie za włosy.
-Nie...Waż...Się..Dotykać... Michelle... - wydukałam resztkami sił.
-Cudownie... - mruknął, przysunął się do mnie bliżej i zaczął rozpinać mój biustonosz. Patrzyłam w sufit, modląc się, żeby to piekło się już skończyło.
Popchnął mnie na łóżko i ściągnął bokserki, to samo uczynił z moją bielizną.
Gwałtownie rozchylił moje nogi , po czym zdecydowanie i mocno wszedł we mnie.
Hell has begun...
* * *
Po wszystkim leżałam naga w łóżku, gapiąc się w sufit. 'Co ja najlepszego zrobiłam?' -pytałam sama siebie.
Było kolo 4 nad ranem, a ja wciąż drżałam i cicho łkałam. Dotknęłam moich żeber ; każde bolało tak samo mocno. Stwierdziłam, że pójdę się ubrać, więc poszłam do łazienki, zbierając po drodze moje ubrania z ziemi.
Znów popatrzyłam w lustro - przekrwione oczy, zapuchnięte dolne powieki, czerwone policzki, na szyi ślady po duszeniu, na ramieniu siniak... Nie tak miał się zacząć Nowy Rok. To bezsensowne. Nie taki był plan, w każdym razie nie mój. Możliwe, że wszystko zmierzało w tym kierunku, ale bez mojej wiedzy. Mój plan nie był taki. Mój plan był lepszy. Mój plan miał sens. Mój plan był prosty - wsiadamy do autobusu, i jedziemy. Ale nie, nikt nie będzie słuchał Alice, przecież ona się na niczym nie zna, prawda?
Ubrałam na siebie koszulkę i majtki, przemyłam twarz zimną wodą, łudząc się, ze może zmniejszy opuchliznę na twarzy. Cicho otworzyłam drzwi i usiadłam na ziemi, głęboko oddychając. W sumie, nie było czym oddychać, więc uchyliłam lekko okno, wpuszczając chłodne, świeże powietrze do pokoju.
Mężczyzna zaczął coś mówić przez sen, mamrotał, ale był tak jakby poddenerwowany ; ruchem ręki 'przeszukał' nerwowo łóżko, klnąc pod nosem.
-Gdzie jest ta kurwa... - zacisnął dłonie w pięść. Ze strachu, położyłam się obok niego. Przejechał po moim brzuchu zimną ręką. -Tu jest, bardzo dobrze... - i zasnął. Nie miałam ochoty żeby znowu mi groził, więc starałam się zasnąć koło niego. Po kilku minutach poczułam, jak ponownie dobiera się do moich majtek.
Ten dywan wyglądał na całkiem wygodny, więc to na nim spędziłam resztę nocy.
Obudziłam się w tirze.
Nawet nie obchodziło mnie to, jak ja się tu znalazłam.
Fajnie by było, gdybym pomyślała 'Ach! To był tylko zły sen! Och, ach, och.' ale ból wszystkiego nie pozwalał mi myśleć o niczym. Leżałam... W sumie, to nie wiem co to było. Chyba coś w stylu leżako-łóżko-stołu. Koło mnie siedziała Michelle, patrzyła się w jeden punkt cały czas. W końcu zauważyła, że się obudziłam i tylko odwróciła się w stronę punktu jej zainteresowania.
-Ej Michi... Co jest? - zapytałam zachrypniętym głosem.
-Fajnie się spało? - zapytała z pogardą.
-O co Ci chodzi? - zmarszczyłam brwi.
-O to, że mogłaś się wyspać na wygodnym łóżku w ciepłym pokoju, a Duff i ja musieliśmy się tu gnieść! - krzyknęła na mnie zła.
-Słucham? Kto Ci tak powiedział?! - podniosłam się wkurzona.
-Duff. - wzruszyła ramionami.
-A powiedział Ci, po co tam poszłam? - otworzyłam butelkę wody i szybko się napiłam.
-Nie, nie mówił. - otworzyłam już usta, żeby jej powiedzieć. -Ale nie mam ochoty tego słuchać, Duff ma rację. - przerwała mi. -Jesteś pieprzoną egoistką. - jedyna osoba, która mnie w tym towarzystwie rozumiała, jest na mnie obrażona, za to, czego nie zrobiłam. Super.
3 stycznia 2013
17. I hate EVERYTHING about you, McKagan.
Na początku, krótkie ogłoszenia!
1. Przepraszam że taki krótki, ale jakoś nie miałam weny pisać więcej, wiecie...
2. Będzie zakładka 'Informowani', więc kto chciałby nim być, proszę o wpisanie się tam, i podanie w jaki sposób chcecie być informowani ( gg / blog)
3. Większość Bloggerek dziękuje za 30.000, 10.000, ewentualnie za 80.000 wyświetleń, a ja... Ja chciałam podziękować za prawie 2500 ;) I podziękować za każdy zostawiony, bardzo miły komentarz. Na prawdę, bardzo dziękuję. Gdyby nie Wy, nie pisałabym. Dziękuję jeszcze raz! ; *
4. Prosiłabym o wybranie reakcji, która znajduje się pod rozdziałem. A za komentarz się nie obrażę ;)
5. Mam już 5 obserwujących, co dla mnie jest zaszczytem, choć stosunkowo 5 to mało. Ale dla mnie to AŻ 5 osób!
6. Ostatni punkt! Mam taki dziki pomysł (xd), ale pomyślałam sobie ostatnio, czy nie stworzyć zakładek 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'. Co myślicie? Czytalibyście? Jeśli tak, napiszcie w komentarzu. Jeśli nie... To też napiszcie ;d
Dzięki za uwagę, zapraszam na rozdział :
-Jak my się tu znaleźliśmy?! JAK?! - zapytał wkurwiony do granic możliwości basista.
-Mnie się pytasz?! Może jestem temu winna, co? - krzyknęłam na niego.
-Pewnie tak. Zawsze pakowałaś mnie w kłopoty. - rzucił nonszalancko, i odpalił papierosa. O nie, tego było za wiele, przesadził.
-Zawsze? A co to znaczy 'zawsze'? - wyrwałam mu tlącego się papierosa z ręki. -Ile znaliśmy się w tym pierdolonym Seattle? Trzy tygodnie? Miesiąc? - wrzeszczałam na niego.
-Miesiąc i cztery dni. - odpowiedział, zawieszając głowę. Lekko zamarłam. Odpowiedziałam dopiero po chwili.
-Liczyłeś? - zapytałam drżącym głosem.
-Myślisz, że byłaś dla mnie kolejną dziwką?
-Tak myślę. - odparłam chłodno.
-No to się mylisz, zależało mi na Tobie. - popatrzyłam na niego. Kłamał, czy mówił prawdę? -Dopóki wszystkiego nie spierdoliłaś.
-Że jak!? Ja? Ja spierdoliłam sprawę? A kto mnie okradł i zostawił? - łzy spłynęły mi po policzkach, mimo tego, że nie chciałam się rozklejać. To za bardzo bolało.
-Słuchaj, nikt nie jest idealny. - wyrwał mi swojego papierosa z ręki i zaciągnął się dymem.
-Zaprzeczasz sam sobie. Jesteś... - zabrakło mi słowa. Wszystkie ciule i skurwysyny za mało oddawały moją złość. -Przepraszam. - tylko to z siebie wydusiłam. Chłopak był lekko zdezorientowany, ale chyba dumny, że doprowadził dziewczynę do płaczu. -Przepraszam, że nie jestem idealna. Przepraszam, naprawdę. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem pokażesz mi, że jestem dla ciebie nikim i wbijesz mi nóż w każdy centymetr skóry. - powiedziałam cicho przez łzy i wybiegłam z tego czegoś, co nazywało się 'mieszkaniem', na ulicę Nowego Jorku. Przestałam płakać, a zaczęłam ryczeć, bo znowu rany zostały otwarte. Bolało.
Nie odchodziło mnie to, że na dworze było jakieś 5 stopni powyżej zera i padał śnieg z deszczem. Usiadłam na krawężniku, i schowałam twarz w dłoniach.
Teraz zapewne powinnam pomyśleć, że to tylko zły sen, i zaraz się obudzę. Ale ja byłam świadoma tego, co się dzieje. Przynajmniej mi się tak wydawało. Co ja mam teraz zrobić? Chyba poszukać reszty zespołu, mam nadzieję że też tu są. Podniosłam się, i wytarłam łzy spływające po policzku. Na samą myśl o tym, że mam wrócić do pomieszczenia, gdzie był Duff, zrobiło mi się słabo. Ponownie usiadłam, i starałam się jakoś opanować; w głowie kręciło mi się niemiłosiernie, trzęsłam się cała z zimna a do tego płakałam. Ukryłam głowę w dłoniach i starałam się opanować drżące ręce. Poczułam jak ktoś mnie czymś przykrywa, otula. Z trudem popatrzyłam do góry. Moim wybawieniem stała się mała Michelle. Była lepiej ubrana ode mnie - długie spodnie i jakaś za duża na nią skórzana kurtka zapewniały jej ciepło.
-Alice, wstawaj... Przeziębisz się. - mówiła takim spokojnym tonem. Podniosłam się i popatrzyłam na nią ; chyba była nieświadoma, gdzie się właśnie znajdujemy. -Zimno w tym Nowym Jorku... - a jednak wie.
-Cholernie. Musimy wracać. - rzuciłam. -Tylko jak? Jesteśmy na drugim końcu kraju!
-Ej, spokojnie. Przeszukaj kieszenie, wszystkie. - zaczęłyśmy grzebać w kieszeniach kurtek i spodni. -Masz coś?
-Portfel Anthony'ego z całkiem niezłą zawartością... - przeliczyłam szybko banknoty. -78 dolarów. Mam jeszcze kupon na darmowe obiady w jakiejś knajpie i... paczkę gumek. - Włożyłam 'skarby' z powrotem do kieszeni, i zapięłam kurtkę, zapewne Tony'ego.
-Ja mam 12 dolców, talon do klubu striptizerek, i naszyjnik. Ładny jest. - przyjrzała się delikatnemu łańcuszkowi ze srebrną gitarą. -No to co, idziemy po Duffa i w drogę? - na sam dźwięk jego imienia aż się we mnie coś zagotowało.
-Tak. Oczywiście. -wysiliłam się na lekki uśmiech. -Wiesz, a mogłabyś sama po niego iść? Mi jest trochę duszno, wiesz... I jakby pozostali jeszcze spali, to wiesz, ten tego... -pomachałam wymownie rękami. Nie chciałam powiedzieć 'okradnij ich', ale w sumie tak było. Albo nie; Jak mówi Slash 'pożyczamy na czas nieokreślony'.
-Spoko, rozumiem. - zaśmiała się pod nosem. Zastanawiam się tylko, co mała Michi miała z geografii. Dobra, kij z tym. Teraz tylko dostać się do Kalifornii. Po chwili wróciła z Duffem, mając przy sobie jeszcze kilka butelek wody, czarne dżinsy, żółtą bluzę i dwie pary trampek.
-Duff ma jeszcze trochę kasy i mapę. - ciszę między mną, a McKaganem przerwała Chelle. -Ali?
-Mam pomysł, może pójdziemy coś zjeść. Znalazłam talon na obiady w jakimś barze. - unikałam spojrzenia basisty, więc gapiłam się na dziewczynę.
- A może poszukalibyśmy innych? - rzucił chłopak. -Jak zwykle, ta tylko o sobie.
-No to Ty idziesz na poszukiwania, a Michelle i ja idziemy jeść. Proste. - wzruszyłam ramionami i złapałam dziewczynę pod ramię.
-Nie, nie, kurwa nie. Nie ma tak. Chodzimy wszyscy razem, bo się znowu pogubimy. - ukatrupiłabym za ten nonszalancki wzrok.
-No to idziemy coś zjeść! - powiedziała Michelle.
-Świetny pomysł, come on! - Czy ja przed chwilą nie powiedziałam tego... A nieważne. Poszliśmy pod adres napisany na kuponie i zjedliśmy jakieś naleśniki.
Nie powiem, zawsze chciałam zwiedzić N.Y. No może nie w takich okolicznościach, ale ok. Jako że pan McSkurwysyn nalegał, żeby poszukać innych, no to prędzej czy później to zrobiliśmy. Przy okazji pospacerowałam po Central Parku. Kiedy nasze poszukiwania zaczęły przybierać postać rozglądania się za jedzeniem, stwierdziliśmy że przydałoby się wydostać z Miasta, które nigdy nie śpi.
-Ktoś wie, gdzie jesteśmy? -zapytała zmęczona Michelle, uporczywie poszukując wolnej ławki.
-Nie bardzo. Pełno tu ludzi, więc... -zaczął Duff.
-Która to aleja? -zapytałam, wchodząc mu w słowo.
-Bodajże Siódma. A ulica... - przymrużyła oczy w poszukiwaniu numeru. -Czterdziesta pierwsza. A po co Ci to?
-Czterdziesta pierwsza, czterdziesta pierwsza...A na czterdziestej drugiej jest...-pomyślałam chwilę- Jesteśmy koło Times Square. - uśmiechnęłam się lekko.
-Na pewno, już Ci uwierzę. - rzucił basista. -Skąd to niby wiesz, pani Atlas Świata? - wskazałam mu palcem na jedną ulicę, na której końcu było widać pełno neonów, ludzi, restauracji oraz różnego typu korporacji i firm. -No super, pokazałaś mi Nowy Jork. Ale skąd mam pewność, że to akurat Times? - co za wkurwiający osobnik.
-Może dlatego, że tam jest siedziba MTV? - pokazałam mu palcem. -A tam Broadway 1585. A tam - odwróciłam się na pięcie - Jest plac Times 5. Dalej nie wierzysz? - Machnął tylko ręką.
-Alice, skąd ty to wiesz? Myślałam, że tu nigdy nie byłaś. - popatrzyła na mnie Michi.
-Bo nie byłam. Ale zawsze chciałam. Znam mapę Central Parku na pamięć, a o Times Square wiem w sumie mało. - popatrzyła na mnie zdziwiona. -Każdy ma jakieś zboczenia, nie? -uśmiechnęłam się lekko.
-Nieźle... - pokiwała głową. -Widzę faceta z hot dogami! - pobiegła do budki i szybko wróciła z trzema porcjami jedzenia. -Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!
Co jak co, ale głodni bylismy praktycznie cały czas. Do czasu, kiedy znaleźliśmy na ulicy 10 baksów i poszliśmy na Pizzę Nowojorską - wtedy nie miałam ochoty patrzeć na jedzenie przez dwa dni.
Rozeszliśmy się w poszukiwaniu rozkładów autobusów, albo czegoś w tym stylu. Nie było bezpośrednich połączeń do Los Angeles, więc szukaliśmy jakiegokolwiek ; Chicago, Boston, Atlanta, Nashville, Indianapolis. Reakcją na ostatnią miejscowość był przyspieszony oddech. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tym miejscem. NIC.
-Ej Alice. - Michelle wskazała palcem na mapę. -Ty nie jesteś przypadkiem z Indiany? - zgniotłam w ręku jakąś ulotkę.
-Tak. Jestem. Ale nie mam zamiaru tam wracać. Nigdy. - ostatnie słowo wycedziłam przez zęby.
-Jej, przepraszam, nie wiedziałam że nie chciałaś o tym gadać. - przeprosiła mnie Chelle.
-Nie, spoko. Ok. - poklepałam ją po ramieniu.- Powinniśmy się zwijać... A co powiesz, jakbyśmy pojechali tu... -wskazałam jej na mapie Nashville. -A potem tutaj, do Oklahomy. Wiem, że stamtąd jest już bezpośrednie połączenie do L.A. - Młoda pokiwała głową, a wtedy pojawił się zdyszany Duff.
-Tu jesteś... -zawołał do Michi, po czym zobaczył mnie. - Jesteście. - poprawił się niechętnie - Wracamy do domu. Na końcu 46 ulicy jest pan Chou, jedzie do Dallas tirem, więc bierzemy się z nim! - uśmiechnął się, dumny ze swojej 'roboty'.
-Pan Chou? Do Dallas? Tirem? - zapytałam zmieszana. -No dobra, idziemy. - rzuciłam.
Przeszliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy naszym oczom okazał się spory parking i jeden, stojący na nim, ogromny tir.
-Dzień dobry panie Chou. - uśmiechnął się sztucznie McKagan. -Możemy już jechać? - Azjata w średnim wieku popatrzył na nas, następnie na Duffa, a potem znowu na nas.
-Tak, tak. Chúng ta phải nhanh lên! Ngay lập tức hoàng hôn! - wymieniłam spojrzenia z Mish. -Znaczy.. Ruszajmy! - uśmiechnął się szeroko, prawie jak Steven. Ale mi go brakowało, bez Adlerka pusto w środku.
Weszliśmy do wielkiego tira ; z przodu były 4 siedzenia, z tyłu coś w stylu małej kuchni i łazienki oraz niewielkie łóżko. Usiedliśmy na przodzie, koło pana Chou siedziała Chelle, potem Duff i ja. Gorzej trafić nie mogłam. Owy Chou był z Wietnamu, i wiózł produkty z tamtego kraju do Dallas, na światowy rynek. Miał 6 dzieci i 'cudowną żonę', ale pochodził z niezamożnej rozdziny. To wszystko opowiadał nam bite 3 godziny.
Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w okolicach Annapolis. Z tira wyszedł kierowca, a Michi poszła do toalety - czyli zostałam z panem McKaganem sama na jakieś 15 minut, cudownie.
Nie odzywaliśmy się do siebie - ja patrzyłam za okno, obserwując pana Chou, który akurat palił, a on zmieniał stacje radiowe. Po jakimś czasie rzucił mi na kolana małą reklamówkę.
-Nie wiem czy wiesz, ale prezenty to się raczej daje na święta. - wzięłam do ręki 'podarunek' i trzymałam go w powietrzu, żeby go zabrał.
-Ubierz się w to. - rozpakowałam torebkę i zobaczyłam jakiś tandetną, czerwono-czarną, koronkową halkę i stringi.
-Chyba kpisz. - pokręciłam głową.
-A myślisz, że jedziemy za darmo? Radzę Ci się ubrać, pan Chou będzie czekał w pokoju numer 17 w tym motelu. - pokazał mi ręką na rozpadający się dom.
-Zapomnij. Nigdzie nie idę. - skrzyżowałam ręce na piersiach.
-Pomyślałem, że Michelle jest za młoda, a ty puszczasz się co chwilę. Więc to dla Ciebie nie problem, prawda? - uśmiechnął się wrednie. Nienawidzę go. Nienawidzę. Nazwał mnie dziwką. Nienawidzę gnoja.
-Żartujesz sobie ze mnie. - pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-A wyglądam jakbym żartował? - kierowca ciężarówki podszedł do drzwi motelu i patrzył za mną. -Miłej zabawy. - uśmiechnął się podle.
1. Przepraszam że taki krótki, ale jakoś nie miałam weny pisać więcej, wiecie...
2. Będzie zakładka 'Informowani', więc kto chciałby nim być, proszę o wpisanie się tam, i podanie w jaki sposób chcecie być informowani ( gg / blog)
3. Większość Bloggerek dziękuje za 30.000, 10.000, ewentualnie za 80.000 wyświetleń, a ja... Ja chciałam podziękować za prawie 2500 ;) I podziękować za każdy zostawiony, bardzo miły komentarz. Na prawdę, bardzo dziękuję. Gdyby nie Wy, nie pisałabym. Dziękuję jeszcze raz! ; *
4. Prosiłabym o wybranie reakcji, która znajduje się pod rozdziałem. A za komentarz się nie obrażę ;)
5. Mam już 5 obserwujących, co dla mnie jest zaszczytem, choć stosunkowo 5 to mało. Ale dla mnie to AŻ 5 osób!
6. Ostatni punkt! Mam taki dziki pomysł (xd), ale pomyślałam sobie ostatnio, czy nie stworzyć zakładek 'Axl & Alice Lafayette Story' i 'Duff & Alice Seattle Story'. Co myślicie? Czytalibyście? Jeśli tak, napiszcie w komentarzu. Jeśli nie... To też napiszcie ;d
Dzięki za uwagę, zapraszam na rozdział :
-Jak my się tu znaleźliśmy?! JAK?! - zapytał wkurwiony do granic możliwości basista.
-Mnie się pytasz?! Może jestem temu winna, co? - krzyknęłam na niego.
-Pewnie tak. Zawsze pakowałaś mnie w kłopoty. - rzucił nonszalancko, i odpalił papierosa. O nie, tego było za wiele, przesadził.
-Zawsze? A co to znaczy 'zawsze'? - wyrwałam mu tlącego się papierosa z ręki. -Ile znaliśmy się w tym pierdolonym Seattle? Trzy tygodnie? Miesiąc? - wrzeszczałam na niego.
-Miesiąc i cztery dni. - odpowiedział, zawieszając głowę. Lekko zamarłam. Odpowiedziałam dopiero po chwili.
-Liczyłeś? - zapytałam drżącym głosem.
-Myślisz, że byłaś dla mnie kolejną dziwką?
-Tak myślę. - odparłam chłodno.
-No to się mylisz, zależało mi na Tobie. - popatrzyłam na niego. Kłamał, czy mówił prawdę? -Dopóki wszystkiego nie spierdoliłaś.
-Że jak!? Ja? Ja spierdoliłam sprawę? A kto mnie okradł i zostawił? - łzy spłynęły mi po policzkach, mimo tego, że nie chciałam się rozklejać. To za bardzo bolało.
-Słuchaj, nikt nie jest idealny. - wyrwał mi swojego papierosa z ręki i zaciągnął się dymem.
-Zaprzeczasz sam sobie. Jesteś... - zabrakło mi słowa. Wszystkie ciule i skurwysyny za mało oddawały moją złość. -Przepraszam. - tylko to z siebie wydusiłam. Chłopak był lekko zdezorientowany, ale chyba dumny, że doprowadził dziewczynę do płaczu. -Przepraszam, że nie jestem idealna. Przepraszam, naprawdę. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem pokażesz mi, że jestem dla ciebie nikim i wbijesz mi nóż w każdy centymetr skóry. - powiedziałam cicho przez łzy i wybiegłam z tego czegoś, co nazywało się 'mieszkaniem', na ulicę Nowego Jorku. Przestałam płakać, a zaczęłam ryczeć, bo znowu rany zostały otwarte. Bolało.
Nie odchodziło mnie to, że na dworze było jakieś 5 stopni powyżej zera i padał śnieg z deszczem. Usiadłam na krawężniku, i schowałam twarz w dłoniach.
Teraz zapewne powinnam pomyśleć, że to tylko zły sen, i zaraz się obudzę. Ale ja byłam świadoma tego, co się dzieje. Przynajmniej mi się tak wydawało. Co ja mam teraz zrobić? Chyba poszukać reszty zespołu, mam nadzieję że też tu są. Podniosłam się, i wytarłam łzy spływające po policzku. Na samą myśl o tym, że mam wrócić do pomieszczenia, gdzie był Duff, zrobiło mi się słabo. Ponownie usiadłam, i starałam się jakoś opanować; w głowie kręciło mi się niemiłosiernie, trzęsłam się cała z zimna a do tego płakałam. Ukryłam głowę w dłoniach i starałam się opanować drżące ręce. Poczułam jak ktoś mnie czymś przykrywa, otula. Z trudem popatrzyłam do góry. Moim wybawieniem stała się mała Michelle. Była lepiej ubrana ode mnie - długie spodnie i jakaś za duża na nią skórzana kurtka zapewniały jej ciepło.
-Alice, wstawaj... Przeziębisz się. - mówiła takim spokojnym tonem. Podniosłam się i popatrzyłam na nią ; chyba była nieświadoma, gdzie się właśnie znajdujemy. -Zimno w tym Nowym Jorku... - a jednak wie.
-Cholernie. Musimy wracać. - rzuciłam. -Tylko jak? Jesteśmy na drugim końcu kraju!
-Ej, spokojnie. Przeszukaj kieszenie, wszystkie. - zaczęłyśmy grzebać w kieszeniach kurtek i spodni. -Masz coś?
-Portfel Anthony'ego z całkiem niezłą zawartością... - przeliczyłam szybko banknoty. -78 dolarów. Mam jeszcze kupon na darmowe obiady w jakiejś knajpie i... paczkę gumek. - Włożyłam 'skarby' z powrotem do kieszeni, i zapięłam kurtkę, zapewne Tony'ego.
-Ja mam 12 dolców, talon do klubu striptizerek, i naszyjnik. Ładny jest. - przyjrzała się delikatnemu łańcuszkowi ze srebrną gitarą. -No to co, idziemy po Duffa i w drogę? - na sam dźwięk jego imienia aż się we mnie coś zagotowało.
-Tak. Oczywiście. -wysiliłam się na lekki uśmiech. -Wiesz, a mogłabyś sama po niego iść? Mi jest trochę duszno, wiesz... I jakby pozostali jeszcze spali, to wiesz, ten tego... -pomachałam wymownie rękami. Nie chciałam powiedzieć 'okradnij ich', ale w sumie tak było. Albo nie; Jak mówi Slash 'pożyczamy na czas nieokreślony'.
-Spoko, rozumiem. - zaśmiała się pod nosem. Zastanawiam się tylko, co mała Michi miała z geografii. Dobra, kij z tym. Teraz tylko dostać się do Kalifornii. Po chwili wróciła z Duffem, mając przy sobie jeszcze kilka butelek wody, czarne dżinsy, żółtą bluzę i dwie pary trampek.
-Duff ma jeszcze trochę kasy i mapę. - ciszę między mną, a McKaganem przerwała Chelle. -Ali?
-Mam pomysł, może pójdziemy coś zjeść. Znalazłam talon na obiady w jakimś barze. - unikałam spojrzenia basisty, więc gapiłam się na dziewczynę.
- A może poszukalibyśmy innych? - rzucił chłopak. -Jak zwykle, ta tylko o sobie.
-No to Ty idziesz na poszukiwania, a Michelle i ja idziemy jeść. Proste. - wzruszyłam ramionami i złapałam dziewczynę pod ramię.
-Nie, nie, kurwa nie. Nie ma tak. Chodzimy wszyscy razem, bo się znowu pogubimy. - ukatrupiłabym za ten nonszalancki wzrok.
-No to idziemy coś zjeść! - powiedziała Michelle.
-Świetny pomysł, come on! - Czy ja przed chwilą nie powiedziałam tego... A nieważne. Poszliśmy pod adres napisany na kuponie i zjedliśmy jakieś naleśniki.
Nie powiem, zawsze chciałam zwiedzić N.Y. No może nie w takich okolicznościach, ale ok. Jako że pan McSkurwysyn nalegał, żeby poszukać innych, no to prędzej czy później to zrobiliśmy. Przy okazji pospacerowałam po Central Parku. Kiedy nasze poszukiwania zaczęły przybierać postać rozglądania się za jedzeniem, stwierdziliśmy że przydałoby się wydostać z Miasta, które nigdy nie śpi.
-Ktoś wie, gdzie jesteśmy? -zapytała zmęczona Michelle, uporczywie poszukując wolnej ławki.
-Nie bardzo. Pełno tu ludzi, więc... -zaczął Duff.
-Która to aleja? -zapytałam, wchodząc mu w słowo.
-Bodajże Siódma. A ulica... - przymrużyła oczy w poszukiwaniu numeru. -Czterdziesta pierwsza. A po co Ci to?
-Czterdziesta pierwsza, czterdziesta pierwsza...A na czterdziestej drugiej jest...-pomyślałam chwilę- Jesteśmy koło Times Square. - uśmiechnęłam się lekko.
-Na pewno, już Ci uwierzę. - rzucił basista. -Skąd to niby wiesz, pani Atlas Świata? - wskazałam mu palcem na jedną ulicę, na której końcu było widać pełno neonów, ludzi, restauracji oraz różnego typu korporacji i firm. -No super, pokazałaś mi Nowy Jork. Ale skąd mam pewność, że to akurat Times? - co za wkurwiający osobnik.
-Może dlatego, że tam jest siedziba MTV? - pokazałam mu palcem. -A tam Broadway 1585. A tam - odwróciłam się na pięcie - Jest plac Times 5. Dalej nie wierzysz? - Machnął tylko ręką.
-Alice, skąd ty to wiesz? Myślałam, że tu nigdy nie byłaś. - popatrzyła na mnie Michi.
-Bo nie byłam. Ale zawsze chciałam. Znam mapę Central Parku na pamięć, a o Times Square wiem w sumie mało. - popatrzyła na mnie zdziwiona. -Każdy ma jakieś zboczenia, nie? -uśmiechnęłam się lekko.
-Nieźle... - pokiwała głową. -Widzę faceta z hot dogami! - pobiegła do budki i szybko wróciła z trzema porcjami jedzenia. -Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!
Co jak co, ale głodni bylismy praktycznie cały czas. Do czasu, kiedy znaleźliśmy na ulicy 10 baksów i poszliśmy na Pizzę Nowojorską - wtedy nie miałam ochoty patrzeć na jedzenie przez dwa dni.
Rozeszliśmy się w poszukiwaniu rozkładów autobusów, albo czegoś w tym stylu. Nie było bezpośrednich połączeń do Los Angeles, więc szukaliśmy jakiegokolwiek ; Chicago, Boston, Atlanta, Nashville, Indianapolis. Reakcją na ostatnią miejscowość był przyspieszony oddech. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tym miejscem. NIC.
-Ej Alice. - Michelle wskazała palcem na mapę. -Ty nie jesteś przypadkiem z Indiany? - zgniotłam w ręku jakąś ulotkę.
-Tak. Jestem. Ale nie mam zamiaru tam wracać. Nigdy. - ostatnie słowo wycedziłam przez zęby.
-Jej, przepraszam, nie wiedziałam że nie chciałaś o tym gadać. - przeprosiła mnie Chelle.
-Nie, spoko. Ok. - poklepałam ją po ramieniu.- Powinniśmy się zwijać... A co powiesz, jakbyśmy pojechali tu... -wskazałam jej na mapie Nashville. -A potem tutaj, do Oklahomy. Wiem, że stamtąd jest już bezpośrednie połączenie do L.A. - Młoda pokiwała głową, a wtedy pojawił się zdyszany Duff.
-Tu jesteś... -zawołał do Michi, po czym zobaczył mnie. - Jesteście. - poprawił się niechętnie - Wracamy do domu. Na końcu 46 ulicy jest pan Chou, jedzie do Dallas tirem, więc bierzemy się z nim! - uśmiechnął się, dumny ze swojej 'roboty'.
-Pan Chou? Do Dallas? Tirem? - zapytałam zmieszana. -No dobra, idziemy. - rzuciłam.
Przeszliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy naszym oczom okazał się spory parking i jeden, stojący na nim, ogromny tir.
-Dzień dobry panie Chou. - uśmiechnął się sztucznie McKagan. -Możemy już jechać? - Azjata w średnim wieku popatrzył na nas, następnie na Duffa, a potem znowu na nas.
-Tak, tak. Chúng ta phải nhanh lên! Ngay lập tức hoàng hôn! - wymieniłam spojrzenia z Mish. -Znaczy.. Ruszajmy! - uśmiechnął się szeroko, prawie jak Steven. Ale mi go brakowało, bez Adlerka pusto w środku.
Weszliśmy do wielkiego tira ; z przodu były 4 siedzenia, z tyłu coś w stylu małej kuchni i łazienki oraz niewielkie łóżko. Usiedliśmy na przodzie, koło pana Chou siedziała Chelle, potem Duff i ja. Gorzej trafić nie mogłam. Owy Chou był z Wietnamu, i wiózł produkty z tamtego kraju do Dallas, na światowy rynek. Miał 6 dzieci i 'cudowną żonę', ale pochodził z niezamożnej rozdziny. To wszystko opowiadał nam bite 3 godziny.
Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w okolicach Annapolis. Z tira wyszedł kierowca, a Michi poszła do toalety - czyli zostałam z panem McKaganem sama na jakieś 15 minut, cudownie.
Nie odzywaliśmy się do siebie - ja patrzyłam za okno, obserwując pana Chou, który akurat palił, a on zmieniał stacje radiowe. Po jakimś czasie rzucił mi na kolana małą reklamówkę.
-Nie wiem czy wiesz, ale prezenty to się raczej daje na święta. - wzięłam do ręki 'podarunek' i trzymałam go w powietrzu, żeby go zabrał.
-Ubierz się w to. - rozpakowałam torebkę i zobaczyłam jakiś tandetną, czerwono-czarną, koronkową halkę i stringi.
-Chyba kpisz. - pokręciłam głową.
-A myślisz, że jedziemy za darmo? Radzę Ci się ubrać, pan Chou będzie czekał w pokoju numer 17 w tym motelu. - pokazał mi ręką na rozpadający się dom.
-Zapomnij. Nigdzie nie idę. - skrzyżowałam ręce na piersiach.
-Pomyślałem, że Michelle jest za młoda, a ty puszczasz się co chwilę. Więc to dla Ciebie nie problem, prawda? - uśmiechnął się wrednie. Nienawidzę go. Nienawidzę. Nazwał mnie dziwką. Nienawidzę gnoja.
-Żartujesz sobie ze mnie. - pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-A wyglądam jakbym żartował? - kierowca ciężarówki podszedł do drzwi motelu i patrzył za mną. -Miłej zabawy. - uśmiechnął się podle.
25 grudnia 2012
16 You're crazy, all mine...
A więc Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich ;)
Czytającym życzę dużo cierpliwości do kolejnych rozdziałów, a piszącym weny, szybkiego internetu i dużo wolnego czasu ;P
-Ja pierdolę...To co z tym robimy? - popatrzył na mnie spod burzy loków.
-Nie wiem, pierwszy raz widzę coś takiego... Zabierzmy to stąd. - wyciągnęłam rękę.
-Czekaj! A gdzie my to mamy niby przechować?
-No...U nas. -bardziej zapytałam, niż oznajmiłam.
-Myślisz, że oni, no wiesz... -wziął na ręce nasze odkrycie.
-Muszą. Od dziś mam najbardziej zajebistego kota na świecie, i mam gdzieś to, że innym może się nie spodobać! - (A co Wy myśleliście? Że trupa znaleźliśmy? Haha, dobre. To jest wszędzie. A kotów nie ma nigdzie! przyp. aut.) pogłaskałam małą, czarną i chyba głodną istotkę. -Slash, może podejdziemy po coś, co jedzą koty? Jakaś karma czy mleko... -skręciliśmy do spożywczego, ale karmy w nim nie było. Co jest raczej oczywiste, ale Alice nie lubi myśleć. Kupilismy karton mleka, mały chlebek i miskę dla nowego lokatora.
-Czekaj! -zawołał Slash, kiedy przechodziliśmy koło sklepu z czapkami, kapeluszami i paskami do spodni. Kiedy on wszedł do sklepu, ja stałam przed witryną, i obserwowałam Mulata. Nagle schował coś pod kurtkę i wyszedł. -To będzie pasowało.
-Ukradłeś to? - popatrzyłam na 'zdobycz'
-Nie, pożyczyłem na czas bliżej nieokreślony. - założył czarnemu jak noc kotowi mały cylinder. -No popatrz; kocia wersja mnie. -Miał rację, co jak co, ale kot zajebiście wyglądał w cylindrze.
-Nie wiedziałam, że robią takie małe cylinderki. - poprawiłam kapelusz zwierzaka. -Słyszysz?

Zza rogu wybiegła średniego wzrostu, młoda dziewczyna. Miała długie, proste włosy koloru blond, była całkiem drobna.
-Zostaw mnie dobra?! -krzyknęła za sobą, chyba płakała. -Macie może zegarek? - jej niebieskie oczy szkliły się od łez.
-Wpół do dziesiątej prawie... -odpowiedział Mulat. - Wszystko ok?
-Tak, w porządku. Jest zajebiście. W chuj cudownie! -warknęła na niego, cała brudna na twarzy od tuszu do rzęs. -Dzięki że pytasz! - popatrzyła na mnie, po tym jak krzyknęła na Slasha. -Nie wiesz gdzie tu jest jakiś tani hotel?
-Tanich nie ma żadnych, chyba że masz ochotę spać w towarzystwie karaluchów, takich jest pełno.
-Eh...Super, dzięki za pomoc. - odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę.
Bez zawahania ruszyłam przed siebie, myślałam że Slash zrobi to samo - Ale nie, stał i gadał z tą dziewczyną dalej!
-Alice, Michelle może u nas nocować nie? - zapytał
-Michelle? - pokazał mi na blondynkę. -Ee, no nie wiem, bo w sumie, to już u nas nie ma miejsca i...
-Chodzi mi tylko o jedną noc, proszę. Mogę spać na ziemi, byle by było w miarę bezpiecznie. - niebiesko-szare oczy przeszyły mnie na wskroś.
-Dobra, niech Ci będzie...-rzuciłam. -A jak się nazywasz, ile masz lat i skąd się tu znalazłaś?
-Jestem Michelle, Michelle McCreed. 17 lat. Mieszkam w L.A. od urodzenia... - popatrzyłam na ową 'Michelle' ; potargane dżinsy, czarne Martensy, i bluzka w czarno-białe paski. -Spełniam wymagania?
-Pracujesz, co coś w tym stylu?
-Nie, ale mam przy sobie trochę pieniędzy. -popatrzyła do portfela - Trochę.
-Dobra, idziemy. - nie miałam ochoty na zbieranie jakiś przybłędy z ulicy, ale skoro Pan Hudson się na coś uparł, to choćbyś miała jebnąć z przedawkowania i mieć krwotok wewnętrzny z powodu wciągnięcia ilości koki zabijającej dorosłego osobnika żyrafy płci męskiej to i tak zdania nie zmieni. Chcąc nie chcąc, zamieniłam kilka zdań z Michelle, i szczerze, to... Nie rozumiem jej. Ona żyje w jakimś chorym, nieistniejącym świecie, w którym jest bardziej pusto, niż w mojej lodówce. Do tego jest nieźle wyobcowana. Popatrzcie jak pięknie można opisać człowieka, rozmawiając z nim jakieś 5 minut.
-Zapraszam w nasze nieskromne progi. - ruchem ręki wskazałam na salon, w którym o dziwo, nie było nikogo. -Żyje tu ktoś?
Ten dziwny stan, kiedy jest cicho.
-Żyję. - usłyszałam, miły i ciepły męski głos ; Stradlin sam w Domu. -A Wy co tak póź...-przerwał, i popatrzył na nową przyjaciółeczkę Slasha. -Cześć, jestem Izzy. -podał jej niepewnie rękę. -A Ty jesteś...?
-Michelle.- chłopak pokiwał głową z zdezorientowaniem. -Gdzie tu jest łazienka?
-Drugie drzwi na lewo. - powiedziałam, i opadłam na kanapę. Młoda weszła do toalety, a ja bez żadnych zahamowań wyjechałam na Slasha. -Dobra, co Ty sobie wyobrażasz? Nie mam zamiaru zbierać jakiejś obcej dziewczyny z ulicy!
-Przesadzasz... - ściągnął kurtkę i rzucił nią na ziemię.
-Podnieś to. - warknęłam.
-Nie czepiaj się, ok? - powiesił ramoneskę na wieszaku. -Lepiej?
-Dużo lepiej. - z łazienki wyszła Michelle. -No, to trzeba Ci załatwić jakieś miejsce do spania..-podrapałam się po głowie. My się ledwo mieścimy w siedem osób, z czego 3 i tak śpią na ziemi. -Kanapa? -pokiwała głową. -Tylko pamiętaj, że tu za chwilę zjawi się trochę ludzi i wcześnie nie pójdziesz spać.
Grzecznie pokiwała głową i niepewnie przeszła się po domu. Ja usiadłam w kuchni, i zaczęłam przygotowywać coś do jedzenia. Kiedy skończyłam sałatkę z tuńczykiem, do domu weszli Pat z Axlem.
-Ten film był do dupy. Od fabuły, przez aktorów, do kostiumów i charakteryzacji. - dziewczyna rzuciła torebką o ziemię.
-Ja zasnąłem w połowie, ale pamiętam jedną aktorkę, fajne miała cycki. - dostał od Pat kuksańca w bok - No kurwa już nie mogę się wypowiedzieć? Nie czepiaj się! - powiedział nienaturalnie sztucznym głosem, i groteskowo przyjął taką samą postawę jak jego dziewczyna ; prawa ręka na biodrze, ciężar ciała na lewej nodze i przerysowana mina znudzenia. Wybuchłam śmiechem na ten widok, a Pat kopnęła Axla w tyłek.
-Koniec tej wojny, pokój i miłość ludzie! - przebiegłam się po mieszkaniu, zawiązując sobie bandanę wokół głowy i pokazując 'Victorię', kiedy zobaczyłam Michelle na korytarzu. -Em...Jesteś głodna? - ściągnęłam szybko bandankę i uśmiechnęłam się, pokazując jej, że wcale nie jestem nienormalna.
-Alice, czy Ty do chuja pana masz schizofrenię? Z kim Ty gadasz? - wstał i podszedł do mnie. -Co to?
-Chyba kto. - poprawiła go lekko wkurzona dziewczyna. -Michelle. - syknęła
-A ja Królewna Śnieżka, fajnie że nas odwiedziłaś, ale idź już. - złapał ją za ramiona i wyrzucił ją za drzwi, po czym je zamknął.
-Axl, ona ma u nas nocować. - otworzyłam drzwi zdezorientowanej nastolatce, próbując jej jakoś szybko wytłumaczyć, że Rudy nic o niej nie wiedział. Pat podniosła brwi i popatrzyła na mnie jak na jak bym na czole miała napisane 'pomoc humanitarna'. -Pat, Axl ; to jest Michelle. Dziś u nas nocuje. - wysiliłam się na uśmiech w stronę Rose'a, kiedy do domu wpadł zmordowany Steven.
-Proszę, ściągnijcie ze mnie to ubranie, wykąpcie i połóżcie do trumny. - padł na kolana i położył się na ziemi.
-Przedszkolaki dały Ci tak popalić, biedaku? - złapałam go za ramiona i ustawiłam w pozycji siedzącej.
-Gorzej. - popatrzył na mnie zmęczonymi, błękitnymi oczami. -Podstawówka. Do tego prywatna. Masakra... A Ty kim jesteś? - popatrzył na Michelle, a ja wytarłam jego twarz skrawkiem bluzki.
-Miło że nie traktuje się mnie jak rzecz, w końcu. -zmierzyła Axla, a ten wstał i już miał coś jej powiedzieć, ale na szczęście Pat go w porę uspokoiła. -Michelle, dziś u Was nocuję.
-Supcio. -pokiwał głową i wstał z ziemi. -Idę pod prysznic... - rzucił markotnie i zamknął za sobą drzwi.
-Nie wiecie, kiedy ma wpaść reszta? - zapytałam, unikając tematu dziewczyny.
-Nie mam bladego pojęcia... Ali, mogę jeszcze tej sałatki? - Pat porwała miskę i patrzyła na mnie, jak jakiś kotek. KOT! Właśnie, może by im wypadało powiedzieć, że mamy jeszcze jednego lokatora? A nie, dowiedzą się kiedyś tam...
Trochę zdziwiła mnie postawa Slasha, który przyniósł Michelle pościel (chyba nawet swoją) i jako jedyny, rozmawiał z nią normalnie, bez spiny, zrobił herbaty i coś do jedzenia, bo Stevie pożarł dosłownie wszystko, co tylko zobaczył w zasięgu wzroku. Dziewczyna powiedziała, że rano się zwinie, i że już dziękuje, że może u nas spać. Nie czekając, aż reszta się zjawi, poszłam do łóżka i zaczęłam czytać jakąś książkę. Po chwili wpadł Stevie, i poprosił, żeby rozczesała mu włosy. Czego się dla takiego kochanego stworka nie robi.
Przytuliłam się w jego dywan na klacie i zasnęłam.
Dzięki Ci Boże za weekend. A szczególnie za sobotę, wolną sobotę, kiedy możesz spać do południa.
Steven jeszcze chrapał, kiedy otworzyłam oczy, więc starając się go nie obudzić, poszłam do łazienki.
Na zegarze była 12.12. I tak o mnie nikt nie myśli. W kuchni zobaczyłam Michelle, która chyba coś gotowała.
-O, cześć Alice. - przywitała mnie z uśmiechem.
-Cześć. -bardziej zapytałam, niż powiedziałam. -Przepraszam że pytam, ale nie powinnaś już wychodzić?
-Slash powiedział, że mogę zostać do kiedy chcę. I że uzgodnił to z Tobą. - popatrzyła na mnie trochę przestraszona.
-No to ciekawe, bo nic mi nie mówił...
-Jejku, przepraszam, ja... Ja już się spakuję, i za chwilę mnie nie będzie... - odłożyła łyżkę i wyszła z kuchni.
-Nie, ej. - złapałam ją za ramię. -To już zostań, a ja pogadam sobie ze Slashem, ok? -pokiwała głową.
-Dziękuję, bardzo... Masz ochotę na śniadanie?
-Tak, pewnie. A co przygotowałaś? - usiadłam przy stole i czekałam, aż Michelle nałoży mi jedzenie. Szczerze, to spodziewałam się jajecznicy, albo tostów, w najlepszym wypadku. A co dostałam? Rogaliki z ciasta francuskiego z dżemem truskawkowym, do tego kawę i sałatkę owocową. -Dziewczyno, skąd ty miałaś te wszystkie produkty? Dżem ostatnio jadłam jeszcze w Lafayette. Nie mówiąc o takich owocach.
-Wiesz, postanowiłam wstać rano i zrobiłam zakupy. Chciałam podzięko...
-Dobra, koniec z tymi podziękowaniami. Coś czuję, że zostaniesz u nas na dłużej, co ty na to? - zapytałam, nabijając na widelec truskawkę i kiwi.
-Pewnie, dzię...- popatrzyłam na nią wymownie. -Z wielką chęcią. -poprawiła się.
-ALICEEE! - oho, czyżby Pat dowiedziała się o moim zwierzaku? -Co to ma być? - trzymała na rękach wystraszonego, czarnego kociaka.
-Kot.
-Jaki kot?!
-Mój. - wzięłam kociaka na ręce i nalałam mleka do miski w kuchni. Uwielbiam, jak te małe stworki siorbią coś do picia.
-To weź go do siebie, bo Axl obudził się z nim na brzuchu. - zaśmiała się cicho. -Dlaczego Ty jesz takie dobroci, a ja nie? Michi, to Twoja sprawka? - pokiwała głową. -Ja też chcę!
I tak mała Chelle została u z nami na długi, długi czas.
Zbliżały się święta, a co za tym idzie, trzeba kupić prezenty i przygotować jedzenie. I choinkę.
Razem z Michelle, Pat i Sue wybrałyśmy się na zakupy do pobliskiej galerii handlowej. Kupowanie oryginalnych prezentów dla chłopaków to istne piekło ; najchętniej kupiłabym im po butelce Danielsa, ale Pat się uparła. Dla Izzy'ego znalazłyśmy nowe nakrycie głowy, gdyż ciężko opisać je jako kaszkiet albo kapelusz. Coś pośrodku tego. Dla Axla, Pat znalazła zestaw 3 pary bokserek - jedna czerwona, druga biała a trzecia w amerykańską flagę. Do tego perfumy. Dla Slasha płyty Led Zeppelin, jedną Pink Floydów a trzecią Jimiego Hendrixa. Dla Stevena kupiłam wielki plakat z KISS, bo wiem że ich uwielbia, w przeciwieństwie do Slasha, a do tego koszulkę z Jackiem Danielsem. Dla Duffa nie znalazłam niczego. A może nie chciałam znaleźć? Nie wiem, jemu kupiłam butelkę dobrze znanego nam trunku i paczkę fajek. Dla Sue znalazłam czarną sukienkę i naszyjnik, dla Michelle tunikę w paski i pasek z ćwiekami. Jako że zawsze zabieram Pat jej wyjebane w kosmos kosmetyki, żele pod prysznic i peelingi, to kupiłam jej wielgachny zestaw musujących kul, balsamów, szamponu i odżywek do włosów o zapachu ananasa. I jakiś olejek różany.
Prezenty dobrze schowane, więc przydało by się zacząć gotować. Przed tym, zorientowaliśmy się, że nie mamy choinki. Axl i Slash po nią pojechali, a bombki i światełka załatwiła Sue. Na szczęście, choinka była w porządku, całkiem spora i pachniała lasem. Michelle i Pat, jako że miały pomysły, ubierały choinkę, Izzy 'sprzątał' salon, Slash nakrywał do stołu razem z Duffem, Axl szukał słodyczy, które schowała Pat, a ja ze Stevenem i Sue gotowałam, piekłam i dekorowałam. Przypomniało mi się, jak Slash zrobił kiedyś rozpierduchę w kawiarni, bo nie mieli babeczki z Danielsem. W sumie, to mogłabym zrobić ''Slashie's'', jak je sam nazwał. Nakładając ciasto do papilotek ( dla niewiedzących, to ten papierek, w którym piecze się muffinkę, przyp. aut.) poczułam jak Stevie obejmuje mnie i obcałowuje po szyi.
-Ej, nie teraz... - mruknęłam.
-To kiedy? - jego ciepły oddech łaskotał mnie w szyję.
-Wieczorem. - dostał drewnianą łyżką w nos. -Obiecuję. - od jego uśmiechu można orgazmu dostać. -Wracaj do dekorowania pierników.
-Co powiesz na to, żebym im coś dorysował? - wziął do ręki rękaw cukierniczy i popatrzył na mnie błagalnie.
-Rysuj cokolwiek, byle by były skończone. Ja się biorę za kurczaka. - rzuciłam, i wyciągnęłam z lodówki wielki kawał mięcha. Gapiłam się na niego dobre kilka chwil, Sue szturchnięciem przerwała moje przemyślenia o drobiu. -Co ja mam z tym zrobić? - zapytałam, podnosząc udko, a przy tym całą tuszę kurczaka do góry.
-Może go przypraw? Sól, pieprz, papryka w proszku?
-Amatorki! - krzyknęła Pat i podeszła do nas. -Pokaż mi tego kurczaka. - doprawiła, nadziała i Bóg jeden wie co jeszcze zrobiła temu nieszczęsnemu mięsu, ale skończyła, i włożyła go do foremki. -Łuhu, co my tu mamy?
-Weź idź się ubierz kobieto! - podniosłam pokrywkę od garnka.
-Jesteśmy ubrane praktycznie tak samo, Miss Mokrego Podkoszulka. - sprostowała.
-Dobra, wracaj sobie do choinki. - wygoniłam ją i spojrzałam na robotę Stevena. -Kurwa, Dżisas, ja pierdolę. - facepalm i fala śmiechu.
-Pozwoliłaś mi rysować co chcę, no to proszę bardzo! - pierniczki-Mikołaje miały narysowane kutasy, Aniołkom dorobił cycki wielkości arbuza, a gwiazdki....Eh, szkoda gadać. Jednym słowem, cały Steven.
W końcu przyszedł czas na jedzenie, jedzenie i jedzenie. Wszyscy byliśmy głodni jak cholera, więc jedzenie szybko znikło z talerzy. A co to oznacza? CZAS PREZENTÓW! Zaczęliśmy od najstarszego, a że nie mogliśmy ustalić, Axl czy Izzy jest starszy, dostali prezenty w jednym czasie. Rudy poszedł odłożyć bokserki i zabrał się za czekoladowego Mikołaja. Izzy przymierzył czapkę i chyba mu się spodobała, bo cały czas w niej siedział. Potem prezenty dostali Duff i Slash ; Żyrafa wcześniej wspomniany prezent ode mnie, a od Sue koszulkę z Misfits i bilety na koncert, a Ukośnik dostał ode mnie płyty, od chłopaków nowy pasek do gitary, a od Michelle 4 bandanki i okulary przeciwsłoneczne. Steven dostał od chłopaków kask z dwiema puszkami Danielsa z Colą (kij z tym, że już taki ma), od Pat koszulkę Pearl Jam, a ode mnie plakat z KISS i koszulkę z Danielsem. Potem kolej na Michelle, w ogóle zdziwiona, że cokolwiek dostała. Cieszyła się ogromnie ze wszystkiego. Potem prezenty dostały Sue i Pat, a potem ja. Od Stradlina książkę o samobójcach, supcio. Od Pat i Sue nową, śliczną sukienkę, od Axla perfumy a od Slasha naszyjnik.
-Alice, to jeszcze jest dla Ciebie. - Steven podał mi płytę. -Mam nadzieję, że Ci się spodoba. - popatrzyłam na nic niemówiącą mi okładkę, tytuł ani nazwę zespołu. -Polski. - niczego, oprócz angielskiego tytułu i skrótowej nazwy zespołu nie mogłam odczytać. 'Heavy metal world' tak brzmiał tytuł płyty, a zespół nazywał się TSA*
-Dziękuję Stevie. - chłopak dostał buziaka w policzek, a ja oglądałam swoje prezenty. -Zaczynamy to obchodzić jak normalni ludzie. Pod łóżkiem jest kilka butelek Johnniego Walker'a, ktoś chce? - pytanie retoryczne w tym domu. Duff podzielił się fajkami, Slash włączył płytę Led Zeppelin, jeśli dobrze pamiętam to była to 'Houses of Holy', ja przyniosłam procenty, a Izzy wyciągnął trochę hery. Każdy wciągnął po kresce, nawet Michelle. Jak zwykle dla panów Stradlin i Adler jedna krecha to za mało, więc poszli załadować do łazienki . Duff jak zwykle opowiadał historie Kapitana Misia, a ja nie miałam ochoty go słuchać. Nie mam ochoty na niego patrzeć. Nie mam ochoty przebywać z nim w jednym domu, jednym mieście, a nawet kraju. Cała ta jego pierdolona nonszalancja i wzrok w stylu 'jestem boski, więc przelecę każdą' doprowadzają mnie do szału. Ja serio nie wiem, jak Sue z nim wytrzymuje. Och, cóż za jebany pech, pan McKagan skończył pierdolić, bo wódka mu się skończyła. Pożegnałam się z resztą, jeszcze raz podziękowałam za prezenty i poszłam do mojego pokoju.
Trzymałam w ręce płytę TSA, i włączyłam ją. Wybrałam ciekawie zapowiadającą się piosenkę '51'.
Już po pierwszych dźwiękach poczułam, że to nie jest radosna piosenka ; była pełna smutku i melancholii, choć nie rozumiałam tekstu. Mniej więcej w połowie solówki do pokoju wpadł Steven.
-No to co... - złapał mnie w talii. -Coś obie..
-Cicho. - zahipnotyzowana, słuchałam niesamowitego wokalu i przepełnionej uczuciami gitary. Piosenka się skończyła, więc wyłączyłam płytę. -Wiem, że coś obiecałam. Wiem. - popatrzył mi w oczy.
-Ty nie słuchasz muzyki, ty ją pochłaniasz. - uśmiechnął się i zamknął drzwi na klucz. -Niesamowite. - wplótł ręce w moje włosy i całował mnie. Nasze pocałunki były coraz bardziej łapczywe i namiętne, więc szybko wylądowaliśmy na łóżku. Zrzucił ze mnie koszulkę i spodnie, a uczyniłam to samo.Wsunęłam ręce pod jego bokserki, a on odsunął się lekko od moich ust. -Alice? - mruknęłam tylko, czekając na odpowiedź. -Możesz ściągnąć ze mnie to cholerstwo? -zaśmiałam się lekko, i zrobiłam to, o co prosił. Chwilę potem zostałam całkiem pozbawiona bielizny. Poczułam jak przejeżdża językiem po mojej kobiecości a potem wchodzi we mnie zdecydowanie...
Sytuacja w domu wyglądała następująco - Axl, Slash, Steven, Izzy, Duff, Pat, Michelle i ja. Często wpadała też Sue, więc było wesoło. Dużymi krokami zbliżał się Sylwester, a co to oznacza? Że Gunsi wyprawiają imprezę roku. Problem w tym, że Hellhouse było duże, a nasze mieszkanie nie pomieści wszystkich naszych znajomych. Czyli trzeba przenieść imprezę do kogo innego. Był 30 grudnia 1986 roku. Jako że Sue i Duff poszli na koncert, wybrałam się spacer ze Stevenem, Slashem i Michelle. Młoda siedziała cicho i trzymała się blisko Hudsona, ja szłam z perkusistą za rękę. Weszliśmy na Sunset Strip w poszukiwaniu monopolowego.
Pod jednym z nich spotkaliśmy tych oto panów:
-Michael! Człowieku, ile ja cię nie widziałem! - krzyknął Slash. -Tony, urosłeś. - długowłosy zmierzył go wrednie. -Co u Was?
-Saul, człowieku. Płytę wydaliśmy! - powiedział z dumą Flea.
-A idź, musisz wszystko wygadać? -skarcił go Tony. -Ta, 'Freaky Styley'...Ale coś się nie sprzedaje. A co u Ciebie?
-Gram w zespole, na gitarze prowadzącej. Guns N' Roses.
-Odkąd Cię pamiętam z liceum, zawsze grałeś na gitarze. - przyznał Flea. -Ja gram na basie.
-W ogólniaku wolałeś trabkę. -zaśmiał się Mulat. -Dobra, my tu pitu-pitu. a to jest Alice. - pokazał na mnie, i przywitałam się z chłopakami. -To Michelle. - dziewczyna w końcu się uśmiechnęła. -A to ta niezdara Steven.
-Stevie! Człowieku, pamiętam jak wtedy wyjebałeś się na desce, i Saul musiał Ci udzielić pierwszej pomocy. - poklepał go po ramieniu Flea. -Dobra, pytanie prosto z mostu. A w sumie nie pytanie, ale rozkaz. Jutro ostatni dzień roku, więc przychodzicie do nas! Tu masz adres. -podał mu karteczkę. -Bierz zespół, gitary i panienki. - zmierzył jeszcze raz mnie i Chelle. -Do jutra! - krzyknęli i poszli. Czyli sprawa imprezy wyjaśniona - idziemy do Tony'ego i Flea.
Stanęłam przed szafą. Moje ulubione pytanie - co ja mam ubrać? W sumie, i tak nie ma to większego znaczenia, bo pewnie skończę imprezę w samej bieliźnie.
Całą dziewiątką wybraliśmy się do mieszkania Tony'ego i Flea ; było dużo, dużo większe niż nasze, pełno jedzenia, picia, sterty płyt. Rewelacja. Przed dwunastą byliśmy tak najebani i naćpani, że nie pamiętam niczego, oprócz biegania Axla po ulicach Los Angeles w przebraniu żółtego kurczaka.
Dużo śmiechu, hery, alkoholu, muzyki i tak w kółko, dopóki nie urwał mi się film.
Obudziłam się w jakimś cholernie dziwnym pokoju, chyba prochy jeszcze działały, bo widziałam tylko rozmazane kształty. Co oznacza, że powinnam jeszcze spać.
Po drugim przebudzeniu się, mój wzrok był już wyostrzony. Leżałam na ziemi, obok mnie pełno nieznanych ludzi, doniczka z fikusem i...czy ja widzę wózek inwalidzki? To jest chore. Wstałam powolutku i rozglądnęłam się. To nie było mieszkanie chłopaków z Red Hot Chilli Peppers, to nie było nasze mieszkanie. W tłumie leżących ludzi zobaczyłam głowę McKagana. No super, nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Wróć, widzę jeszcze mordkę Michelle. Uf.. Jest lepiej. Wyjrzałam za okno.
-Jasna cholera. - przeraziłam się. -To nie jest Los Angeles. Jestem w Nowym Jorku.- wtedy obudził się Duff i popatrzył na mnie.
-Co ty Black znowu pierdolisz, jaki Nowy Jo... O kurwa, no to ładnie.
* TSA - dlaczego akurat ten zespół? No więc jakiś czas temu byłam na ich koncercie w Krakowie, i według mnie jest godny polecenia ;) A że działali tez w latach '80, to tym bardziej pasuje tutaj xd
Czytającym życzę dużo cierpliwości do kolejnych rozdziałów, a piszącym weny, szybkiego internetu i dużo wolnego czasu ;P
-Ja pierdolę...To co z tym robimy? - popatrzył na mnie spod burzy loków.
-Nie wiem, pierwszy raz widzę coś takiego... Zabierzmy to stąd. - wyciągnęłam rękę.
-Czekaj! A gdzie my to mamy niby przechować?
-No...U nas. -bardziej zapytałam, niż oznajmiłam.
-Myślisz, że oni, no wiesz... -wziął na ręce nasze odkrycie.
-Muszą. Od dziś mam najbardziej zajebistego kota na świecie, i mam gdzieś to, że innym może się nie spodobać! - (A co Wy myśleliście? Że trupa znaleźliśmy? Haha, dobre. To jest wszędzie. A kotów nie ma nigdzie! przyp. aut.) pogłaskałam małą, czarną i chyba głodną istotkę. -Slash, może podejdziemy po coś, co jedzą koty? Jakaś karma czy mleko... -skręciliśmy do spożywczego, ale karmy w nim nie było. Co jest raczej oczywiste, ale Alice nie lubi myśleć. Kupilismy karton mleka, mały chlebek i miskę dla nowego lokatora.
-Czekaj! -zawołał Slash, kiedy przechodziliśmy koło sklepu z czapkami, kapeluszami i paskami do spodni. Kiedy on wszedł do sklepu, ja stałam przed witryną, i obserwowałam Mulata. Nagle schował coś pod kurtkę i wyszedł. -To będzie pasowało.
-Ukradłeś to? - popatrzyłam na 'zdobycz'
-Nie, pożyczyłem na czas bliżej nieokreślony. - założył czarnemu jak noc kotowi mały cylinder. -No popatrz; kocia wersja mnie. -Miał rację, co jak co, ale kot zajebiście wyglądał w cylindrze.
-Nie wiedziałam, że robią takie małe cylinderki. - poprawiłam kapelusz zwierzaka. -Słyszysz?
Zza rogu wybiegła średniego wzrostu, młoda dziewczyna. Miała długie, proste włosy koloru blond, była całkiem drobna.
-Zostaw mnie dobra?! -krzyknęła za sobą, chyba płakała. -Macie może zegarek? - jej niebieskie oczy szkliły się od łez.
-Wpół do dziesiątej prawie... -odpowiedział Mulat. - Wszystko ok?
-Tak, w porządku. Jest zajebiście. W chuj cudownie! -warknęła na niego, cała brudna na twarzy od tuszu do rzęs. -Dzięki że pytasz! - popatrzyła na mnie, po tym jak krzyknęła na Slasha. -Nie wiesz gdzie tu jest jakiś tani hotel?
-Tanich nie ma żadnych, chyba że masz ochotę spać w towarzystwie karaluchów, takich jest pełno.
-Eh...Super, dzięki za pomoc. - odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę.
Bez zawahania ruszyłam przed siebie, myślałam że Slash zrobi to samo - Ale nie, stał i gadał z tą dziewczyną dalej!
-Alice, Michelle może u nas nocować nie? - zapytał
-Michelle? - pokazał mi na blondynkę. -Ee, no nie wiem, bo w sumie, to już u nas nie ma miejsca i...
-Chodzi mi tylko o jedną noc, proszę. Mogę spać na ziemi, byle by było w miarę bezpiecznie. - niebiesko-szare oczy przeszyły mnie na wskroś.
-Dobra, niech Ci będzie...-rzuciłam. -A jak się nazywasz, ile masz lat i skąd się tu znalazłaś?
-Jestem Michelle, Michelle McCreed. 17 lat. Mieszkam w L.A. od urodzenia... - popatrzyłam na ową 'Michelle' ; potargane dżinsy, czarne Martensy, i bluzka w czarno-białe paski. -Spełniam wymagania?
-Pracujesz, co coś w tym stylu?
-Nie, ale mam przy sobie trochę pieniędzy. -popatrzyła do portfela - Trochę.
-Dobra, idziemy. - nie miałam ochoty na zbieranie jakiś przybłędy z ulicy, ale skoro Pan Hudson się na coś uparł, to choćbyś miała jebnąć z przedawkowania i mieć krwotok wewnętrzny z powodu wciągnięcia ilości koki zabijającej dorosłego osobnika żyrafy płci męskiej to i tak zdania nie zmieni. Chcąc nie chcąc, zamieniłam kilka zdań z Michelle, i szczerze, to... Nie rozumiem jej. Ona żyje w jakimś chorym, nieistniejącym świecie, w którym jest bardziej pusto, niż w mojej lodówce. Do tego jest nieźle wyobcowana. Popatrzcie jak pięknie można opisać człowieka, rozmawiając z nim jakieś 5 minut.
-Zapraszam w nasze nieskromne progi. - ruchem ręki wskazałam na salon, w którym o dziwo, nie było nikogo. -Żyje tu ktoś?
Ten dziwny stan, kiedy jest cicho.
-Żyję. - usłyszałam, miły i ciepły męski głos ; Stradlin sam w Domu. -A Wy co tak póź...-przerwał, i popatrzył na nową przyjaciółeczkę Slasha. -Cześć, jestem Izzy. -podał jej niepewnie rękę. -A Ty jesteś...?
-Michelle.- chłopak pokiwał głową z zdezorientowaniem. -Gdzie tu jest łazienka?
-Drugie drzwi na lewo. - powiedziałam, i opadłam na kanapę. Młoda weszła do toalety, a ja bez żadnych zahamowań wyjechałam na Slasha. -Dobra, co Ty sobie wyobrażasz? Nie mam zamiaru zbierać jakiejś obcej dziewczyny z ulicy!
-Przesadzasz... - ściągnął kurtkę i rzucił nią na ziemię.
-Podnieś to. - warknęłam.
-Nie czepiaj się, ok? - powiesił ramoneskę na wieszaku. -Lepiej?
-Dużo lepiej. - z łazienki wyszła Michelle. -No, to trzeba Ci załatwić jakieś miejsce do spania..-podrapałam się po głowie. My się ledwo mieścimy w siedem osób, z czego 3 i tak śpią na ziemi. -Kanapa? -pokiwała głową. -Tylko pamiętaj, że tu za chwilę zjawi się trochę ludzi i wcześnie nie pójdziesz spać.
Grzecznie pokiwała głową i niepewnie przeszła się po domu. Ja usiadłam w kuchni, i zaczęłam przygotowywać coś do jedzenia. Kiedy skończyłam sałatkę z tuńczykiem, do domu weszli Pat z Axlem.
-Ten film był do dupy. Od fabuły, przez aktorów, do kostiumów i charakteryzacji. - dziewczyna rzuciła torebką o ziemię.
-Ja zasnąłem w połowie, ale pamiętam jedną aktorkę, fajne miała cycki. - dostał od Pat kuksańca w bok - No kurwa już nie mogę się wypowiedzieć? Nie czepiaj się! - powiedział nienaturalnie sztucznym głosem, i groteskowo przyjął taką samą postawę jak jego dziewczyna ; prawa ręka na biodrze, ciężar ciała na lewej nodze i przerysowana mina znudzenia. Wybuchłam śmiechem na ten widok, a Pat kopnęła Axla w tyłek.
-Koniec tej wojny, pokój i miłość ludzie! - przebiegłam się po mieszkaniu, zawiązując sobie bandanę wokół głowy i pokazując 'Victorię', kiedy zobaczyłam Michelle na korytarzu. -Em...Jesteś głodna? - ściągnęłam szybko bandankę i uśmiechnęłam się, pokazując jej, że wcale nie jestem nienormalna.
-Alice, czy Ty do chuja pana masz schizofrenię? Z kim Ty gadasz? - wstał i podszedł do mnie. -Co to?
-Chyba kto. - poprawiła go lekko wkurzona dziewczyna. -Michelle. - syknęła
-A ja Królewna Śnieżka, fajnie że nas odwiedziłaś, ale idź już. - złapał ją za ramiona i wyrzucił ją za drzwi, po czym je zamknął.
-Axl, ona ma u nas nocować. - otworzyłam drzwi zdezorientowanej nastolatce, próbując jej jakoś szybko wytłumaczyć, że Rudy nic o niej nie wiedział. Pat podniosła brwi i popatrzyła na mnie jak na jak bym na czole miała napisane 'pomoc humanitarna'. -Pat, Axl ; to jest Michelle. Dziś u nas nocuje. - wysiliłam się na uśmiech w stronę Rose'a, kiedy do domu wpadł zmordowany Steven.
-Proszę, ściągnijcie ze mnie to ubranie, wykąpcie i połóżcie do trumny. - padł na kolana i położył się na ziemi.
-Przedszkolaki dały Ci tak popalić, biedaku? - złapałam go za ramiona i ustawiłam w pozycji siedzącej.
-Gorzej. - popatrzył na mnie zmęczonymi, błękitnymi oczami. -Podstawówka. Do tego prywatna. Masakra... A Ty kim jesteś? - popatrzył na Michelle, a ja wytarłam jego twarz skrawkiem bluzki.
-Miło że nie traktuje się mnie jak rzecz, w końcu. -zmierzyła Axla, a ten wstał i już miał coś jej powiedzieć, ale na szczęście Pat go w porę uspokoiła. -Michelle, dziś u Was nocuję.
-Supcio. -pokiwał głową i wstał z ziemi. -Idę pod prysznic... - rzucił markotnie i zamknął za sobą drzwi.
-Nie wiecie, kiedy ma wpaść reszta? - zapytałam, unikając tematu dziewczyny.
-Nie mam bladego pojęcia... Ali, mogę jeszcze tej sałatki? - Pat porwała miskę i patrzyła na mnie, jak jakiś kotek. KOT! Właśnie, może by im wypadało powiedzieć, że mamy jeszcze jednego lokatora? A nie, dowiedzą się kiedyś tam...
Trochę zdziwiła mnie postawa Slasha, który przyniósł Michelle pościel (chyba nawet swoją) i jako jedyny, rozmawiał z nią normalnie, bez spiny, zrobił herbaty i coś do jedzenia, bo Stevie pożarł dosłownie wszystko, co tylko zobaczył w zasięgu wzroku. Dziewczyna powiedziała, że rano się zwinie, i że już dziękuje, że może u nas spać. Nie czekając, aż reszta się zjawi, poszłam do łóżka i zaczęłam czytać jakąś książkę. Po chwili wpadł Stevie, i poprosił, żeby rozczesała mu włosy. Czego się dla takiego kochanego stworka nie robi.
Przytuliłam się w jego dywan na klacie i zasnęłam.
Dzięki Ci Boże za weekend. A szczególnie za sobotę, wolną sobotę, kiedy możesz spać do południa.
Steven jeszcze chrapał, kiedy otworzyłam oczy, więc starając się go nie obudzić, poszłam do łazienki.
Na zegarze była 12.12. I tak o mnie nikt nie myśli. W kuchni zobaczyłam Michelle, która chyba coś gotowała.
-O, cześć Alice. - przywitała mnie z uśmiechem.
-Cześć. -bardziej zapytałam, niż powiedziałam. -Przepraszam że pytam, ale nie powinnaś już wychodzić?
-Slash powiedział, że mogę zostać do kiedy chcę. I że uzgodnił to z Tobą. - popatrzyła na mnie trochę przestraszona.
-No to ciekawe, bo nic mi nie mówił...
-Jejku, przepraszam, ja... Ja już się spakuję, i za chwilę mnie nie będzie... - odłożyła łyżkę i wyszła z kuchni.
-Nie, ej. - złapałam ją za ramię. -To już zostań, a ja pogadam sobie ze Slashem, ok? -pokiwała głową.
-Dziękuję, bardzo... Masz ochotę na śniadanie?
-Tak, pewnie. A co przygotowałaś? - usiadłam przy stole i czekałam, aż Michelle nałoży mi jedzenie. Szczerze, to spodziewałam się jajecznicy, albo tostów, w najlepszym wypadku. A co dostałam? Rogaliki z ciasta francuskiego z dżemem truskawkowym, do tego kawę i sałatkę owocową. -Dziewczyno, skąd ty miałaś te wszystkie produkty? Dżem ostatnio jadłam jeszcze w Lafayette. Nie mówiąc o takich owocach.
-Wiesz, postanowiłam wstać rano i zrobiłam zakupy. Chciałam podzięko...
-Dobra, koniec z tymi podziękowaniami. Coś czuję, że zostaniesz u nas na dłużej, co ty na to? - zapytałam, nabijając na widelec truskawkę i kiwi.
-Pewnie, dzię...- popatrzyłam na nią wymownie. -Z wielką chęcią. -poprawiła się.
-ALICEEE! - oho, czyżby Pat dowiedziała się o moim zwierzaku? -Co to ma być? - trzymała na rękach wystraszonego, czarnego kociaka.
-Kot.
-Jaki kot?!
-Mój. - wzięłam kociaka na ręce i nalałam mleka do miski w kuchni. Uwielbiam, jak te małe stworki siorbią coś do picia.
-To weź go do siebie, bo Axl obudził się z nim na brzuchu. - zaśmiała się cicho. -Dlaczego Ty jesz takie dobroci, a ja nie? Michi, to Twoja sprawka? - pokiwała głową. -Ja też chcę!
I tak mała Chelle została u z nami na długi, długi czas.
Zbliżały się święta, a co za tym idzie, trzeba kupić prezenty i przygotować jedzenie. I choinkę.
Razem z Michelle, Pat i Sue wybrałyśmy się na zakupy do pobliskiej galerii handlowej. Kupowanie oryginalnych prezentów dla chłopaków to istne piekło ; najchętniej kupiłabym im po butelce Danielsa, ale Pat się uparła. Dla Izzy'ego znalazłyśmy nowe nakrycie głowy, gdyż ciężko opisać je jako kaszkiet albo kapelusz. Coś pośrodku tego. Dla Axla, Pat znalazła zestaw 3 pary bokserek - jedna czerwona, druga biała a trzecia w amerykańską flagę. Do tego perfumy. Dla Slasha płyty Led Zeppelin, jedną Pink Floydów a trzecią Jimiego Hendrixa. Dla Stevena kupiłam wielki plakat z KISS, bo wiem że ich uwielbia, w przeciwieństwie do Slasha, a do tego koszulkę z Jackiem Danielsem. Dla Duffa nie znalazłam niczego. A może nie chciałam znaleźć? Nie wiem, jemu kupiłam butelkę dobrze znanego nam trunku i paczkę fajek. Dla Sue znalazłam czarną sukienkę i naszyjnik, dla Michelle tunikę w paski i pasek z ćwiekami. Jako że zawsze zabieram Pat jej wyjebane w kosmos kosmetyki, żele pod prysznic i peelingi, to kupiłam jej wielgachny zestaw musujących kul, balsamów, szamponu i odżywek do włosów o zapachu ananasa. I jakiś olejek różany.
Prezenty dobrze schowane, więc przydało by się zacząć gotować. Przed tym, zorientowaliśmy się, że nie mamy choinki. Axl i Slash po nią pojechali, a bombki i światełka załatwiła Sue. Na szczęście, choinka była w porządku, całkiem spora i pachniała lasem. Michelle i Pat, jako że miały pomysły, ubierały choinkę, Izzy 'sprzątał' salon, Slash nakrywał do stołu razem z Duffem, Axl szukał słodyczy, które schowała Pat, a ja ze Stevenem i Sue gotowałam, piekłam i dekorowałam. Przypomniało mi się, jak Slash zrobił kiedyś rozpierduchę w kawiarni, bo nie mieli babeczki z Danielsem. W sumie, to mogłabym zrobić ''Slashie's'', jak je sam nazwał. Nakładając ciasto do papilotek ( dla niewiedzących, to ten papierek, w którym piecze się muffinkę, przyp. aut.) poczułam jak Stevie obejmuje mnie i obcałowuje po szyi.
-Ej, nie teraz... - mruknęłam.
-To kiedy? - jego ciepły oddech łaskotał mnie w szyję.
-Wieczorem. - dostał drewnianą łyżką w nos. -Obiecuję. - od jego uśmiechu można orgazmu dostać. -Wracaj do dekorowania pierników.
-Co powiesz na to, żebym im coś dorysował? - wziął do ręki rękaw cukierniczy i popatrzył na mnie błagalnie.
-Rysuj cokolwiek, byle by były skończone. Ja się biorę za kurczaka. - rzuciłam, i wyciągnęłam z lodówki wielki kawał mięcha. Gapiłam się na niego dobre kilka chwil, Sue szturchnięciem przerwała moje przemyślenia o drobiu. -Co ja mam z tym zrobić? - zapytałam, podnosząc udko, a przy tym całą tuszę kurczaka do góry.
-Może go przypraw? Sól, pieprz, papryka w proszku?
-Amatorki! - krzyknęła Pat i podeszła do nas. -Pokaż mi tego kurczaka. - doprawiła, nadziała i Bóg jeden wie co jeszcze zrobiła temu nieszczęsnemu mięsu, ale skończyła, i włożyła go do foremki. -Łuhu, co my tu mamy?
![]() |
| Od lewej Pat i Alice. |
-Jesteśmy ubrane praktycznie tak samo, Miss Mokrego Podkoszulka. - sprostowała.
-Dobra, wracaj sobie do choinki. - wygoniłam ją i spojrzałam na robotę Stevena. -Kurwa, Dżisas, ja pierdolę. - facepalm i fala śmiechu.
-Pozwoliłaś mi rysować co chcę, no to proszę bardzo! - pierniczki-Mikołaje miały narysowane kutasy, Aniołkom dorobił cycki wielkości arbuza, a gwiazdki....Eh, szkoda gadać. Jednym słowem, cały Steven.
W końcu przyszedł czas na jedzenie, jedzenie i jedzenie. Wszyscy byliśmy głodni jak cholera, więc jedzenie szybko znikło z talerzy. A co to oznacza? CZAS PREZENTÓW! Zaczęliśmy od najstarszego, a że nie mogliśmy ustalić, Axl czy Izzy jest starszy, dostali prezenty w jednym czasie. Rudy poszedł odłożyć bokserki i zabrał się za czekoladowego Mikołaja. Izzy przymierzył czapkę i chyba mu się spodobała, bo cały czas w niej siedział. Potem prezenty dostali Duff i Slash ; Żyrafa wcześniej wspomniany prezent ode mnie, a od Sue koszulkę z Misfits i bilety na koncert, a Ukośnik dostał ode mnie płyty, od chłopaków nowy pasek do gitary, a od Michelle 4 bandanki i okulary przeciwsłoneczne. Steven dostał od chłopaków kask z dwiema puszkami Danielsa z Colą (kij z tym, że już taki ma), od Pat koszulkę Pearl Jam, a ode mnie plakat z KISS i koszulkę z Danielsem. Potem kolej na Michelle, w ogóle zdziwiona, że cokolwiek dostała. Cieszyła się ogromnie ze wszystkiego. Potem prezenty dostały Sue i Pat, a potem ja. Od Stradlina książkę o samobójcach, supcio. Od Pat i Sue nową, śliczną sukienkę, od Axla perfumy a od Slasha naszyjnik.
![]() |
| Michelle ;) |
![]() |
| Wesołych Świąt (; |
-Alice, to jeszcze jest dla Ciebie. - Steven podał mi płytę. -Mam nadzieję, że Ci się spodoba. - popatrzyłam na nic niemówiącą mi okładkę, tytuł ani nazwę zespołu. -Polski. - niczego, oprócz angielskiego tytułu i skrótowej nazwy zespołu nie mogłam odczytać. 'Heavy metal world' tak brzmiał tytuł płyty, a zespół nazywał się TSA*
-Dziękuję Stevie. - chłopak dostał buziaka w policzek, a ja oglądałam swoje prezenty. -Zaczynamy to obchodzić jak normalni ludzie. Pod łóżkiem jest kilka butelek Johnniego Walker'a, ktoś chce? - pytanie retoryczne w tym domu. Duff podzielił się fajkami, Slash włączył płytę Led Zeppelin, jeśli dobrze pamiętam to była to 'Houses of Holy', ja przyniosłam procenty, a Izzy wyciągnął trochę hery. Każdy wciągnął po kresce, nawet Michelle. Jak zwykle dla panów Stradlin i Adler jedna krecha to za mało, więc poszli załadować do łazienki . Duff jak zwykle opowiadał historie Kapitana Misia, a ja nie miałam ochoty go słuchać. Nie mam ochoty na niego patrzeć. Nie mam ochoty przebywać z nim w jednym domu, jednym mieście, a nawet kraju. Cała ta jego pierdolona nonszalancja i wzrok w stylu 'jestem boski, więc przelecę każdą' doprowadzają mnie do szału. Ja serio nie wiem, jak Sue z nim wytrzymuje. Och, cóż za jebany pech, pan McKagan skończył pierdolić, bo wódka mu się skończyła. Pożegnałam się z resztą, jeszcze raz podziękowałam za prezenty i poszłam do mojego pokoju.
Trzymałam w ręce płytę TSA, i włączyłam ją. Wybrałam ciekawie zapowiadającą się piosenkę '51'.
Już po pierwszych dźwiękach poczułam, że to nie jest radosna piosenka ; była pełna smutku i melancholii, choć nie rozumiałam tekstu. Mniej więcej w połowie solówki do pokoju wpadł Steven.
-No to co... - złapał mnie w talii. -Coś obie..
-Cicho. - zahipnotyzowana, słuchałam niesamowitego wokalu i przepełnionej uczuciami gitary. Piosenka się skończyła, więc wyłączyłam płytę. -Wiem, że coś obiecałam. Wiem. - popatrzył mi w oczy.
-Ty nie słuchasz muzyki, ty ją pochłaniasz. - uśmiechnął się i zamknął drzwi na klucz. -Niesamowite. - wplótł ręce w moje włosy i całował mnie. Nasze pocałunki były coraz bardziej łapczywe i namiętne, więc szybko wylądowaliśmy na łóżku. Zrzucił ze mnie koszulkę i spodnie, a uczyniłam to samo.Wsunęłam ręce pod jego bokserki, a on odsunął się lekko od moich ust. -Alice? - mruknęłam tylko, czekając na odpowiedź. -Możesz ściągnąć ze mnie to cholerstwo? -zaśmiałam się lekko, i zrobiłam to, o co prosił. Chwilę potem zostałam całkiem pozbawiona bielizny. Poczułam jak przejeżdża językiem po mojej kobiecości a potem wchodzi we mnie zdecydowanie...
Sytuacja w domu wyglądała następująco - Axl, Slash, Steven, Izzy, Duff, Pat, Michelle i ja. Często wpadała też Sue, więc było wesoło. Dużymi krokami zbliżał się Sylwester, a co to oznacza? Że Gunsi wyprawiają imprezę roku. Problem w tym, że Hellhouse było duże, a nasze mieszkanie nie pomieści wszystkich naszych znajomych. Czyli trzeba przenieść imprezę do kogo innego. Był 30 grudnia 1986 roku. Jako że Sue i Duff poszli na koncert, wybrałam się spacer ze Stevenem, Slashem i Michelle. Młoda siedziała cicho i trzymała się blisko Hudsona, ja szłam z perkusistą za rękę. Weszliśmy na Sunset Strip w poszukiwaniu monopolowego.
Pod jednym z nich spotkaliśmy tych oto panów:
![]() |
| Michael 'Flea' Balzary i Anthony 'Tony' Kiedis |
-Michael! Człowieku, ile ja cię nie widziałem! - krzyknął Slash. -Tony, urosłeś. - długowłosy zmierzył go wrednie. -Co u Was?
-Saul, człowieku. Płytę wydaliśmy! - powiedział z dumą Flea.
-A idź, musisz wszystko wygadać? -skarcił go Tony. -Ta, 'Freaky Styley'...Ale coś się nie sprzedaje. A co u Ciebie?
-Gram w zespole, na gitarze prowadzącej. Guns N' Roses.
-Odkąd Cię pamiętam z liceum, zawsze grałeś na gitarze. - przyznał Flea. -Ja gram na basie.
-W ogólniaku wolałeś trabkę. -zaśmiał się Mulat. -Dobra, my tu pitu-pitu. a to jest Alice. - pokazał na mnie, i przywitałam się z chłopakami. -To Michelle. - dziewczyna w końcu się uśmiechnęła. -A to ta niezdara Steven.
-Stevie! Człowieku, pamiętam jak wtedy wyjebałeś się na desce, i Saul musiał Ci udzielić pierwszej pomocy. - poklepał go po ramieniu Flea. -Dobra, pytanie prosto z mostu. A w sumie nie pytanie, ale rozkaz. Jutro ostatni dzień roku, więc przychodzicie do nas! Tu masz adres. -podał mu karteczkę. -Bierz zespół, gitary i panienki. - zmierzył jeszcze raz mnie i Chelle. -Do jutra! - krzyknęli i poszli. Czyli sprawa imprezy wyjaśniona - idziemy do Tony'ego i Flea.
Stanęłam przed szafą. Moje ulubione pytanie - co ja mam ubrać? W sumie, i tak nie ma to większego znaczenia, bo pewnie skończę imprezę w samej bieliźnie.
![]() | |
| Alice. |
Całą dziewiątką wybraliśmy się do mieszkania Tony'ego i Flea ; było dużo, dużo większe niż nasze, pełno jedzenia, picia, sterty płyt. Rewelacja. Przed dwunastą byliśmy tak najebani i naćpani, że nie pamiętam niczego, oprócz biegania Axla po ulicach Los Angeles w przebraniu żółtego kurczaka.
Dużo śmiechu, hery, alkoholu, muzyki i tak w kółko, dopóki nie urwał mi się film.
Obudziłam się w jakimś cholernie dziwnym pokoju, chyba prochy jeszcze działały, bo widziałam tylko rozmazane kształty. Co oznacza, że powinnam jeszcze spać.
Po drugim przebudzeniu się, mój wzrok był już wyostrzony. Leżałam na ziemi, obok mnie pełno nieznanych ludzi, doniczka z fikusem i...czy ja widzę wózek inwalidzki? To jest chore. Wstałam powolutku i rozglądnęłam się. To nie było mieszkanie chłopaków z Red Hot Chilli Peppers, to nie było nasze mieszkanie. W tłumie leżących ludzi zobaczyłam głowę McKagana. No super, nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Wróć, widzę jeszcze mordkę Michelle. Uf.. Jest lepiej. Wyjrzałam za okno.
-Jasna cholera. - przeraziłam się. -To nie jest Los Angeles. Jestem w Nowym Jorku.- wtedy obudził się Duff i popatrzył na mnie.
-Co ty Black znowu pierdolisz, jaki Nowy Jo... O kurwa, no to ładnie.
* TSA - dlaczego akurat ten zespół? No więc jakiś czas temu byłam na ich koncercie w Krakowie, i według mnie jest godny polecenia ;) A że działali tez w latach '80, to tym bardziej pasuje tutaj xd
6 grudnia 2012
15. With all the changing seasons in my life...
Eeeeej, haloo, jest tu kto? Nie wiem na jak długo, ale wróciłam. Cieszy się ktoś? Jeśli tak, to napisz w komentarzu, teraz jest dostępna opcja, że można je pisać anonimowo ;) Wciskajcie też wybraną reakcję na końcu rozdziału, ok?
Piszcie też, kogo mam informować, bo jak na razie, to chyba mam tylko Ninde, którą pozdrawiam ;P Kurczę, mam takie marzenie, żeby do końca roku było 2000 wyświetleń... Pomożecie? ^^
A tak by the way, chyba nie podoba Wam się nowy blog ...Szkoda, myślałam że to 'coś' będzie miało więcej czytelników...Eh, no cóż, nic nie poradzę. Piszcie też, kogo mam informować, bo jak na razie, to chyba mam tylko Ninde, którą pozdrawiam ;P Kurczę, mam takie marzenie, żeby do końca roku było 2000 wyświetleń... Pomożecie? ^^
Miłej lekturki :D
![]() | |
| Alice. |
-Wiem. Ale nie chcę. - przytulił się do mnie.
-Jutro idziemy do pracy, trzeba jakoś odzyskać Hellhouse, no nie? - podniosłam się i strzepałam piasek z ud.
-No trzeba, nie możemy wiecznie mieszkac u Was. Znaczy mi to pasuje, nie wiem jak Wam. - uśmiechnął się.
-Ty mi nie przeszkadzasz. - przeczesałam jego włosy. -Idziemy? - pokiwał głową i ruszyliśmy w stronę naszego 'obozowiska'. Bardzo zdziwiło mnie to, że nie byli tak bardzo nawaleni jak myślałam.
-Czy wyglądam jak lesbijka? - po tym pytaniu Axla, zwątpiłam w to, o czym przed chwilą pomyślałam.
-Tak, wyglądasz. Szczególnie jak Ci się zrobił taki loczek przy skroni. - pokazał mu Duff.
-Jaki loczek? Jaki kurwa loczek?! - przejechał nerwowo kilka razy po wskazanym miejscu.-Pat czy ja mam loczki?
-Ee..Czy ja...- próbowała się skupić.
-Czyli mam? O Boże...-załamał się rudy. -Czy to jest śmiertelne?
-Rose debilu. -odezwał się w końcu Mulat. -To jest śmiertelne. A ja żyję tylko temu, że jestem Bogiem. Bogiem Gitary. - rzucił arogancko.
-Ekhem. - odchrząknęłam. -Przepraszam że przerywam ten dylemat kręconych włosów...- mocno zdezorientowana Pat pocieszała Axla. -Ale jutro idziemy do roboty, więc powinniśmy się zbierać.
-Ja nie mam pracy. -Duff otworzył kolejne piwo, a ja wyrwałam mu je z ręki. -Ej! Oddawaj!
-To sobie ją znajdziesz. A piwa nie oddam. -popatrzyłam na resztę towarzystwa. -Dobra, to kto jedzie?
-Taaak...Więc Axl odpada - Pat spojrzała na zasypiającego na jej kolanach wokalistę. -Slash wypił już ponad połowę tego, co przywieźliśmy...Izzy?
-Nie wziąłem prawka. - przyznał rytmiczny
-Sue? Duff? - Pat błagalnie spojrzała na niebieskowłosą.
-Zabraniam jej jeździć MOIM autem. - powiedział stanowczo McKagan. -Sue, nie obraź się, ale bałbym się o własne życie, jeśli jeździłabyś ze mną po parkingu o północy. - Dziewczyna odegrała mu się, i cała jego mordka obsypana była piaskiem. Mówiłam już, jak lubię tą dziewczynę?
-Pieprz się. Sam nie jeździsz lepiej. -Sue wstała i zaczęła zbierać ręczniki i koce. -A teraz nie pojedziesz, za dużo wypiłeś. Nie mam ochoty umierać w wypadku samochodowym.
-Sebastian? -zapytała Pat.
-Jeśli tylko Duff się zgodzi to ok. - wstał i podszedł do basisty -Mogę kluczyki?
-Bierz. - rzucił kluczykami do Bacha.
Zebraliśmy się w miarę szybko, butelki po piwie wyrzucone, ręczniki i koce zabrane.
-Czekajcie! - krzyknął Izzy, kiedy weszliśmy do auta. -Mamy mało zdjęć!
-To Ty wziąłeś aparat? - zapytała Sue.
-Zawsze lubiłem robić zdjęcia, co poradzę... - wysiadł z auta. -Trzeba mieć jakieś pamiątki, nie?
Przyznaliśmy mu rację, wszyscy lubimy wspominać dobre czasy. A oto i one :
![]() | |
| Sue. |
![]() |
| Panie i Panowie, oto Pat! |
![]() |
| Nie wiem gdzie Izzy znalazł takie boskie coś na czym stoję, ale zdjęcie jest genialne! |
![]() |
| Znalezione obok plaży leżaki. Stevie, czy Ty się modlisz? O.o |
![]() |
| Sue ; ) |
-Koniec tych słit foci. Jedziemy. -burknął Slash.
Wsiedliśmy do samochodu, Sebastian uruchomił silnik i ruszyliśmy. Co to by była za podróż, gdyby ktoś nie zaczął grać na gitarze, ktoś śpiewać a ktoś inny wybijać rytm na przednim siedzeniu! Droga upłynęła nam całkiem spokojnie. No prawie.Przy drodze stał nie kto inny, jak patrol drogowy.
-Macie przy sobie dragi? - rzucił nerwowo Sebastian.
-Trochę, a chcesz? - odpowiedział nieświadomy niczego Duff.
-Radziłbym Ci coś z nimi zrobić, gliny będą nas przeszukiwać. - w Vanie rozległo się ciche 'kurwa mać'. No to po nas, jeśli te psy coś znajdą. Gorączkowo zastanawialiśmy się, gdzie mamy schować dragi. -Machają już, żeby zjechał na pobocze. Schowane?! - głos Sebastiana lekko się załamał. Ukryliśmy towar pod kapeluszem Saula, który spał. Chyba się uda. Chyba. Zahamowaliśmy.
-Dzień dobry. Komendant Shellman. Mogę wiedzieć, gdzie się Wam tak spieszy? -przedstawił się policjant w średnim wieku. -Poproszę prawo jazdy.
-Już... -Bach włożył ręce do kieszeni, i nerwowo zaczął je przeszukiwać, mając na sobie wzrok niemiłego policjanta.
-Ee..Sebastian...? - zobaczyłam, że jego prawko leży na ziemi, lekko zalane Nightrainem. -Nie szukaj juz, mam je. - wytarłam szybko dokumencik i podałam je Bachowi.
-Dzięki Alice. -przetarł jeszcze papier kilka razy i podał je komendantowi. -Proszę bardzo. - chłopak wysilił się na lekki uśmiech.
-Proszę wyjść z samochodu, wszyscy. -rzucił oschle mężczyzna i oddał Sebastianowi dokumenty.
Kazaliśmy Slashowi spać, a my wyszliśmy z Vana. Przeszukali nas powoli i dokładnie, ale niczego nie znaleźli.
-Andrew, zobacz czy kogoś nie ma w środku.- owy 'Andrew' podszedł do auta i chciał je otworzyć kiedy nagle powiedziałam :
-Panie policjancie... -udawałam, że strasznie się spieszymy. -Bo tam jest nasz przyjaciel...
-No to niech wyjdzie! -warknął na mnie.
-Ale..On nie może...Śpi. - Pat popatrzyła na mnie, jakby chciała powiedzieć 'Co ty znowu wymyśliłaś?!' -Za długo był na słońcu, rozumie pan.... I nasz przyjaciel ma teraz gorączkę, boli go głowa...
-Gówno mnie to obchodzi, macie go obudzić! - krzyknął na mnie.
-Ten chłopak jest odwodniony, jechaliśmy do szpitala! - dołączył się Steven, widocznie zrozumiał, co miałam na myśli. -Jeśli do 20 minut nie dostanie butelki wody to... - teatralnie załamał mu się głos.
-Czemu nie mówiliście od razu?! Jedźcie! - pogonił nas policjant. -Macie tu małą butelkę wody, może wystarczy...
-Dobrze, dziękujemy. Do widzenia! - rzucił Axl i zamknął za sobą drzwi.
-Uff! Mało brakowało! -powiedziała Sue. -Dobra jesteś Alice, ja bym tak chyba nie umiała!
-Dzięki.
Reszta drogi minęła spokojnie, bez żadnych kontroli i stresu. Pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu, to prysznic. Kocham wszystkie pachnące żele, peelingi i olejki do kąpieli. Szczególnie, jeśli to rzeczy Pat.
Po długim prysznicu zrobiłam nam coś w stylu kolacji. Spaghetti powinno zasmakować, nie?
Miałam rację, rzucili się na jedzenie jak zwierzęta, dosłownie. Kiedy wszyscy jeszcze jedli, poszłam włączyć telewizję, może będzie jakiś ciekawy koncert... Pudło. Jakiś badziewny koncert Stonesów, durny serial 'obyczajowy' , telezakupy, Poison na MTV...
-Kurwa mać! Co te kutasy robią w MTV?! - krzyknął Axl i podszedł do telewizora -Ja pierdolę!
-Jakie kutasy? -zapytała Pat.
-Te chujki są w MTV, rozumiesz? - sprostował Duff. -Uwierz mi, takiego gówna jeszcze nigdy nie słyszałaś. -Chyba nie może być aż tak źle, skoro puszczają ich w telewizji? -zapytałam, i szczerze tego pożałowałam. Wkurwiony Rose pogłosił owy 'Poison'. Przed refren stwierdziłam - Faktycznie jest źle. Jest bardzo źle.
-Musimy jak najszybciej wydać płytę i zmieść to gówno z telewizji. - Stevie jak zwykle myślał pozytywnie.
-Spokojnie, jeszcze będziecie najbardziej znanym zespołem na świecie. - uśmiechnęłam się. -Wszyscy jutro mamy na 9 rano, więc przygotujcie budziki, albo obudzę Was patelnią. Dobranoc!
8 kurwa rano.
W jebany poniedziałek.
-Wstawaj pani kierownik. -obudził mnie Steven w durszlaku na głowie. -Śniadanie! - w ręku trzymał tacę z jajecznicą i sokiem pomarańczowym.
-Stevie...kochany jesteś. - uśmiechnęłam się ospale. -Po co Ci ten durszlak? - zaczęłam się śmiać.
-Bo wiem ze Cię śmieszy. - usiadł na łóżku i wpatrywał się we mnie.
-Zjedz ze mną, bo widzę jak się patrzysz. -podałam mu widelec.
-No myślałem, że już nigdy tego nie powiesz! - Popcorn zaczął jeść, a ja zaczęłam się ubierać. Dobrze powiedziane : zaczęłam. Postawiłam na pełny profesjonalizm, nawet jesli mam pracować jako kelnerka w barze. Ubrałam się i poszłam do łazienki, Izzy krzątał się po kuchni, pewnie w poszukiwaniu jedzenia. -Izz?
-Tak? - zaspany czarnowłosy chłopak wysilił się na uśmiech.
-Sprawdzałam tylko, czy żyjesz. Wyglądałeś jak zombie. -otworzyłam drzwi do łazienki i rzuciłam ubrania na ziemię. Szybki prysznic, makijaż , ubranie i byłam gotowa. Wróciłam do siebie, w idealnym momencie, kiedy Adlerek zmieniał majtki. -Ja to mam szczęście! - śmiejąc się, zasłoniłam oczy dłonią. -rusz się!
-No już, już. -blondyn zapiął rozporek od dżinsów i wyszedł z pokoju. -Idę obudzić resztę!
Korzystając z okazji, położyłam się na łóżku i odpaliłam papierosa. Przed przebywaniem w towarzystwie rockmanów skonsultuj się z lekarzem bądź psychiatrą, gdyż każdy ruch niewłaściwie postawiony zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

Wychodząc całą 7 do pracy (o dziwo szanowny pan McKagan ruszył swój zad w poszukiwaniu roboty) gadaliśmy i śmialiśmy się cały czas. Axl skręcił do wypożyczalni kaset, Izzy w stronę kina, Slash w kierunku zoologicznego, a Pat i ja skierowałyśmy się do baru.
Każdy chyba potrafi sobie wyobrazić, jak się pracuje w Los Angeles, więc Use Your Illusion , bo mi się tego pisać nie chce.
Pracowaliśmy od poniedziałku do piątku, dzień w dzień po prawie 12 godzin. W piątek Pat skończyła wcześniej, i wyszli gdzieś z Axlem, Duff miał nocną zmianę w muzycznym (choć nigdy nie słyszałam o takich sklepach czynnych 24 na dobę, ale ok...), Izzy pojechał po specjalne struny do gitary na drugi koniec miasta a Stevena wzięli na jakiś kinderball, miał się biedaczek przebrać za klauna przynoszącego pizzę.
Siedząc w tym ciemnym barze, czyszcząc szklanki i kufle, zobaczyłam zarys znajomej postaci ; masa ciemnych loków i kapelusz.
-Cześć Aly. Co tam? - zapytał i wyciągnął plik dolarów. -Dostałem dziś tygodniówkę. Niezła sumka.
-Kończę za jakieś...-popatrzyłam na zegar. -Teraz. Też powinnam dostać tygodniówki, poczekaj chwilę.-na zapleczu stał mój szef, jak zwykle z papierosem z ręku i młoda dziewczyną u boku. -Dzień dobry szefie. -wysiliłam się na uśmiech. -Mogę dostać wypłatę?
-Tak, już...-mężczyzna przeszukał kieszenie -Ile to miało być?
-Pracowałam 5 dni pod rząd przez 12 godzin. Praktycznie bez przerwy. Czyli 540 dolarów. -rzuciłam prosto z mostu.
-Aż tyle? Chyba inaczej się uma...
-Umawialiśmy się 9 dolarów za godzinę. - wyciągnęłam rękę -Mogę te pieniądze?
-Proszę bardzo. - rzucił oschle i zaczął się dobierać do tej dziewczyny.
Wyszłam z zaplecza, a przy barze wciąż czekał Mulat.
-Ok, pieniądze są. Idziemy? -wzięłam torebkę i wyszłam zza lady.
-Idziemy. - w końcu mogłam pooddychać świeższym powietrzem. Było koło 21, więc zrobiło się dość ciemno. Szczerze, to polubiłam Slasha ; rozmowa z nim nie jest jedynie zabawna, ale i całkiem inteligentna.
-Znam skrót, chodź tędy...-złapał mnie za nadgarstek i przeszliśmy wąską, ciemną uliczką rodem z horroru.
-Stój. -rozglądnęłam się dookoła. -Słyszysz? -schyliłam się.
-O kurwa...- przeraził się Slash.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










